Nie wiemy, czy ta historia potoczyłaby się tak samo, gdyby Martyna urodziła się w dużym mieście. Zawsze chciała w takim mieszkać. Ciągnęło ją do wielkiego świata. Stąd , mówi Martyna, prawie wszyscy wyjeżdżają. Brakuje pracy, nie ma żadnych większych zakładów produkcyjnych . (...) Dlatego i ona, i brat od razu wiedzieli, że muszą studiować. Brat po studiach nie wrócił już w rodzinne strony. Martyna też nie chciała wracać, ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej.
W latach osiemdziesiątych, na fali emigracji zarobkowej, koleżanka Martyny wyjechała z rodzicami do Stanów, osiedlili się w Chicago. Martyna utrzymywała z dziewczyną kontakt przez kilka lat. Któregoś roku ta zaproponowała jej przyjazd na wakacje do pracy. (...)
Wakacyjna miłość*
Z Jarkiem poznali się zaraz pierwszego lata i od razu zaiskrzyło. Zaczęli się spotykać. Kiedy jesienią Martyna wróciła do Polski, Jarek dzwonił. Zaprosił ją do siebie na sylwestra. Potem co roku wracała na wakacje. Było tak , mówi Martyna, ja szłam do pracy, on szedł do pracy i spotykaliśmy się wieczorem. A wieczorem zabawa. Prawdziwe życie przyszło potem. (...)
Kiedy Jarek kupił dom na północnych przedmieściach Chicago, przeprowadziła się do niego. Było w porządku, ale właściwie się mijali, jak wiele par w Stanach: praca od rana do wieczora, powrót w korkach, zimą nawet dwie, trzy godziny. Zimy są ciężkie. Czasu dla siebie nie ma za wiele. Jarek postanowił otworzyć własną firmę. Kupił budynek, dokupił plac, handlował granitem. Biznes się rozwijał, a Jarek pracował siedem dni w tygodniu. (...)
O dziecku zaczęła myśleć szybko. Jedna z jej znajomych zaszła w ciążę i ona też chciała. Jarek na początku był przeciwny, że za wcześnie. Bo jeszcze firma się rozkręca. W końcu po prostu się stało. Martyna pracowała już jako księgowa i bardzo się ucieszyła. Na krótko. W dziewiątym tygodniu poroniła. Wtedy zrezygnowała z pracy. Postanowili z Jarkiem zalegalizować związek i poukładać życie. Wzięli ślub.
Jarek, który mieszka w Stanach, odkąd skończył dziesięć lat, ma obywatelstwo amerykańskie. Martyna zdecydowała się wrócić do Polski i starać się o zieloną kartę. Od tego momentu , mówi, wszystko zaczęło się sypać .
Czekając na zieloną kartę, Martyna nie wie, że wróci do Stanów jeszcze tylko raz, na kilka miesięcy. Na razie mieszka znów u rodziców i nie pracuje. Denerwuje ją siedzenie z założonymi rękami, chciałaby wynająć mieszkanie w mieście i poszukać zajęcia, ale Jarek się nie zgadza. Może się bał, że nowe życie wciągnie Martynę i postanowi zostać w Polsce? Ona na początku się buntuje, ale w końcu ulega. Nie chce problemów i kłótni. Czas leci, Martyna przejada oszczędności, a jak jej brakuje, Jarek przysyła pieniądze.
I cieszy się z każdych odwiedzin męża, który przyjeżdża kilka razy w roku. Starają się o dziecko. Mija rok, drugi, w końcu Martyna zachodzi w upragnioną ciążę. Wybuch radości. - Daniel był dzieckiem wyczekiwanym i wymarzonym - powie potem. - Dużo mieliśmy planów względem niego.
Czarne chmury
Ciąża początkowo przebiega bez zakłóceń, "książkowo", jak stwierdza ginekolog. Wszystkie badania, z tak zwanym USG genetycznym i pomiarem przezierności karkowej włącznie, prawidłowe.
Chmury zaczynają się gromadzić nad Martyną i jej dzieckiem w siódmym miesiącu. Przeczucie każe jej iść na konsultację do innego lekarza. Lekarz ogląda dziecko i stwierdza dużą wadę serca. Czy pani o tym wie? Martyna oczywiście o niczym nie wie. Dostaje skierowanie na prenatalne echo serca.
W domu wpisuje w Google: wada serca. I czyta, że sześćdziesiąt procent wad serca u płodu wiąże się z występowaniem zespołu Downa. Wyłącza komputer. Dzwoni do Jarka: Słuchaj, to może być coś więcej. To może być zespół Downa. Jarek nie dopuszcza w ogóle takiej myśli. Martyna też stara się zapomnieć. (...)
Przed porodem Jarek znów przylatuje do Polski. Razem jadą do szpitala.
23 marca 2009 roku, w trzydziestym dziewiątym tygodniu ciąży, rodzi się Daniel. Dostaje dziewięć punktów w skali Apgar, od razu trafia do inkubatora na intensywną terapię. Spędza tam cztery doby. Karmiony jest sondą, codziennie ma robione echo serca. Wada okazuje się mniejsza, niż się spodziewali lekarze. Nie ma dwuujściowej komory, są za to dwie dziurki: między komorami i między przedsionkami. Takie ubytki obserwuje się i czeka, aż zarosną. Chyba że wytworzy się nadciśnienie płucne - wtedy operować trzeba natychmiast. U Daniela nadciśnienia nie było.
Martynę przewieziono na salę pooperacyjną. Dziecka jej nie pokazano. Jarek tłumaczy, że ze względu na wadę serca musi być w inkubatorze. Martyna nabiera podejrzeń. Cały czas pyta męża: Czy poza sercem wszystko w porządku? A on kłamie: Wszystko w porządku. Jarkowi powiedzieli zaraz po porodzie, ale nie chciał, żeby się denerwowała.
Wymowna cisza
Martyna dowiaduje się więc w zupełnie głupi sposób. Na drugi dzień przenoszą ją na zwykłą, dwuosobową salę poporodową. W pewnym momencie słyszy zza ściany głos swojego brata: Proszę jej jeszcze nie mówić, niech dojdzie do siebie . I głos lekarki, tuż przy drzwiach: Jak pan to sobie wyobraża? Muszę powiedzieć matce, że dziecko ma zespół Downa. Lekarka wchodzi i mówi: Proszę pani, krew została pobrana do badania kariotypu. Dziecko jest na intensywnej terapii. I tyle. Nie pada: zespół Downa . Martyna nie może nic wykrztusić. Lekarka wychodzi. (...)
Nikt z personelu nie mówi do niej nic na temat dziecka. Kiedyś słyszy tylko słowa pielęgniarki: A ten tam znowu zrobił kupę. (...)
Po dwóch tygodniach Daniela wypisują ze szpitala. Pani doktor informuje, że trzeba dziecku zbadać słuch, bo prawdopodobnie nie będzie słyszało, i wzrok, bo prawdopodobnie nie będzie widziało. Umawia wizytę u kardiologa. Żadnych innych wskazówek. (...)
Kiedy Daniel skończył miesiąc, Jarek wrócił do Stanów. Prawie go nie ma w tej opowieści o porodzie i pierwszych tygodniach życia jego pierworodnego syna. Jeździł z Martyną do szpitala, brał dziecko na ręce, a jednocześnie wydawał się nieobecny. Jak to będzie? - pytał. Całe życie do kitu - mówił. Wreszcie padły słowa, które, według Martyny, nie powinny były paść. Jeśli podejmiesz decyzję, nikt nie będzie miał ci tego za złe . Co miało znaczyć: Zostaw dziecko w szpitalu i koniec problemu.
Podział winy
Jarek się uparł, żeby również oni, rodzice, natychmiast zbadali kariotypy. Chciał wiedzieć, czyja to wina. Nie mógł zrozumieć, że niczyja. Im bardziej Jarek nalegał, tym bardziej Martyna czuła się winna. Wiedziała już z Internetu, że w przypadkach "dziedziczenia" zespołu Downa wadliwy chromosom najczęściej pochodzi od kobiety. Zdecydowali się na badanie odpłatne. Oddali krew, zanim Jarek poleciał z powrotem do Chicago. Podczas konsultacji genetyk ocenił ryzyko urodzenia kolejnego chorego dziecka na trzy procent.
Dla Jarka w ogóle nie było tematu kolejnego dziecka. Wyniki kariotypu, prawidłowe, Martyna odebrała kilka tygodni później. Okazało się , mówi, że jesteśmy normalni . W tym samym czasie u Daniela stwierdzono tak zwaną trisomię prostą dwudziestego pierwszego chromosomu. W takich razach w ogóle nie bada się rodziców, bo nie ma mechanizmu dziedziczenia. Po prostu: błąd przy połączeniu komórek.
Wiele mieliśmy planów w stosunku do Daniela . Pierwszy plan: cała rodzina osiedli się w Chicago. Drugi plan: Daniel będzie mówił trzema językami, po polsku, po angielsku i po hiszpańsku. I trzeci: będzie się świetnie uczył, skończy studia i dostanie dobrą pracę. Miał być kimś. Miał mieć w życiu dobrze. Dodatkowy chromosom pokrzyżował wszystko. (...)
Jarek, jak mówi Martyna, cieszył się na przyjazd żony i dziecka. Załatwił Danielowi ubezpieczenie, przygotował pokój. Pytał, jakie łóżeczko powinien kupić. A potem próbował się z synem bawić. Czasem mówił coś do niego, a chłopiec nie reagował. Z tym Jarek nie mógł się pogodzić. W końcu powie otwarcie, że z wadą Daniela sobie nie poradzi. On chciał mieć zdrowe dziecko.
"To nie ma sensu"
Martyna dba o czas dla rodziny, organizuje wspólne wycieczki: zoo, festyn, wizyta na farmie. Myśli, że kiedy pobędą razem, Jarek zmieni zdanie. Przecież to jego syn. Ale nie. Jarek niby jest, a jakby go nie było. On żyje w swoim świecie: praca, praca, praca. Ona czuje coraz wyraźniej, że stali się dla siebie obcymi ludźmi. Zastanawia się, jak do tego doszło.
Może to przez rozłąkę w pierwszych miesiącach życia Daniela? Ona skupiona na synu, załatwianie, lekarze, terapia. Ciągle czytała o zespole Downa, szukała nowych specjalistów. On za oceanem, nie rozumiał, po co to wszystko. Jakby go to nie dotyczyło. Może gdyby od początku wpadł w wir sprawunków, wizyt, ćwiczeń, byłoby inaczej? Gdyby widział Daniela codziennie? A może nie? Czy poczuł się odsunięty?
Złościł się. Krzyczał: Robisz z niego kalekę! Jesteś nadopiekuńcza!
Może przesadzałam , mówi Martyna, ale chciałam jak najlepiej .
Mniej więcej po pół roku w jednej z rozmów pada: To nie ma sensu. Martynie jest już wszystko jedno. Nie ma sił walczyć o małżeństwo.
Martyna stara się zrozumieć Jarka. On , mówi, nie miał rodziny, nie wiedział, co to znaczy troszczyć się o siebie nawzajem . Wiedział tylko, że ważna jest praca. Od rana do wieczora. I rzeczywiście odniósł sukces. Jego firma z lokalnego interesu urosła do przedsiębiorstwa na skalę krajową. Pamiętał Polskę, ale tak naprawdę to Stany były jego krajem. Wsiąkł w tamto życie. Nigdy nie chciał wracać.
Pierwsza z rodziny do Chicago wyjechała matka Jarka. Zostawiła trzyletniego syna z ojcem. Siedem lat później Jarek i jego tata podążyli jej śladem. Ojciec miał nadzieję, że rodzina się połączy, ale matka nie chciała o tym słyszeć. Miała już nowego partnera, poza tym nie zamierzała Jarka wychowywać. Kiedyś wzięła go do siebie, niby na stałe. A po dwóch dniach odwiozła z powrotem, bo nie dała rady. Co powiedziała Jarkowi? Martyna nie wie. Podejrzewa, że rodzice w ogóle niewiele mu wyjaśniali z tego, co się działo. Jeszcze w Polsce po wyjeździe matki tułał się po ciotkach. Był przerzucany to tu, to tam. Aż trafił do Stanów.
W końcu jego rodzice się rozwiedli. Ojciec zdecydował się zostać w Chicago. Pracował dzień i noc, żeby utrzymać siebie i syna. Martyna poznała niedoszłego teścia kilka lat przed jego śmiercią. Zmarł w noc walentynkową, nagle, na zawał serca. Rok po tym, jak Martyna przyjechała do Stanów na stałe. Jarek bardzo tę śmierć przeżył. Został sam, bo ojciec był dla niego całą rodziną. Ojcem i matką. Już nigdy później Jarek i Martyna nie obchodzili walentynek.
Po śmierci ojca czasem dzwonił do matki. Pytał, co słychać. Ale miał żal. Dopiero jego własny rozwód i wyjazd Daniela do Polski bardzo ich do siebie zbliżą.
15 minut i koniec
Starał się nie wracać do wydarzeń z dzieciństwa. Powtarzał tylko, że nigdy nie chciałby być taki jak jego matka.
I popatrz, mówi Martyna, może od tego nie da się uciec?
Zakochana Martyna długo uważała swój związek za udany. Jarek miał na nią duży wpływ, był uparty i lubił stawiać na swoim. Czasem zachowywał się dziwnie, wybuchał. Czy to była prawdziwa miłość? Dużo razem przeszli, dobrego i złego. Może po prostu się do siebie przyzwyczaili i życie biegło swoim torem, dopóki nie pojawiły się problemy?
Pobrali się w 2006 roku, po poronieniu. Rozwiedli się w 2010 roku.
Rozwód? Śmieszny , mówi Martyna. Tak jak ślub. Jak chcesz się pobrać, ustalasz termin w sądzie, idziesz i czekasz w kolejce. Sędzia woła parę, odczytuje formułkę. Mówisz "I do " i podpisujesz papierek. Żadnych świadków nie trzeba.
Chcesz się rozwieść? Idziesz do adwokata i składasz oświadczenie. Adwokat przygotowuje umowę rozwodową. W umowie Martyny i Jarka było między innymi napisane, że mają dziecko i że ona wyjedzie z tym dzieckiem do Polski. On zachował prawo do widzenia z synem, gdyby akurat był w pobliżu. Zobowiązał się płacić alimenty.
Potrzebny był tylko jej podpis. Podpisała. Papiery poszły do sądu, odbyła się rozprawa. On jako powód musiał się stawić. Ona niekoniecznie, więc nie pojechała. Wszystko trwało ponoć piętnaście minut. Jarek dostał rozwód. Martynie zawiadomienie przysłano pocztą.
Koniec.
Teraz stara się nie wracać myślami do tamtego życia. Nie wspomina. Czasem coś mignie w pamięci, ale nie tęskni. Bo właściwie co to było za życie? Praca na okrągło.
I samotność. I tyle.
Samotna matka
Czas zatoczył koło, Martyna wróciła do Polski i zamieszkała z rodzicami. Nie chciała i nie mogła zostać w Stanach, po rozwodzie byłaby tam zupełnie sama. Bez rodziny, bez wsparcia. Niektórzy tak potrafią, tłumaczy, zmienić kraj, żyć bez bliskich. Ja nie . Zresztą nie poradziłaby sobie finansowo: wynajęcie mieszkania, opiekunka do dziecka, samochód. A kiedy być z tym dzieckiem, kiedy je rehabilitować? Zresztą tutaj też jako samotna matka radzi sobie tylko dlatego, że mieszka z rodzicami i za nic im nie płaci. Wiele ubrań i zabawek Daniel dostaje po kuzynach. Świadczenie pielęgnacyjne i alimenty - przy niskim kursie dolara - starczają jedynie na leki, pieluchy, trochę ubrań, no i benzynę. Na benzynę idzie kupa pieniędzy.
Siedzimy w ogródku przed domem, pijemy kawę. Daniel śpi. Martyna opowiada mi historię swojej rodziny. Uświadamiam sobie, że wszystko, co mówi, przeczy opinii, iż stąd trzeba koniecznie wyjechać. Mama pochodzi z drugiego końca Polski, a tata ze wsi nieopodal. Poznali się, kiedy mama przyjechała na ferie do swoich dziadków, czyli Martyny pradziadków. Poznała tatę, później wróciła i już została. Tam, gdzie te kamienie, pokazuje Martyna, stał stary dom. Pradziadek wybudował go na początku dwudziestego wieku. W czasie wojny ukrywał w komórce na podwórku jednego Żyda. Po wojnie prowadził tu knajpę.
Po ślubie rodzice Martyny zamieszkali razem z pradziadkami. Martyna pamięta te czasy. My mieszkaliśmy na górze , mówi, a dziadkowie na dole . Babcia umarła pierwsza. Dziadek dożył dziewięćdziesięciu sześciu lat.
W ogrodzie stoi jeszcze dawny chlew, a zarazem stajnia pradziadka. To prostokątny bielony budynek, z drewnianymi, niewielkimi drzwiami. Jak tam wchodził koń? - zastanawia się Martyna. A pamięta, że dziadkowie mieli konia. No więc jakoś wchodzić musiał.
Rodzina Martyny zajmowała się uprawą ziemi, mieli kilka hektarów gruntu koło lasu. W połowie lat osiemdziesiątych tata też wyjechał spróbować szczęścia w Stanach, a mama sprzedała większość ziemi. Tata wytrzymał za oceanem dwa lata, potem wrócił. I od tej pory już nie opuszczał domu. Wyjadą dopiero jego dzieci.
Fragment pochodzi z książki "Mamy z innej planety", która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak
* Śródtytuły pochodzą od redakcji
Krystyna Strączek . Współautorka książek "Wejść tam nie można" (wraz z Ewą Błaszczyk), "Kościelna wiosna" (z bp. Grzegorzem Rysiem), "Seks jest boski (z o. Ksawerym Knotzem). Redaktorka m.in. książek Ryszarda Kapuścińskiego. "W Mamach z innej planety" opowiada również własną historię.