Czy łatwo obrazić Japończyka nierozważnym gestem?
Janusz Surma: Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Zależy kto i gdzie to zrobi. Japończycy mają wobec gaijinów (obcokrajowców) margines wyrozumiałości. Wiele zachowań uchodzi im na sucho. Również dzieci mają w Japonii dużą swobodę, czasem wydaje mi się, że większą niż u nas. Inna sprawa, że co innego ujdzie podczas piątkowego wypadu do izakaya (popularny pub gastronomiczny), a co innego będzie dopuszczalne w firmie. Japończycy rzadko uzewnętrzniają złość, ale na pewno swoje myślą. Warto mieć to na względzie i nie sprawdzać, gdzie przebiega granica ich wytrzymałości.
Z pewnością gesty w Japonii znaczą dużo więcej niż w Europie. Zakrawa to na paradoks, biorąc pod uwagę skłonność Japończyków do współpracy i działania kolektywnego.
Janusz Surma:
Żyją w dużym fizycznym zagęszczeniu, mają niewiele przestrzeni prywatnej, więc może w sferze duchowej próbują to sobie jakoś zrekompensować? Jednocześnie Japończycy zmuszeni są od wieków działać grupowo, co wynika z ich sytuacji geograficznej - mało terenów pod uprawy i górzysty krajobraz - oraz częstych kataklizmów pogodowych i geologicznych.
Witold Rychłowski:
Kultury opisywane jako zachodnie kładą spory nacisk na indywidualizm, w centrum uwagi jest jednostka. Kultury Wschodu przypisują większe znaczenie społecznościom. Stąd w Japonii widoczny jest wyraźny udział poszanowania interesów społeczności w podejmowaniu indywidualnych decyzji. Indywidualna fantazja, czy spełnianie indywidualnych, osobistych dążeń miało w japońskiej tradycji nieco mniejsze znaczenie. Dziś i ten rys zapewne ulega zmianie - powszechny dostęp do innych wzorców zachowań wywołuje zmiany kanonu, szczególnie wśród młodzieży.
Wymiana kulturowa dokonuje się w obu kierunkach. Rozpędzone, zabiegane i zindywidualizowane społeczeństwa Zachodu przeżywają na przykład fascynację ruchem Slow. Odchodzi się coraz częściej od utartych wzorców nakazujących przesadne dbanie o własny dobrostan, na rzecz poszanowania potrzeb społeczności. Zasady funkcjonowania w grupie, reguły komunikacji, normy zachowań mieszają się swobodnie, przynosząc niejednokrotnie zaskakujące zwroty w rozwoju większych i mniejszych społeczności.
Pomimo globalizacji i dominacji kultury masowej w Japonii żywe jest dziedzictwo Ogasawara-ryu i związana z nim etykieta reiho . Czym jest ta tradycja?
Janusz Surma: Rodzina Ogasawara skodyfikowała pewne standardy czy wzorce postępowania i od XII wieku kultywuje te zasady. Przed wszystkim reiho Ogasawara to nie proste przepisy, jak się ukłonić albo gdzie usiąść, tylko połączenie zachowań ze stanem umysłu. Może porównanie do jakichś podstawowych praw fizyki byłoby właściwe?
Dwa filary Ogasawara-ryu to Shushin-ron (psychologiczna równowaga) oraz Taiyoron (świadomość ciała). Podstawa to optymalizacja ruchów, czyli ograniczenie do minimum wszelkich ozdobników, żeby pokazać prawdziwy, piękny gest, i wykorzystanie naturalnych możliwości naszego ciała, naszych mięśni. Oczywiście niektóre elementy, takie jak wykorzystanie sygnałów na polu walki, mają znaczenie tylko historyczne. Z drugiej strony, pojawiły się inne, uwzględniające zachodnie elementy stylu życia, ale baza jest dokładnie ta sama.
Witold Rychłowski: Zbiór zasad znany dziś jako reiho powstawał istotnie na potrzeby ujednolicenia nie tylko zasad postępowania wojowników na polu walki, ale również w sytuacjach życia codziennego. I ten aspekt pozostaje niezmienny. Nadal mamy do czynienia z codziennością, a przyjęcie i doskonalenie zasad reiho służy równie dobrze dziś, jak i 800 lat temu.
Kodyfikowanie manier i zasad postępowania w różnych sytuacjach służy, podobnie jak w kulturze Zachodu, lepszej komunikacji między ludźmi, lepszemu funkcjonowaniu jednostki w zbiorowości.
Janusz Surma: Reiho Ogasawara-ryu obejmuje kilka podstawowych aspektów codziennego życia: odpowiednie poruszanie się i postawy, prawidłowe zwracanie się, kłanianie, wręczanie i przyjmowanie różnych przedmiotów, odpowiednie do okazji pakowanie upominków. Ale ponieważ te podstawowe ruchy i postawy (kihontai ) mają zastosowanie w wielu innych dziedzinach - jak choćby ceremonia parzenia herbaty (chado ), kyudo i inne sztuki walki, układanie kwiatów czy relacje biznesowe - organizuje się różne kursy w zależności od konkretnych potrzeb.
Wróćmy do korzeni. Reiho Ogasawara narodziło się ze zbioru praktycznych zasad dla wojowników. Podstawą tradycji było yabusame , czyli japońskie łucznictwo konne. Co ma wspólnego strzelanie z łuku z optymalizacją ruchu i próbą pokazania piękna?
Janusz Surma:
Każdy samuraj kształcił się oczywiście w wielu sztukach walki, chociaż podstawą były jazda konna, łucznictwo i władanie mieczem. Ogasawara byli samurajami i wyspecjalizowali się w łucznictwie konnym. Trenowali zarówno ludzi, jak i konie. Zbiór zasad, codziennych reguł i komend, łącznie z jeździeckimi, spodobał się cesarzowi Go-daigo i nakazał przekształcić go w kodeks rodzinny, który z czasem stał się obowiązującym na dworze cesarzy i shogunów. Na to nałożyć trzeba fakt, że łuk w Japonii traktowany był i jest jako przedmiot wręcz boski. Legendarny cesarz Jimmu prawie zawsze pokazywany jest z łukiem. Łuk pozostaje symbolem siły i władzy. A jednocześnie ma moc odpędzania złych sił.
Tradycja wojskowa przerodziła się w kodeks rodzinny, dworski, dziś to forma coachingu. Czym dziś zajmuje się ród Ogasawara?
Janusz Surma: W okresie panowania cesarza Mutsuhito doszło do głębokich przemian społecznych, politycznych, gospodarczych i kulturowych, jak również do gruntownej modernizacji Japonii na wzór zachodni. Szereg wydarzeń określanych mianem restauracji Meiji sprawił, że wpływy zachodnie zaczęły oddziaływać na wiele aspektów życia. Samuraje odeszli w zapomnienie. Ale etykieta przetrwała. Dziś Ogasawara to na pozór zwykła rodzina. W 1880 roku Kiyokane Ogasawara, ówczesny zwierzchnik Rodu, [rodu] otworzył w dzielnicy Kanda w Tokio pierwszą publiczną szkołę reiho , aby mogli ją poznać zwykli ludzie, ale jednocześnie zastrzegł, że nigdy członkowie rodu nie mogą utrzymywać się z nauki reiho , kyudo (łucznictwo) ani yabusame . Dlatego dziś każdy z nich ma jakiś normalny zawód. Pan Kiyomoto jest neurobiologiem, zaś jego ojciec Kiyotada pracował jako urzędnik. Mimo to cały czas kultywują tradycję, biorąc np. udział w różnego rodzaju ceremoniach w całej Japonii, między innymi w najważniejszych świątyniach, jak Ise czy Nikko.
Witold Rychłowski: Dziś możemy patrzeć na rozwój i popularyzację zasad reiho jak na coaching, a czasem nawet jak na mentoring. Przekaz wiedzy i umiejętności odbywa się głównie przy współpracy mistrza i ucznia. Dzielą ich doświadczenie i poziom wiedzy, ale łączy dbałość o szczegóły, uważność i wzajemny szacunek.
Jeżeli to coaching, to dlaczego na tym nie zarabiać? Przecież coaching to wielki biznes!
Janusz Surma:
W jednym z wywiadów pan Kiyotada określił to tak: jeśli zaczniemy myśleć o naszej sztuce jako o sposobie na utrzymanie się, to takie podejście sprawi, że nasz styl się zwulgaryzuje. Mój dziadek i ojciec również bronili tych praw naszego rodu. Jest powód, dla którego powinniśmy mieć też inną pracę aniżeli tylko nauczanie naszej sztuki. Jeśli włożymy w to wysiłek, nasza tradycja zostanie zachowana dla przyszłych pokoleń. Poza tym, kiedy zajęciem głowy rodu staje się tylko nauczanie, mogą z tego wyniknąć problemy między ludźmi.
Można porównać zajęcia reiho do dawnego wychowania panien przez guwernantki czy szkoły podchorążych?
Witold Rychłowski: Z tego, co wiem, to raczej chodzi o to, żeby dziewczęta nauczone w szkole reiho propagowały je dalej w swoich domach, rodzinach, a czasem w pracy jako nauczycielki. To chyba główny powód, bo reiho wywodziło się raczej z męskiego kręgu zachowań. Kobiety w Japonii, szczególnie w dawnych czasach, miały niewielkie wpływy. Takie porównanie ponadto trochę trąci myszką, a w Japonii reiho jest nadal żywe. Oczywiście w różnym stopniu w różnych kręgach, ale całe środowisko tradycyjnych sztuk walki to również strażnicy tradycji i reiho . Niestety, nierzadko można zaobserwować wręcz karykaturalne zachowania i pseudotradycje, które nazywamy czasem McDojo.
Mcdonaldyzacja tradycji i podwórkowe karate?
Witold Rychłowski:
Bezmyślne kopiowanie albo nieuzasadniony lęk to elementy globalizacji. Pod koniec lat 80. opowieści o tym, że w Japonii jedzą surowe ryby z ryżem, budziły niedowierzanie, dziś sushi należy do najpopularniejszych potraw w Polsce. Karate kojarzyło się z kiepskimi amerykańskimi filmami. Możliwości, jakie daje coraz powszechniejszy dostęp do Internetu, niosą nadzieję na upowszechnianie się nowych, właściwych wzorców estetyki. Bezpośredni kontakt z odległymi kulturami stwarza okazję do osobistego doświadczenia korzyści wynikających z możliwości czerpania z różnorodności.
Janusz Surma: W Japonii rząd zauważył już jakiś czas temu problem mieszania się tradycji i popkultury. Między innymi z tego powodu wprowadzono do japońskich gimnazjów i liceów obowiązkowe zajęcia z budo, czyli tradycyjnych sztuk walki. W tych sztukach walki reiho odgrywa bardzo znaczącą rolę, jest powiedzenie: wszystko zaczyna się od rei (ukłonu) i kończy na rei. Na kierunkach pedagogicznych reiho to absolutna podstawa.
Japońskie sztuki walki znane są na całym świecie, ale równie ważną japońską tradycją jest łucznictwo konne, czyli yabusame . To odtwórstwo historyczne czy realny powrót do tradycji? Festiwal kultury czy tylko sport?
Janusz Surma: Trzeba najpierw wyjaśnić, że yabusame to jedna z dyscyplin łucznictwa konnego. Oprócz tego jest jeszcze kasagake i inu-ou-mono , które z racji wykorzystywania jako celu żywych psów nie jest praktykowane od XIX wieku. W przypadku Ogasawara-ryu to kontynuacja tradycji rodzinnej. Sam Kiyomoto Ogasawara zaczął uczyć się łucznictwa konnego jako małe dziecko, a mając lat kilkanaście brał regularnie udział w pokazach. W Japonii jazda konna to bardzo elitarna rozrywka. Więc w naturalny sposób yabusame trudno jest uprawiać. Oczywiście imprezy pokazowe mają pewne reguły sportowe, ale raczej to piękne i zawsze przyciągające rzesze fanów widowisko.
Yabusame jako widowisko rozrywkowe przetrwało do dzisiejszego dnia. Szczególnie duże i znane zawody odbywają się w Kamakurze w dniach 15-16 września.
Janusz Surma: W Japonii można podziwiać pokazy yabusame w niewielu miejscach, ale rzeczywiście pokaz w Kamakura jest jednym z ważniejszych. Odbywa się w Tsurugaoka Hachimangu - bardzo ważnej i starej świątyni. To nie tylko wspaniałe widowisko, ale także wydarzenie o charakterze religijnym i kulturowym. Warto wspomnieć, że w Polsce mamy również wspaniałe tradycje łucznictwa konnego i bardzo mocną ekipę, z mistrzami świata włącznie, uprawiającą różne jego odmiany. Niestety, w tym roku podczas wizyty rodu Ogasawara w Polsce nie będziemy mieli możliwości zrobienia pokazu. Mamy nadzieję, że odwiedzą nas za jakiś czas również w tym celu. Dla przykładu - w Paryżu zorganizowano pokaz yabusame tuż pod wieżą Eiffla.
Witold Rychłowski:
Więc może Pałac Kultury też by się sprawdził? To oczywiście żart, ale z pewnością będziemy o tym myśleć.
Na zaproszenie Fundacji Umemi i współpracujących organizacji, w towarzystwie doświadczonych asystentów, odwiedzi Polskę XXXII głowa rodu Ogasawara - dr Kiyomoto Ogasawara. Spotkania oraz warsztaty odbędą się w Krakowie (20 czerwca), Wrocławiu (21-22 czerwca), Warszawie i okolicach (23-25 czerwca). Rezerwacja miejsc i szczegółowe informacje: umemi@umemi.pl
Witold Rychłowski . Trener rozwoju umiejętności z wieloletnią praktyką w zakresie rozwoju umiejętności osobistych i społecznych w obszarze komunikacji, zarządzania zmianą, pracy z konfliktem - specjalizuje się w procesach mediacyjnych i negocjacyjnych. Projektuje i prowadzi zajęcia o charakterze szkoleniowym i interwencyjnym zarówno dla zespołów, jak i dla indywidualnych osób. Aktywność zawodową łączy z pasją - jest instruktorem kyudo (4 dan), prowadzi Fundację Umemi, wspierającą rozwój i popularyzację kyudo w Polsce.
Janusz Surma . Pasjonat, wręcz ortodoks, klasycznej tradycji i kultury japońskiej. Od 2001 roku bywa regularnie w Japonii (spędził tam w sumie ok. 1,5 roku). Od 10 lat próbuje poznać kyudo (4 dan) i iaido (2 dan). Wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Kyudo.
Rafał Pikuła. Promotor kultury, copywriter i dziennikarz. Publikował m.in. w "Polityce", "Przeglądzie". Włóczy się po świecie zbierając ciekawe opowieści. Chętnie napiłby się z Wieniediktem Jerofiejewem, Bohumilem Hrabalem i Thomasem Mannem.