Społeczeństwo
Kampania przed referendum w Wielkiej Brytanii (fot. Kevin Coombs/Reuters)
Kampania przed referendum w Wielkiej Brytanii (fot. Kevin Coombs/Reuters)

W czwartek Brytyjczycy zdecydują o przyszłości kraju - i trzymilionowej rzeszy imigrantów. Niemal co trzeci to Polak. Nic dziwnego, że w sondażu IBRiS #PolesinUK aż 62 proc. Polaków mówi o "niepewności", a 11 proc. wręcz o "lęku" przed referendum.

Czego się boją? Nowych regulacji rynku pracy, choć nie wiadomo, jakie miałyby one być. Kolejnych uciążliwych procedur gospodarczych, a nawet powrotu wiz i pozwoleń na pracę (43 proc.). Niemal tyle samo osób obawia się negatywnych emocji wobec obcokrajowców.

Biorący udział w badaniu wiedzą jedno: chcą zostać na Wyspach. Taki plan ma prawie 50 proc. ankietowanych. Dla kolejnych 26 proc. powrót do Polski to ostateczność. Gdyby mogli głosować, aż 80 proc. byłoby za pozostaniem Zjednoczonego Królestwa w UE. Spotkałem się z pięciorgiem z nich i zapytałem, czy boją się Brexitu.

Dorota Staniak (fot. Jakub Krupa)

Dorota Staniak, właścicielka kawiarni "Witch Cafe" w Londynie

- Mieszkam w Wielkiej Brytanii już 12 lat, więc znajdę jakąś drogę, żeby zostać i spokojnie żyć. Jeśli będę musiała zdobyć brytyjski paszport - tak zrobię. Nie wierzę, że Wielka Brytania powie "do widzenia" komuś, kto kilkanaście lat płaci tu podatki.

W Wielkiej Brytanii zaczęłam od szczotki i miotły, jak większość Polaków. Byłam pokojówką, sprzątałam w różnych hotelach. To był kiepski, niestabilny rok. Do tego doszły zamachy w londyńskim metrze, a potem mój mąż został dość poważnie pobity. Mieliśmy dosyć, chcieliśmy wracać. W tydzień zamknęliśmy nasze sprawy.

Ale w Polsce pracodawcy nie rozumieli, po co wróciłam do kraju. Po paru miesiącach byliśmy znów na Wyspach - z umówionymi rozmowami kwalifikacyjnymi i zweryfikowanymi wyobrażeniami o życiu tutaj. Zdobyliśmy stałe prace i spokój, urodziły się nasze dzieci: Szymon i Alicja. Gdy dorastały, ja byłam coraz bardziej pewna, że nie chcę wracać do sprzątania. Zrobiłam kursy opieki nad dziećmi. Pracowałam w prywatnym przedszkolu, szkole podstawowej, żłobku. Gdy moją placówkę sprywatyzowano, powróciły marzenia o własnej kawiarence. Znajomi mnie wsparli. Jedli moje ciasta i zachwalali: - To muszą być czarnoksięskie moce, takie to dobre! W listopadzie ubiegłego roku założyliśmy Witch Cafe.

24 czerwca, dzień po referendum, otwieramy jak zawsze, o 8:30. Głosowanie nie zmieni tego, że gdy wchodzę do kawiarni, jestem dumna i myślę: Fajnie to się potoczyło. Mam umowę najmu na pięć lat, zatrudniam kilka osób, płacę podatki. Jak będą chcieli mnie zmusić, żebym wyjechała, to chyba z całą kawiarnią. Jak chcą, to kredyt mogę im zostawić!

Czy boję się Brexitu? Obawiam się, że mogą przywrócić wymóg pozwolenia o pracę albo utrudnić procedury odwiedzin rodzin. Pamiętam, jak było przed wejściem Polski do UE. Na granicy odpytywali: do kogo jadę, dlaczego, czy mam się z czego utrzymać. Teraz nie wiem, jak i kiedy miałabym wrócić do Polski. Dzieci zaczęły szkołę, tutaj jest ich świat. Mówią po polsku i po angielsku, czują się w równym stopniu Polakami i Brytyjczykami.

Wojtek Krawiec i jego koleżanka, która specjalnie do zdjęcia zrobiła zabawną minę (fot. archiwum prywatne)

Wojciech Krawiec, ogrodnik w ASHA Centre na zachodzie Anglii

- Mieszkam w Wielkiej Brytanii już trzy lata, ostatnie dwa przy granicy z Walią, w Forest of Dean. To bardziej przysiółek między dwoma małymi miasteczkami, niż wioska. Ludzie się tu szczycą, że są z " Lasu" [ang. forest]. To specyficzna społeczność. Ma poczucie odrębności i świadomość polityczną. Przyjęli mnie, Polaka, normalnie, byli wobec mnie w porządku. Pływam w lokalnym klubie, kręcę się często po "Lesie" i rozmawiam z ludźmi, integruję się na basenie i na spotkaniach w pubach. Jakiś tydzień temu w pubie dwóch Anglików chciało się dowiedzieć, co myślę o referendum. Dwaj przyjaciele: jeden był za wyjściem, drugi za pozostaniem. Miałem wrażenie, że obaj nakręcali spiralę strachu, co całkowicie zjadło jakąkolwiek merytoryczną dyskusję.

Czy boję się Brexitu? Może zbyt idealistycznie podchodzę do polityki, ale myślę, że nawet jeśli Wielka Brytania wyjdzie z UE, to może zrobi to w rozsądny sposób. Staram się nie martwić na zapas. To, czego się obawiamy, nie tylko ja, ale i moi sąsiedzi oraz przyjaciele z Niemiec, to radykalizacji. Raka nacjonalizmu. Sytuacja, kiedy dominującym językiem polityki staje się nie dyskusja o wizji rozwoju kraju, ale straszenie wyborców, służy głównie nacjonalistom i radykałom. A teraz zabójstwo posłanki Partii Pracy Jo Cox tylko potwierdziło, że zagrożenie jest realne. Jeśli Wielka Brytania nie wyjdzie z UE, niech brytyjski rząd przyjrzy się kompetencjom Unii, wynegocjowanym umowom, planom nowej legislacji. Brexit to zbyt dramatyczny ruch, ale UE musi się zmienić.

Gdybym mógł głosować, głosowałbym za pozostaniem w UE. Unia zmieniła sporo w moim życiu. Dzięki unijnemu wolontariatowi poznałem dziewczynę, w której się zakochałem. Sandy jest pół Kanadyjką, pół Portugalką. Pracujemy razem. Ja - jako ogrodnik. Działamy z lokalną społecznością. Można powiedzieć: edukujemy miejscowych przez ziemię. Ludzie zapomnieli, jak to działa. Mamy warzywniak, ogród zielny i różany, sady... W sezonie jesteśmy samowystarczalni nawet przez trzy miesiące: jemy to, co zbierzemy.

Z tej perspektywy to referendum wygląda chyba inaczej niż z perspektywy Londynu, prawda?

Barbara Kaczmarowska-Hamilton (fot. Ambasada RP w Londynie)

Barbara Kaczmarowska-Hamilton . Działaczka polonijna i malarka. Malowała m.in. portrety rodziny królewskiej

- Wszyscy żyjemy tym referendum. W grupie moich znajomych o niczym innym nie rozmawiamy. Ja nie mam wątpliwości: powinniśmy wyjść z Unii Europejskiej.

Jestem Polką i Brytyjką, mieszkam tu już ponad 30 lat, mam męża, synów. Oni są za pozostaniem w Unii Europejskiej, ale to dlatego, że nie znają życia poza nią. Ja pamiętam jak nas Polaków oszukiwano w komunizmie i jestem wyczulona na to, gdy ktoś mówi nieprawdę. Nasi rodacy są tutaj bardzo cenieni, wspaniale pracują i mają duży wkład w brytyjską gospodarkę. Nikt ich stąd nie wyrzuci. Jestem pewna, że wartościowi pracownicy będą tu zawsze mogli przyjechać i będą mile widziani. Ale dla Anglików będzie lepiej, jeśli ten kraj ocaleje w obecnym kształcie. Wielka Brytania to masterpiece , dzieło sztuki, które musimy chronić. Ludzie są punktualni, porządni, uczciwi, odpisują od razu na listy... Napływ rzeszy imigrantów by tę specyfikę rozwodnił. A i my byśmy stracili, nie mając z kogo brać przykładu. Ostatnio znajoma czekała u okulisty cztery godziny. Wszyscy w poczekalni byli obcokrajowcami.

Przekonuje mnie to, co napisał w weekend Andrew Roberts w "Sunday Times". Jeśli ktoś próbuje nam grozić, że Europa się od nas odsunie i nie będzie chciała współpracować z Wielką Brytanią poza strukturami Unii Europejskiej, to mam wrażenie, że podważa intelekt swojego narodu. Anglia zawsze rządziła się sama. Dlaczego miałaby być rządzona przez inne kraje, a w szczególności przez dominujące w UE gospodarczo Niemcy? To doskonale zorganizowany naród, ale czy chcemy być przez nich rządzeni? Zjednoczone Królestwo to dumny kraj - dawało sobie radę dotychczas i da sobie radę dalej, także poza Unią. Zresztą, jeśli w Europie jest tak wspaniale, to dlaczego wszyscy przyjeżdżają do pracy tutaj, do Anglii? Brytyjczycy potrzebują Europy tak samo, jak ona ich. Na szczęście nie decydują tylko intelektualiści, ale zwykli ludzie, cały naród. Jestem pewna, że podejmą dobrą decyzję - znaczy, wyjdziemy z Unii Europejskiej.

Co, nie sądzisz, że wyjdziemy? To co, może się założymy? O kawę?

(Założyliśmy się)

Basia Lalik na Żelaznym Tronie z serialu "Gra o Tron" (fot. archiwum prywatne)

Basia Lalik, producentka telewizyjna

- Wolałabym, żeby do tego referendum nigdy nie doszło. Za dużo niepewności. Mogłam od kilku lat aplikować o brytyjski paszport, ale nigdy nie był mi do niczego potrzebny. Ryzyko Brexitu popchnęło mnie jednak do tego, żeby złożyć aplikację. Lepiej teraz niż po możliwym wyjściu z Unii, kiedy wszyscy będą to robić i będzie trzeba czekać miesiącami.

Jeśli dojdzie do Brexitu, to na pewno wpłynie to na rynek nieruchomości. A dla mnie to kłopot, bo spłacam mieszkanie w Londynie. Mieszkam na Wyspach od dziewięciu lat. Gdyby Wielka Brytania nie była w Unii Europejskiej, nie mogłabym tutaj przyjechać, studiować, zamieszkać, rozwijać kariery. Pracuję przy produkcjach filmowych, gdzie brak granic ma ogromne znaczenie. Nasz najważniejszy serial - "Grę o Tron" - kręcimy w różnych zakątkach Europy. Wyobraź sobie, że nagle setki ludzi miałyby potrzebować wiz i pozwoleń na sprzęt, żeby przejechać z kraju do kraju. Stracimy pieniądze, czas, musielibyśmy stworzyć dodatkowe etaty administracyjne. Tego nikt przecież nigdy nie uwzględnił w żadnym budżecie. Czy dalej będzie nas na to stać? Ktoś zaraz wymyśli, że można zaoszczędzić, całą produkcję przenieść do Niemiec lub Francji i wszyscy na tym stracimy.

Naprawdę nic mnie nie przekonuje do wyjścia z UE. To byłby krok wstecz. Wielka Brytania i Londyn słynęły z otwarcia na różne kultury. Pozbywanie się tej cechy jest wbrew ideałom tego kraju. Trochę się boję, że w przyszłości będzie trzeba mieć wizy, zaproszenia albo udowadniać, że ma się wystarczająco dużo funduszy na przyjazd i pobyt. A teraz? Zawsze mogę wsiąść w samolot i przyjechać do bliskich na święta lub nawet tylko na weekend. Nie chcę tego zmieniać. Gdybym tylko mogła, głosowałabym za pozostaniem w Unii.

Szymon Daraszewicz (fot. Jakub Krupa)

Szymon Daraszewicz , fizyk i analityk ryzyka w firmie doradczej

- Formalnie nie mam się czego obawiać, bo mam brytyjski paszport. Ale nie wyobrażam sobie, żeby pracownicy z Polski czy innych krajów Unii Europejskiej zostali stąd wyrzuceni. Nie spodziewam się też większych zmian w prawie, dotyczących imigrantów zarobkowych. Ale tabloidyzacja politycznej walki o referendum wzmacnia negatywny sentyment wśród Brytyjczyków.

Mieszkam tu od 10 lat i chciałbym, żeby więcej miejscowych doceniało europejski projekt i jego przejawy: program Erasmus dla studentów, program European Voluntary Service, wymiany akademickie, fundusze unijne na innowacje i badania. Jestem doktorem fizyki, studiowałem w Edynburgu i na University College London i wiem, jak Unia Europejska pomogła instytutom badawczym. Chciałbym, żeby tego typu wspólnych działań było jak najwięcej.

Przecież Wielka Brytania jest beneficjentem nie tylko wspólnego rynku usług i towarów, ale przede wszystkim swobodnego przepływu osób. Klasa średnia, wyższa i największe firmy niesamowicie zyskują na tym, że mają dostęp wykwalifikowanych, zdeterminowanych, a często tańszych pracowników - od pomocy domowej lub medycznej, przez specjalistów i rzemieślników, aż do profesjonalistów w białych kołnierzykach.

Brytyjski rząd twierdzi, że jedynym argumentem za pozostaniem w Unii Europejskiej jest dostęp do wspólnego rynku dóbr i usług. A ja jako Polak doskonale pamiętam, ile dla nas znaczyło wejście do UE, jaki to był symboliczny moment "powrotu do Zachodu" - także na płaszczyźnie intelektualnej, poziomu bezpieczeństwa, czy standardów prawa. A w Wielkiej Brytanii słychać powtarzane w kółko: gospodarka, gospodarka, gospodarka . I że kluczowym argumentem za pozostaniem w najbardziej złożonym, pokojowym projekcie demokratycznym w historii jest to, że wyjście zaszkodziłoby londyńskiemu City. Głos za wyjściem z Unii Europejskiej byłby dla mnie głosem protestu przeciwko Partii Konserwatywnej - może krótkowzrocznym, ale trochę kuszącym. Ale będę się przyglądał kampanii do samego końca i zdecyduję może nawet dopiero przy urnie.

Jakub Krupa. Socjolog z wykształcenia, korespondent Polskiej Agencji Prasowej w Londynie. Uwielbia obserwować, jak ludzie rozmawiają i podejmują decyzje. Pisał korespondencje z wyborów i referendów m.in. w Grecji, Katalonii, Szkocji, Szwajcarii i Bośni. Idealista z wiecznym bajzlem na biurku. Od 2012 roku mieszka w Londynie. Relacja Jakuba Krupy z dnia referendum na Twitterze: @JakubKrupa . Kontakt: jakub.krupa@gmail.com