Wasza książka zaczyna się jak typowy wakacyjny przewodnik w stylu "Weekend w Bieszczadach". Na początku jest mapka, spis rzeczy, które należy zabrać, słowniczek trudnych pojęć. Ale nie tylko o alternatywną turystykę tu chodzi?
Ania Salawa: To przede wszystkim opowieści uczestników Światowych Dni Młodzieży, których wysłuchałam. W ubiegłym roku pomyślałam, że warto je zebrać w książce, więc zgłosiłam się do wydawnictwa, a ono poleciło mi do współpracy Karolinę.
Karolina Sarniewicz:
Pomysł na formę książki ewoluował. Kiedy zobaczyłam tak ogromną ilość materiału, nie za bardzo wiedziałam, jak w sposób przejrzysty go przekazać. To historia pokoleń, od Rzymu w 1985 roku do Rio de Janeiro w 2013 roku, którą na początku pracy nad projektem przedstawiła mi Ania.
Postanowiłam umieścić poszczególne opowieści pod hasłami typu "Jezuita w szortach" czy "Justin Bieber". To dało mi możliwość pisania krótkich felietonów zamiast jednego długiego reportażu o ludziach, którzy uczestniczyli w Spotkaniach Młodych. Wszystkie relacje mają jednak wspólny mianownik - każdej z tych osób podczas ŚDM przytrafiło się coś, co sprawiło, że jej życie nie wygląda już tak, jak przed wyjazdem.
Książka ma formułę minireportaży pokazujących kulisy ŚDM. To historie dalekie od medialnego, newsowego przekazu.
Karolina: - Tak. Doszłyśmy po prostu do wniosku, że tej imprezy nie da się zrozumieć, póki nie wejdzie się w głąb indywidualnych ludzkich historii. Bo obserwując przekaz medialny, zatrzymamy się jedynie na poziomie kolorowych flag, tłumów i machających rączek.
Ania: - Jest chociażby historia księdza, który przyleciał do Rio w 2013 roku. Dumny, świeżo upieczony kapłan z elegancką walizeczką trafił na nocleg do faweli. Rodzina, która go przyjęła, dała mu herbatę do picia w słoiku, oddała najlepszy pokój w szałasie, który nie spełniał żadnych znanych mu kryteriów wygody. Ksiądz opowiada, że z trudem pokonał obrzydzenie, ale potem przeżył najwspanialszą lekcję pokory, prawdziwe rekolekcje miłosierdzia. Działo się to na peryferiach Spotkania Młodych, daleko od kamer telewizyjnych.
Karolina:
- W książce pokazujemy, że Pan Bóg lubi "gadać" do ludzi. Że nie jest odległą, niezrozumiałą mocą, ani panem w średnim wieku, który ma tatę z brodą i hoduje gołąbka, tylko kimś, kogo interesuje każdy szczegół naszego życia. Jest praktyczny - jeżeli brakuje nam pieniędzy, to nam je podrzuci. Pomoże też, kiedy nie wiemy, który proszek do prania wybrać. Po prostu wie, co to znaczy życie, więc objawia się właśnie poprzez życiowe przypadki. Nie jest sztucznym aniołkiem ze skrzydłami, który sprawdza tylko, czy ładnie składamy rączki do modlitwy.
Jeden z naszych bohaterów zostaje księdzem po tym, jak przebierał się za kapłana podczas ŚDM, aby dostać się do pierwszego sektora. Po mszy z papieżem, tak jak wszyscy księża, dostał pamiątkową stułę, która później długo wisiała w jego szafie, prowokując do refleksji. Tak prowokowała, aż zrodziło się w nim powołanie. Bóg nie przyszedł do niego, żeby napisać mu na drzwiach balkonowych: "Będziesz kapłanem. Oto twoje powołanie".
Ania:
- Bóg przemawia w codzienności, podczas nocnego czuwania, w drodze na mszę, poprzez przypadkowo spotkanego człowieka. Wiele osób wybiera się na Światowe Dni Młodzieży, aby zobaczyć papieża, często to główna motywacja. Potem okazuje się, że najlepiej wspominają to, czego nie widać na zdjęciach ani w serwisach informacyjnych. Nie cytują homilii, ale opowiadają niezwykłe, osobiste historie, w których widać działanie Ducha Świętego.
Pamięta się momenty, te intymne i bardzo osobiste. Aniu, jakie są twoje "obrazki" ze Spotkaniach Młodych?
Ania: - Jest tego wiele, ale szczególnie pamiętam sytuację z metra w Rio. Do pociągu wsiadła grupa młodych ludzi, chyba Argentyńczyków. Wyciągnęli różańce i zaczęli się na głos modlić. Byłam pod wrażeniem ich naturalności, swobody, z jaką to robili. Było to tak naturalne, jak czytanie książki czy przeglądanie Facebooka w komórce. Chociaż Polska to najbardziej katolicki kraj w Europie, w warszawskim metrze nie odważyłabym się modlić na głos. Ta scena wryła mi się w serce, to było coś niesamowitego!
Karolina: - Pisanie książki polegało na konfrontowaniu się z takimi historiami, obrazkami. Ja, jako że nigdy w tym zjeździe nie uczestniczyłam, zwyczajnie po dziennikarsku chciałam zrozumieć, co jest w nim takiego niezwykłego. Pytałam, co fascynuje uczestników tych wydarzeń, co ich łączy, co sprawia, że chociaż podczas ŚDM przez dwa tygodnie nie śpią, to i tak twierdzą, że chcą tam wrócić. Mimo że jestem wierząca, podchodziłam do tych obrazków na chłodno i bez emocji.
Ania: - To rzeczywiście niezwykle cenne, że Karolina była niezależna od tych wszystkich emocji. Dzięki temu potrafiła przełożyć ten hermetyczny język, pełen frazesów i nieznanych pojęć, na ludzką mowę.
Zatem książkę dedykujecie osobom, dla których Światowe Dni Młodzieży w Krakowie będą pierwszą imprezą tego typu?
Ania:
- To zarówno opowieść dla starych wyjadaczy, którzy pamiętają pierwsze spotkanie, jak i dla kompletnych debiutantów. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, nawet osoby niewierzące czy wątpiące.
Karolina: - Nie tworzyłyśmy tej książki jedynie z myślą o osobach, których ŚDM w jakiś sposób dotyczą. Mnie przecież do tej pory nie dotyczyły, a w historiach bohaterów znalazłam treść, z którą się utożsamiam. To chrześcijaństwo pozytywne, otwarte, bez niezrozumiałych zakazów, bo "tak trzeba", ale oparte na radości z tego, że jest Chrystus, któremu możemy zaufać na tyle, żeby pozwolić mu działać. Tak żeby on był kierowcą, a my - żebyśmy zasnęli na siedzeniu pasażera.
Ania: - W książce jest opowieść o radosnych zakonnicach, które żyją sobie we wspólnym domu z basenem, chodzą bez habitów, w pełni sobie ufają. Młode dziewczyny, które goszczą u tych zakonnic, są pod wrażeniem, kiedy jedna z sióstr proponuje, że podrzuci je na dyskotekę i potem w nocy odbierze. Przecież Spotkanie Młodych to nie tylko modlitwa, ale też kontakt z innymi ludźmi, zabawa, integracja.
W książce drążycie wątek matrymonialny. Wiele mówi się o tym, że pielgrzymki, rekolekcje czy inne katolickie spotkania młodych to miejsce idealne na szukanie drugiej połówki. Nawet w jednym z popularnych seriali była scena, w której bohaterowie decydują się jechać na Światowe Dni Młodzieży, bo zobaczyli w folderze zdjęcie z ładnymi dziewczynami.
Karolina: - Ksiądz Piotr Pawlukiewicz powiedział kiedyś, że Bóg łapie "na cukierki" - daje przynętę, a kiedy dojdziemy za nią do celu, jej smak przestaje mieć znaczenie. Po prostu zna naszą ludzką naturę, chce, żebyśmy byli prawdziwi. Nie ma więc sensu, żebyśmy przed nim udawali. Mówili: Panie Jezu, jadę na Światowe Dni Młodzieży tylko dla Ciebie. Mnie wcale nie chodzi o tych przystojnych chłopaków, dobrą imprezę pod gołym niebem i zobaczenie kangura w Australii. (śmiech)
A jeśli "przynęta" okaże się czymś więcej?
Ania: - To nawet dobrze. Przecież spotykają się tutaj ludzie o podobnych poglądach, wrażliwości, duchowości. Nie ma lepszego miejsca, aby znaleźć męża czy żonę. Pan Bóg powołał nas do miłości. Nawet jeżeli jedziemy na Światowe Dni Młodzieży z myślą, że poznamy fajnego chłopaka czy dziewczynę, nie ma w tym nic złego, jeśli ten cel nie przesłania tego, co najważniejsze. Chodzi o to, żeby nie szukać desperacko miłości, ale otworzyć się na działanie Boga, bo on ma najlepszy plan na nas.
Na Światowe Dni Młodzieży przyjeżdżają ludzie z różnych kultur, o różnych światopoglądach i doświadczeniach. W Krakowie spotkają się katolicy z laickiej Francji i konserwatywnej Afryki, czytelnicy "Tygodnika Powszechnego" i młodzi słuchacze Radia Maryja.
Ania: - Jeden z naszych rozmówców zwykł mówić, że Światowe Dni Młodzieży to przede wszystkim ekumenizm wśród katolików. Tu jest miejsce dla każdego, bo łączy nas Bóg. Podczas mszy pielgrzymi z Afryki tańczą i składają w darach żywą kurę, dla Niemców najważniejszy jest porządek i dobra organizacja podczas wizyty papieża. Potem wszyscy łapią się za ręce i każdy w swoim języku mówi modlitwę "Ojcze nasz".
Karolina: - Podczas ŚDM odbywają się Targi Powołaniowe. To taka wielka giełda Kościoła. Prezentują się tam różne wydawnictwa katolickie - te związane z Frondą i te uznawane za katolewicę. Swoje stanowiska mają zakony - od dominikanów do franciszkanów, od jezuitów do redemptorystów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nie pasuje ci neokatechumenat, spróbuj rekolekcji ignacjańskich, nie odnajdujesz się w ruchach charyzmatycznych, wybierz się na kontemplacje do bernardynów.
Czyli wszelkie podziały nagle znikają?
Karolina: - Z opowieści, które ja słyszałam, maluje się dość utopijny obrazek. Ludzie na ŚDM nie skupiają się na detalach w interpretacji wiary, które ich dzielą, ale na samej wierze. Nie mogę poprzeć tej tezy swoim doświadczeniem i nie wiem, jak będzie, ale mam przeczucie, że może być w tym sporo prawdy. Wyobrażam sobie, że jeśli w Krakowie, idąc po bułki, natknę się na Nigeryjkę, która przejechała pół świata, żeby spotkać wierzących z innych kontynentów, raczej mało będzie mnie obchodzić, czy w Warszawie poszłaby do kościoła przy Krakowskim Przedmieściu, czy po drugiej stronie Wisły.
Ania:
- Tutaj nikt nie pyta, czy jesteś z Kościoła "łagiewnickiego", czy "toruńskiego", na spotkaniach panuje luz i radość, jest dialog i wspólna modlitwa. Podziały tworzą media i ludzie słabej wiary. W książce znajdziesz historie zarówno fanów Kościoła otwartego, jak i zwolenników mszy trydenckiej [po łacinie - przyp. red.].
Czy nie jest tak, że te podziały tworzą przedstawiciele Kościoła, stając po różnych stronach sporu politycznego?
Karolina: -
Nie wiem. Może nie tyle tworzą podziały, co po prostu przywiązują wagę do widocznych dla nich różnic, robią z nich kwestie wiążące dla porozumienia na linii katolik - katolik. Ja sama zresztą często to robię. Wkurzam się, że publicysta X oznajmia na antenie znanej telewizji, że chrześcijaństwo wymaga męczeństwa, a kiedy Bóg kocha, to doświadcza - co uważam za istne brednie. Albo kiedy partia Y przekazuje kupę publicznych pieniędzy na dzieła księdza Rydzyka jako jedyną słuszną jej zdaniem opcję wspierania Kościoła. Krew mnie wtedy zalewa, bo mam poczucie, że Kościół - ten, który widzę skrajnie inaczej i do którego chcę zbliżać moich bliskich - boleśnie na tym traci. Pamiętam, że pisząc tę książkę zdarzyło nam się współpracować przez chwilę z przesympatyczną parą dziennikarzy z Telewizji Trwam. Mieliśmy co prawda zgoła inne oczekiwania względem rozmówców, inny mieliśmy obraz naszych projektów - ale co z tego? Jakie to ma znaczenie? To byli po prostu rewelacyjni ludzie, z którymi świetnie się rozmawiało, wymieniało materiałami czy chodziło na herbatę.
Do ŚDM pozostało kilka tygodni. Wszyscy zastanawiają się, czy infrastruktura będzie gotowa, czy uda się uniknąć zamachów terrorystycznych. Nikt nie pyta o wymiar duchowy. Czy możemy liczyć, że spotkanie z papieżem odmieni oblicze tej ziemi?
Ania: - Nie wierzę w masowe nawrócenia i wielkie narodowe rekolekcje. Być może ktoś się nawróci, a może wiele osób nie przeżyje nic szczególnego, ponieważ Bóg ma inny plan wobec nich. Ale myślę, że jeśli choć jedna osoba spotka w czasie Światowych Dni Młodzieży Pana Boga, to znaczy, że warto organizować ten zjazd. On jest szalony. Jak w przypowieści o dobrym pasterzu, Bóg dla jednej zagubionej owcy porzuca całe stado. Dlatego myślę, że nawet dla jednego nawrócenia warto podjąć trud ekonomiczny i logistyczny związany z organizacją tego spotkania.
Karolina: - Ja też w to nie wierzę, nie do końca wiem nawet, co miałoby to oznaczać. Nie ma sensu kreować utopijnej wizji Światowych Dni Młodzieży, które tchną niezwykłą moc we wszystkich Polaków i zaprowadzą ich do Boga. Takie rzeczy dzieją się w kiepskich włoskich filmach o świętych, ale nie w życiu. Wiara to rzecz przeżywana grupowo - jasne, ale to, jak się rodzi, jest kwestią indywidualną. Żadne wydarzenie nie jest maszynką do masowej przeróbki ateistów w katolików. (śmiech) Jeśli więc ktoś przeżyje tam coś niezwykłego, to super, ale jeśli nie - nic straconego. Widocznie to nie był jego czas.
Karolina, spotkanie w Krakowie będzie twoim debiutem. Podziel się z czytelnikami poradami, jak przygotować się na Światowe Dni Młodzieży.
Karolina:
- Nie planuję żadnych specjalnych przygotowań duchowych. Jak sugerowali bohaterowie naszej książki - mamy jechać tam, żeby przeżyć wszystko po swojemu, ufając, że warto, spodziewać się wielkiej niespodzianki. Skupiam się więc na przygotowaniu ekwipunku, kupię dobry śpiwór i wygodne buty do chodzenia.
Czy twoje przygotowania będą takie same jakbyś jechała na Woodstock czy Open'er?
Karolina: - W zasadzie tak. Wezmę tylko ze sobą worki na śmieci. (śmiech)
Ania: - One świetnie sprawdzają się, gdy pada deszcz, a ty śpisz pod gołym niebem. Testowałam w Kolonii i muszę powiedzieć, że się sprawdziły!
Czyli przed wyjazdem, zamiast modlić się, skompletuj elementy małego survivalu.
Karolina:
- Módl się, módl, ale zwyczajnie, tak jak to robisz na co dzień. Za to do ŚDM przygotuj się jak na wycieczkę i przeżyj przygodę, jakiej się nie spodziewasz!
Anna Salawa. Wymyśliła książkę o ŚDM i współrealizowała projekt jako "autorka niepisząca". Miała studiować italianistykę, nie wyszło - trafiła na iberystykę. Chciała jechać na misję, nie wyszło - zaczęła pracę przy ŚDM. Lubi, jak to Panu Bogu wychodzi, a nie jej. Była w Kolonii, Madrycie i Rio. Szczęśliwa mama i żona. Pracuje w Krajowym Biurze Organizacyjnym z przerwami od 2009 roku.
Karolina Sarniewicz. Napisała książkę "Zróbmy raban". Z wykształcenia filolog włoski. Dziennikarka, współpracuje z "Polska The Times" i Radiem Zet.
Rafał Pikuła . Promotor kultury, copywriter i dziennikarz. Publikował m.in. w "Polityce", "Przeglądzie", Newsweek.pl, magazynie katolickim "Kontakt". Włóczy się po świecie, zbierając ciekawe opowieści. Chętnie napiłby się z Wieniediktem Jerofiejewem, Bohumilem Hrabalem i Thomasem Mannem.