Przyznam, że "prenatalny komunikator", czyli nazwa skonstruowanego przez panią i pani męża urządzenia, dzięki któremu wygrała pani polską edycję konkursu FameLab, brzmi tajemniczo. Co to właściwie jest? Linia telefoniczna do dziecka w brzuchu?
- Wiem, że "prenatalny komunikator" nie jest najszczęśliwszą nazwą i zastanawiam się nad jej zmianą, ale innych pomysłów na razie nie mam. Krótko mówiąc jest to urządzenie elektroniczne, dzięki któremu dźwięk zmienia się w drgania strukturalne i w tej formie dociera do wód płodowych. Jest tak skonstruowane, że można go podłączyć do mp3, laptopa czy telefonu, a następnie przyłożyć do brzucha. Wszystko po to, by dziecko słyszało dokładnie to, co chcemy mu przekazać - głos matki, ojca czy dobrą muzykę. A nie jedynie ich "część".
Spotkałam się z poglądem, że ojciec powinien mówić do brzucha. Wtedy dziecko po urodzeniu będzie rozpoznawało jego głos i łatwiej mu będzie później uspokoić płaczące niemowlę. To błędne założenie, bo dziecko w brzuchu matki go nie usłyszy?
- Oczywiście, że coś słyszy. Wskazują na to liczne publikacje naukowe. Zresztą dziecko w łonie matki nie żyje w absolutnej ciszy. Doskonale słyszy bicie jej serca, oddech czy odgłosy towarzyszące pracy jelit. Ale jeśli chodzi o dźwięk z powietrza, nie dociera do niego zbyt wiele - jakieś części słów, pojedyncze głoski czy dźwięki. A z drugiej strony jest w stanie usłyszeć odgłosy jazdy samochodem, samolotem czy tramwajem. W tych sytuacjach dochodzi do przeniesienia się dźwięku przez drgania ciał stałych.
Jak to możliwe?
- Zgodnie z prawami fizyki granica powietrze-woda niemal idealnie odbija dźwięk. Do wody przedostaje się on tylko w minimalnym stopniu. W związku z tym dźwięki do płodu docierają najprawdopodobniej w wyniku wtórnej transmisji wibroakustycznej. W kilku publikacjach pojawiły się dane, które wskazywały, że aby dźwięk mógł pokonać tłumienie tkanek, "hałas" wewnątrz i zostać zarejestrowany przez hydrofon umieszczony wewnątrz macicy ciężarnej owcy, musiał przekroczyć poziom 90 decybeli. Nikt tak głośno na co dzień nie rozmawia i nie słucha muzyki.
Zastanawiam się, jak to jest z tym odbijaniem się dźwięku od wody. Przecież gdy zanurzymy głowę w basenie, to słyszymy np. muzykę puszczaną z głośników czy głosy innych pływających osób. A leżąc w wannie - wyraźnie słyszy się dźwięki z otoczenia.
- Tak to prawda, ale dzieje się tak nie dlatego, że do wody przenika dźwięk z powietrza. W takich przypadkach dźwięk trafia do naszych uszu pośrednio. Przekaźnikiem jest tu np. wanna, która jest wprawiana w wibracje, gdy dźwięk się od niej odbija. Drgania docierają do naszych zakrytych wodą uszu. Niewykluczone, że w taki sposób mogą także dotrzeć do brzucha. Tyle że będą słabsze. Gdy zanurzymy się cali na środku basenu, nie usłyszymy tego, co dzieje się nad wodą, ale wystarczy, że wychylimy czubek głowy z wody - wtedy dźwięk dotrze do nas przez przewodnictwo kostne.
Puszczanie nienarodzonemu dziecku muzyki klasycznej, a nawet odtwarzanie filmów w języku obcym, to jedna z najczęstszych ciążowych praktyk stosowanych przez przyszłe mamy. Wiele z nich święcie wierzy, że takie zabiegi stymulują rozwój maleństwa.
- Sama tak robiłam, gdy byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem. Później, gdy córka już się urodziła, nieraz ktoś mi radził, by dla uspokojenia puszczać jej tę samą muzykę, której słuchałam, będąc w ciąży. Stosowałam się do tych rad, jednak akurat w moim przypadku nie przynosiło to rezultatów Moja córka najlepiej zasypiała przy dźwięku suszarki do włosów.
Pytam o to wszystko, bo pani wygrana w konkursie dla naukowców FameLab wzbudziła szereg kontrowersji. Zwracano uwagę, że istnieje szereg badań naukowych potwierdzających, że dziecko w łonie matki słyszy. Tymczasem pani słowa wygłoszone podczas konkursowej prezentacji są tego zupełnym zaprzeczeniem. W Internecie na wielu forach rozgorzały dyskusje, czy płód słyszy, czy nie.
- To oczywiście nieporozumienie - nie neguję żadnych wyników badań naukowych ani nie chciałam z nimi polemizować w swoim wystąpieniu. Oczywiście, płód słyszy. Tyle że niekoniecznie to, co byśmy chcieli, by do niego dotarło. Mówiąc "Wasze dziecko TEGO nie słyszy", nie próbowałam tłumaczyć, że nie słyszy w ogóle, ale że nie jest w stanie usłyszeć każdego naszego słowa i dźwięku. Moje wystąpienie dotyczyło obiegowych opinii powtarzanych kobietom ciężarnym, jakoby ich dzieci słyszały to samo, co one. Wykorzystując elementarne zależności akustyczne, zademonstrowałam, że transmisja dźwięku to bardzo złożona sprawa. I tylko w tym kontekście powinno być to odczytywane.
My skonstruowaliśmy urządzenie, dzięki któremu przekształcając głos czy muzykę w drgania strukturalne, dostarczamy go dziecku efektywniej. To żadne wiekopomne odkrycie. Na całym świecie - również w Polsce - organizuje się dla ciężarnych specjalne sesje muzyczne w basenach z wykorzystaniem głośników podwodnych. Nasz komunikator oparty jest na tych samych mechanizmach transmisji dźwięku. Tyle że nie trzeba się moczyć.
Nie podważa więc pani wyników badań potwierdzających, że płód słyszy?
- Skoro takie wyniki otrzymano, to dziecko słyszy. Jak mówiłam, nie polemizuję z rezultatami badań. Co więcej - stanowiły one źródło inspiracji dla moich dociekań. Wykorzystaliśmy znajomość i doświadczenie zagadnień z zakresu bioakustyki, aby usprawnić przekazywanie dźwięków. Tak aby rzeczywiście przypominały one to, co my słyszymy.
Czy skonstruowane przez panią urządzenie jest bezpieczne? Pojawiają się krytyczne głosy, że raczenie nienarodzonego dziecka drganiami może doprowadzić do poronienia.
- Oczywiście, nie testowaliśmy tego urządzenia na dzieciach, ale nie sądzę, by mogło zrobić im krzywdę. Natężenie dźwięku jest zbyt niskie, a dodatkowo dziecko w brzuchu mamy jest bardzo dobrze chronione. Drgania z naszego urządzenia można porównać do tych, z jakimi codziennie styka się ciężarna kobieta podczas jazdy samochodem czy tramwajem. Nie są w żaden sposób niebezpieczne.
Testowała pani to urządzenie będąc w ciąży?
- Nie. Nie zdążyłam. Bardzo tego żałuję.
Myśli pani, że ciężarne będą chciały to urządzenie kupować?
- Dostałam już kilka maili od kobiet, które były nim zainteresowane. Mamy na razie prototyp i będziemy nad nim pracować na własną rękę. Właśnie złożyliśmy wniosek do Urzędu Patentowego o objęcie ochroną patentową.
Zastanawiam się, czy zdecydowałabym się na takie urządzenie, gdybym znów była w ciąży. Chyba nie, bo myślę, że uznałabym to za stratę pieniędzy. Pani jest matką-gadżeciarą?
- Raczej nie. Przy pierwszym dziecku może bardziej zwracałam uwagę na różne "pomoce", ale bardzo szybko przekonałam się, że to zbędny wydatek. Wywoziłam wszystkie te rzeczy do rodziców i składałam u nich na strychu. Przy drugim dziecku gadżety już prawie zupełnie sobie odpuściłam, no może oprócz leżaczka i nosidła. Jednak, jak wspomniałam, żałuję, że nie udało mi się wypróbować naszego komunikatora, kiedy byłam jeszcze w ciąży. Wiem, że są matki, które do takich urządzeń przywiązują dużą wagę. No i widziałam kiedyś w telewizji śniadaniowej kobietę, która rozpływała się opowiadając, jak puszcza dziecku Mozarta. Właśnie wtedy pomyślałam, że skoro matki chcą w taki sposób stymulować swoje dzieci, to niech robią to dobrze. I postanowiłam im w tym pomóc.
A jaką jest pani matką?
- Staram się być aktywna. Cały czas pracuję w szpitalu, robię doktorat i opracowuję konieczne do niego badania. Razem z mężem pracujemy także nad skonstruowaniem nowoczesnego stetoskopu. Jestem cały czas w biegu, więc jak mam wolną chwilę, to też nie mogę usiedzieć na miejscu. Idę z dziećmi na rower albo na rolki. Gdy moje drugie dziecko miało cztery miesiące, zabraliśmy je w podróż do Stanów Zjednoczonych.
To spore wyzwanie. Rodzina nie krytykowała tego pomysłu?
- Oczywiście, że krytykowała. Straszono nas, że dziecko się rozchoruje, że uszkodzi sobie uszy w samolocie. Sugerowano, że jestem nieodpowiedzialna. Ja jednak uważam, że pierwsze miesiące życia dziecka to idealny wiek do podróżowania. Kiedy lecieliśmy do Stanów, moja córka była karmiona tylko piersią, więc odpadło mycie butelek, słoiczki i cały ten kram. Ponadto dzieci do szóstego miesiąca życia w samolocie dostają kołyskę. Dzięki niej moja córka przespała całą podróż. Dziś nie wyobrażam sobie, że miałabym dziesięciomiesięczne dziecko trzymać osiem godzin na kolanach.
Jest pani zwolenniczką teorii, że dziecko w niczym nie przeszkadza, a pomaga?
- Chyba tak. Nie mogę wykluczyć, że gdybym nie miała dzieci, to nie skonstruowałabym "prenatalnego komunikatora". Być może też byśmy nad nim pracowali, bo ten projekt bardzo mocno wpisuje się w nasze zainteresowania naukowe. Ale jestem przekonana, że nie zrobiłabym tak wiele na polu naukowym, gdybym była sama. Dzieci świetnie uczą organizacji i motywują do działania.
Karolina Nowak . Lekarz. Pracuje w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, doktorantka Kliniki Endokrynologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. Realizuje również projekt "Nowe Metody i Technologie Akustycznej Diagnostyki Medycznej" w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN.
Joanna Ćwiek. Dziennikarka, prawniczka, freelancerka. Zaczynała od stażu w dziale krajowym "Gazety Wyborczej". Publikowała także w "Dużym Formacie" , "Rzeczpospolitej" , "Przekroju" , "Polityce" , "Wprost" i dzienniku "Polska The Times", gdzie była także szefową działu ekonomicznego. Za artykuły o reformie emerytalnej otrzymała nagrodę im. Władysława Grabskiego. W 2014 r. wyróżniona odznaczeniem "Pro publico bono" za publikacje dotyczące walki z biedą i bezrobociem. W ubiegłym roku porzuciła wielkomiejskie życie na rzecz mazowieckiej wsi. Żona swojego męża, mama pięcioletniego Antosia, właścicielka psa Zmyłki i kota Kici.