Społeczeństwo
Kobieta (pixabay)
Kobieta (pixabay)

Anna Smolińska, doktor nauk ekonomicznych, poznała męża na studiach. Razem są już 20 lat. Mają dwójkę dzieci - nastoletniego syna i 3-letnią córkę. Do inwestowania na giełdzie namówił ją mąż, kiedy na urlopie macierzyńskim zajmowała się małą Hanią. Dzisiaj Anna dzieli czas między opiekę nad dziećmi, prowadzenie własnej firmy, inwestowanie na giełdzie i prowadzenie bloga Kobieta Inwestuje , na którym doradza, jak zarabiać i oszczędzać. Temat pieniędzy w związkach kilka razy przewinął się na jej blogu.

- Ten wątek jest zawsze aktywnie i bardzo emocjonalnie komentowany - przyznaje Smolińska. - Pary w Polsce, kiedy się poznają, nie rozmawiają o pieniądzach. To jest temat tabu. Dopiero po dłuższym czasie bycia razem okazuje się, że finanse to realny, życiowy problem. Konflikty pojawiają się na wielu płaszczyznach - jeden z partnerów chce na przykład oszczędzać na tzw. czarną godzinę, a drugi najchętniej wydaje wszystkie nadwyżki na swoje hobby, jedna osoba chce podróżować, inna wydawać pieniądze na papierosy i gadżety - tłumaczy blogerka.

Awantury o pieniądze są w związkach powszechne. Z badań przeprowadzonych dla  "Finansowego Barometru ING" (2011 r.) w 11 krajach europejskich (m.in. Austrii, Hiszpanii, Niemczech, Francji, Luksemburgu) oraz Turcji wynika, że w Polsce o pieniądze kłóci się 70 proc. par. To rekord wśród badanych państw. Na drugim miejscu znalazła się Turcja - tam 50 proc. badanych par darło koty z powodu wydatków.

Awantury o pieniądze są w związkach powszechne (fot. istockphoto.com / JACKF / zdjęcie ilustracyjne)

Potwierdzają  to wyniki ankiety przeprowadzonej online dla amerykańskiego banku SunTrust. 47 proc. pytanych przyznało w niej, że ma inne podejście do wydawania pieniędzy niż partner lub partnerka. Spory o finanse ankietowani wskazali jako główny powód kłótni w ich związku (35 proc.), na drugim miejscu uplasowały się irytujące zachowania drugiej połówki (25 proc.). SunTrust postanowił zatroszczyć się o życie uczuciowe swoich klientów - bank uruchomił dla nich specjalną podstronę Love and Money. Publikuje na niej porady dla par dotyczące m.in. wspólnego spłacania kredytu, planowania budżetu w drugim małżeństwie czy załatwiania spraw finansowych po śmierci partnera.

Statystyki finansistów potwierdzają też badania naukowców. Sonya Britt, wykładowczyni z Kansas University, która zajmuje się m.in. badaniami nad rodziną, podkreśla, że konflikty na tle pieniędzy, obok problemów z dziećmi, seksem lub teściami, są głównymi przyczynami rozwodów.

Marcin Iwuć, autor bloga Finanse Bardzo Osobiste , przyznaje, że na początku związku zdarzały się kłótnie o pieniądze między nim a żoną. - Dość szybko doszliśmy jednak do wniosku, że nie mają one większego sensu. Krok po kroku ustaliliśmy jasne zasady prowadzenia budżetu domowego i kłótnie się skończyły. Na pewno pomogło to, że oboje jesteśmy finansistami - wyjaśnia bloger.

Państwo Iwuciowie mają dzisiaj wspólne konto, na które wpływają wszystkie pieniądze, które zarabiają. - Każde z nas widzi, co dzieje się na tym rachunku. Dodatkowo spisujemy wszystkie nasze wydatki. Nie mamy przed sobą tajemnic, wszystko jest przejrzyste. W przypadku większego wydatku lub inwestycji decyzję podejmujemy razem - tłumaczy Marcin Iwuć.

Wspólne kontrolowanie wydatków pozwala uniknąć nieporozumień (fot. istockphoto.com / ANDREYPOPOV)

W małżeństwie państwa Smolińskich podział comiesięcznych przychodów jest z góry zaplanowany. Wszystkie pieniądze, które zarabiają, na początek idą do wspólnego worka. - Potem dzielimy je na kilka subkont. Taki sposób organizowania budżetu wymyślił T. Harv Eker, autor książki "Bogaty albo biedny. Po prostu różni mentalnie" - tłumaczy blogerka.

Jak ten system zaadaptowali Smolińscy? 10 proc. ich wspólnej kasy trafia na subkonto "Edukacja" (kształcenie dzieci, szkolenia małżonków, książki), kolejne 10 proc. idzie na konto "Wolność finansowa" (inwestycje). Na cel "Przyjemności" (np. wakacje) trafia również 10 proc. zarobków, a na "cele charytatywne" co miesiąc wpływa 5 proc. domowego budżetu. "Kieszonkowe", czyli kwota do indywidualnego wykorzystania przez małżonków, stanowi następne 10 proc. wpływów. Na koszty stałe, czyli rachunki, zakupy, idzie 55 proc. wspólnych pieniędzy.

Na drugim biegunie tego skrupulatnego planowania są Jola i Dominik, razem od 12 lat. - Nie zarabiamy stałych pieniędzy. Ja pracuję w mediach, Dominik jest doradcą finansowym. Każde z nas ma miesięczną podstawę, reszta to premie, dodatkowe zlecenia. Czasami w jednym miesiącu zarabiamy dużą kwotę, ale musi ona starczyć na kwartał, bo w kolejnych mamy marne wpływy. Przy takich zarobkach nie da się żyć pod linijkę, ale od początku naturalne było dla nas, że wszystkie pieniądze są wspólne - tłumaczy Jola.

Zaznacza też, że takie podejście nie musi pasować każdej parze. - Znam małżeństwo, które w lodówce ma oddzielne półki na jedzenie, bo każdy z partnerów kupuje dla siebie to, co lubi - opowiada. - To wcale nie oznacza, że są złą parą, wręcz przeciwnie, świetnie się dogadują. Kiedy jedno z nich zostało bez pracy, drugie wspierało je finansowo. Mają dwójkę dzieci i na ich wychowanie zrzucają się po równo.

Jeśli pieniądze są wspólne, wspólne bywają też karty do bankomatów (fot. pixabay.com / istockphoto.com)

Jola i Dominik nie mają wspólnego konta, ale na pamięć znają PIN-y do swoich kart debetowych i często się nimi wymieniają. Jola spłaca kredyt na mieszkanie, płaci część rachunków. Dominik zajmuje się resztą rachunków, kupuje większe rzeczy do domu, np. nowy odkurzacz czy żelazko, i spłaca pożyczkę na samochód. Kiedy zbierają pieniądze na wakacje, umawiają się, że jedna osoba odkłada jak najwięcej, a wtedy druga ją wspiera i pokrywa wszystkie wydatki.

By taki system zadziałał, potrzebne są zaufanie i pełna transparentność finansowa w związku. A z tym u polskich par nie jest najlepiej.

- Po poradę w sprawach finansowych zgłaszają się do mnie pary, w których partnerzy nie wiedzą, co z pieniędzmi robi druga strona. I chociaż są to małżeństwa, w których obowiązuje wspólnota majątkowa, tylko jedna osoba związku orientuje się, co dzieje się w budżecie domowym. Druga zupełnie się tym nie interesuje lub zostaje odsunięta od rachunków - opowiada Marcin Iwuć.

Polacy pielęgnują sekrety finansowe w swoich związkach. Z badań przeprowadzanych w zeszłym roku przez Grupę ING w 13 krajach wynika, że co piąty badany rodak uważa za normalne posiadanie tajemnic finansowych przed partnerem lub partnerką. Na Starym Kontynencie najchętniej swoje dochody ukrywają Francuzi - 42 proc., najbardziej otwarci w tej kwestii są natomiast Holendrzy - tylko 13 proc. uważa, że sekrety finansowe w związku to nic złego.

Niechętnie opowiadamy również swoim drugim połówkom o pożyczkach, które zaciągnęliśmy. Według "Finansowego Barometru ING" swoje długi przed partnerem najczęściej zatajają Turcy - 31 proc., Rumuni - 22 proc., Polacy - 14 proc. Również w tym badaniu najbardziej szczerą nacją okazali się Holendrzy - tylko 2 proc. ukrywa długi.

Stan finansów partnera o dla wielu Europejczyków tajemnica (fot. PIXINOO / istockphoto.com)

- Dzisiaj każdy chce być samodzielny, mieć jak najwięcej autonomii, ale kiedy żyjemy w związku, z części tej niezależności trzeba zrezygnować - przekonuje Marcin Iwuć. - Wymaga to dojrzałości i umiejętności rozmawiania o pieniądzach w sposób merytoryczny, nie emocjonalny. Tymczasem najczęściej po trzech, czterech zdaniach na temat długów lub robionych w tajemnicy przed partnerem zakupów atmosfera zaczyna się zagęszczać i zaczynamy się kłócić - opowiada Marcin Iwuć.

O tym, że Polacy ze strachu przed rozmową o zżerających ich długach wolą milczeć przed rodziną i dalej pogrążać się w finansowych kłopotach, świadczy choćby wiele wpisów na forum Gazeta.pl. Oto jeden z przykładów komunikacyjnej niemocy (pisownia oryginalna): [...] mam 100 000 długów narobionych nie przez firmę a przez...żonę i dzieci. Moja rodzina sądzi że wszystko jest zajebiście dalej płace za fryzjerów wycieczki zakupy a debet rośnie, boję się jak się dowie że po 1 nie mamy kasy a po 2 kłamałem tak długo że mnie zostawi... Zaszła w ciążę nie była do końca przekonana do ślubu.. ja ją kocham...boże jestem takim frajerem i tchórzem !! [...]

Swoich zakupów przed partnerką nigdy nie ukrywa Dominika. - Zdarza mi się spontanicznie kupić drogie buty, ale nigdy nie usłyszałam jeszcze z tego powodu żadnych wyrzutów, raczej zachwyty - śmieje się. - Jednak takie niezaplanowane zakupy zdarzają mi się rzadko - dodaje.

Dominika i jej partnerka Ania rok temu wybudowały dom pod Warszawą. Dziewczyny nie pracują na etacie, Ania przygotowuje catering, Dominika jest mobilną kosmetyczką - na zabiegi i manicure dojeżdża do klientek.Wszystkie pieniądze, które zarobią, spływają na ich firmowe konto. Po zapłaceniu rachunków, ZUS-u nadwyżki finansowe trafiają na wspólne, prywatne konto. Każda ma do niego kartę. Dominika zarzeka się, że nigdy nie kłócą się o pieniądze. - Najważniejsze to nie nadużyć zaufania drugiej osoby. Ania wie, że nie wydam nagle pięciu tysięcy na sukienkę. Ja też jestem pewna, że ona nie sczyści naszego konta, żeby kupić sobie wymarzony samochód. Kiedy zamierzamy kupić coś większego, najczęściej to omawiamy.

Najważniejsze to nie nadużyć zaufania drugiej osoby, np. robiąc w tajemnicy przed drugą połową zakupy tylko dla siebie ze wspólnego konta (fot. pixabay.com)

Z finansowania swoich zachcianek, np. kupienia za 4 tys. zł duńskiego roweru miejskiego, nie musi tłumaczyć się Tomek. W jego związku obowiązuje inny system rozliczeń. On i partnerka mają dwa oddzielne konta, na trzecie - wspólne - każde z nich co miesiąc przelewa ustaloną kwotę, z której pokrywają rachunki, zakupy, wspólne wyjście do kina czy restauracji. Razem spłacają też kredyt na mieszkanie (po połowie zrzucają się na ratę), w równym stopniu finansują wspólne wakacje.

- Walczę z tym, ale jestem człowiekiem trochę podejrzliwym. Jeśli wszystkie pieniądze lądowałyby we wspólnym worku, to zaraz bym węszył, że wkładam więcej niż druga strona. Nie mam problemu z płaceniem ze swoich za kolację czy wino, ale muszę mieć kontrolę nad wydatkami, nie lubię niejasnych sytuacji - tłumaczy Tomek.

Przyznaje, że takie przejrzyste zasady łatwo ustalić, kiedy zarabia się podobnie jak partnerka. - Mam kolegę, który zarabia bardzo dobrze i ma dziewczynę, która zarabia bardzo słabo. Płaci za nią wiele tysięcy, kiedy jadą na egzotyczny wyjazd. Widzę, że go to trochę boli.

Tomek nie pamięta, kto wpadł na pomysł wspólnego konta, ale na pewno było to po awanturce o pieniądze. - Wtedy, na początku związku, wszystko było osobno, tylko zrzutki co jakiś czas. Generalnie moja dziewczyna uważała brak wspólnoty finansowej za wyraz braku zaufania, a ja byłem przerażony, że zaraz będzie wszystko wspólne. Stanęło w optymalnym miejscu. Być może ci, co mają dzieci, muszą mocniej uwspólnotowić finanse? - zastanawia się Tomek.

Teraz o pieniądze kłócą się średnio raz na rok. - Jeśli to się zdarzyło, to z powodu bałaganiarstwa, np. ktoś się domaga zwrotu długu, a potem się okazuje, że go nie było, albo obie strony są przekonane, że to one zapłaciły gdzieś za coś, ale już nie sposób ustalić jak było - opowiada Tomek.

Drugi powód ewentualnej kłótni to fraza "drogie to jest". - Używam jej czasami, kiedy np. mamy gdzieś wyjechać na weekend. Moja dziewczyna tego bardzo nie lubi. Mam swoją teorię, ona wie, że to drogo, tylko nie chce, żeby jej o tym przypominać - śmieje się Tomek.

Czy kłótnie o pieniądze tak naprawdę zdarzają się w każdym związku, ale nie chcemy o nich mówić? (fot. istockphoto.com / OCUSFOCUS / zdjęcie ilustracyjne)

Podobnie jak brak zasad może być szkodliwy dla związku, również jego "przeregulowanie" może doprowadzić do katastrofy. - Znałam parę, w której on uważał, że osoba, która mniej zarabia i przez to mniej dokłada się do budżetu domowego, powinna odpracować to fizycznie, czyli więcej sprzątać, zmywać - opowiada Dominika.

Nikogo nie zaskoczy fakt, że autor tego pomysłu zarabiał dużo więcej od swojej partnerki. - Nie tylko miał lepszą pensję, ale pracował też mniej od niej. Ona jest przedszkolanką i choćby pracowała 24 godziny na dobę, nie zarobi tyle co on w dobrze prosperującej prywatnej firmie - zaznacza Dominika.

Kiedy wyjeżdżali na wspólne wakacje, każdy z nich odkładał na swoją część wypoczynku. - Kiedy brakowało jej pieniędzy na wyjazd, mąż pomagał jej sfinansować urlop, ale mimo tego wsparcia ona i tak musiała brać więcej nadgodzin, żeby w całości opłacić wakacje - tłumaczy Dominika. To małżeństwo przetrwało dwa lata.

Czy istnieje uniwersalny i sprawiedliwy model gospodarowania pieniędzmi w związku? Anna Smolińska radzi, by podglądać, jak swoje finanse organizują inne pary, ale ostatecznie każde małżeństwo powinno wypracować swój sposób zarządzania pieniędzmi.

- O ustalenie tych zasad szczególnie powinny zadbać kobiety, bo to one rodzą dzieci i z tego powodu bardzo często, na jakiś czas, stają się zależne finansowo od mężczyzny. Znam sytuacje, kiedy matkom wychowującym dzieci mężowie wypłacają tyle pieniędzy, ile uznają za słuszne. To klasyczny przykład przemocy ekonomicznej. Ale najczęściej te kobiety wcześniej samie nie zadbały o to, by jasno określić relacje z partnerem - podkreśla Anna Smolińska.

- Nie ma jednego idealnego dla wszystkich modelu rozliczania się, ważne jest to, by szczerze rozmawiać o pieniądzach - dodaje Marcin Iwuć. - Sposób zarządzania finansami w związku na przestrzeni lat może, a czasami musi się zmienić. Tak się dzieje np., gdy pojawiają się dzieci. Bo nie da się ukryć, że dziecko w rodzinie to stały, dodatkowy wydatek i w warunkach warszawskich zdecydowanie większy niż 500 zł miesięcznie.

Kiedy jego żona była w ciąży, wspólnie wykorzystali ten moment, by policzyć, z jakimi kosztami będą musieli się zmierzyć, kiedy dziecko przyjdzie na świat, a potem ustalili, z jakich wydatków zrezygnują w pierwszej kolejności. - Pojawienie się dwójki dzieci zmieniło sposób, w jaki zarządzamy pieniędzmi, ale nie sposób naszej komunikacji z żoną, a gotowość do rozmowy jest najważniejsza - zapewnia bloger.

Anna Budyńska. Redaktorka w dużym wydawnictwie, pisze teksty m.in. dla portalu Instytutu Goethego w Warszawie oraz magazynu kulinarno-kulturalnego KUKBUK.

(fot. Publio.pl)