Społeczeństwo

Beverly Hills. Skupisko pięknych i bogatych. Trzecia - po Beverly Park i Manhattan Beach - co do zamożności dzielnica Los Angeles. To tu średni roczny dochód na gospodarstwo domowe wynosi prawie czterysta tysięcy dolarów, a życie toczy się w rozległych posiadłościach, pośród obsadzonych egzotycznymi roślinami alejek, za wysokimi parkanami i przyciemnianymi szybami drogich aut.

Wbrew obiegowej opinii nie każdy, kto jest bogaty, od razu jest znany. Niektóre nazwiska widniejące na skrzynkach pocztowych mówią cokolwiek chyba tylko tym, którzy z uporem maniaka śledzą gospodarczy dział którejś z amerykańskich gazet. W Beverly Hills nie brak osób, które latami harowały na swój sukces i nie dbają o błysk fleszy. Ale z pewnością nie należą do nich znudzone dzieciaki opływających w dostatki biznesmenów. One chętnie się zabawią. Rzecz jasna za kasę z ojcowskiego czy matczynego konta. A potem pokażą to na ekranie telewizora.

#bogactwo

Dla Dorothy Wang obnoszenie się z bogactwem to, jak może się wydawać, esencja życia. Powtarza, że nie ma pojęcia, ile dokładnie posiada ekskluzywnych torebek Birkin z domu mody Hermes (cena jednej waha się od 10 do 70 tysięcy dolarów), ale chętnie publikuje na swoim Instagramie zdjęcia z coraz to nowymi, opatrując je hasztagiem #FUNEMPLOYED. To słowo doskonale opisuje pozbawione trywialnych trosk o niezapłacone rachunki życie Dorothy, dziedziczki ogromnej fortuny. Obecnie majątek dwudziestosiedmiolatki wyceniany jest na dziesięć milionów dolarów. I rośnie. Dorothy może więc skupić się na byciu samozwańczą projektantką biżuterii, której inwencja pozwala na wymyślanie coraz to nowych hasełek, takich jak #fabuluxe, wieszanych potem na złotych i srebrnych łańcuszkach.

Życie Dorothy Wang wolne jest od trosk o niezapłacone rachunki (fot. instagram.com/dorothywang/)

Dorothy jest tylko jedną z bohaterek produkowanego przez stację E! Entertainment i wyświetlanego także u nas programu "Bogate dzieciaki z Beverly Hills", ale reprezentatywną dla całego nadzianego towarzystwa. Zapytana przez dziennikarzy na spotkaniu prasowym, czemu w ogóle zdecydowała się wziąć udział w programie i czy nie czuje się niekomfortowo z ekipą filmową ciągle czyhającą gdzieś za rogiem, odpowiada nonszalancko: - Tak naprawdę przez ostatnich siedem lat żyłam jak w reality show. Dzięki Bogu, że teraz mam obok siebie kamery, nie muszę się już prężyć na darmo . I na pewno nie za darmo. Niewykluczone, że co najmniej dla kilku uczestników rzeczonego programu otrzymane od stacji honorarium to pierwsze samodzielnie zarobione w życiu pieniądze.

Celebrycki fenomen dający się opisać krótko jako "są znani z tego, że są znani", którego dzisiejszą ikoną jest niezaprzeczalnie Kim Kardashian, osiąga nowe wyżyny. A może niziny. Rzecz jasna "Dzieciaki z Beverly Hills" to tylko rozrywka - zarówno dla tych, co występują, jak i dla tych, co oglądają - a nie pokoleniowy manifest. Można jednak postrzegać ten program w kategoriach zjawiska symptomatycznego: dla kultury konsumpcyjnej, dla młodzieży uzależnionej od bytności w mediach społecznościowych. To reality show jest na swój sposób telewizyjnym ekwiwalentem konta na Instagramie czy Facebooku założonego przez narcystycznego nastolatka. Zresztą sam pomysł na program inspirowany był ponoć Tumblrem "Rich Kids of Instagram" - choć tytułowe dzieciaki dzieciakami już dawno nie są. Raczej urodzonymi w czepku, mniej lub bardziej zblazowanymi ludźmi dobiegającymi trzydziestki.

Dolar dolarowi nierówny

Oczywiście nie ma w tym nic zdrożnego, że panna Wang nigdy nie musiała się stresować, czy dotrwa do pierwszego - ojciec Dorothy jest szefem firmy posiadającej sieć sklepów w Chinach i 557. najbogatszym człowiekiem na świecie. Najwyraźniej, na co wskazują wyniki oglądalności oscylujące w okolicach miliona widzów w samych Stanach Zjednoczonych, nie brakuje chętnych do tego, żeby przekonać się, jak żyją bogacze z Beverly Hills. Dla przeciętnego widza podobny program to niemal taka sama fantazja, jak młodzieżowy serial "Beverly Hills, 90210", a może nawet i odleglejsza. Wyrośnięte już kalifornijskie dzieciaki nie mają problemów i dylematów jak niegdyś Brenda i Dylan z pamiętnego serialu. Na przykład EJ Johnsona, kolejnego uczestnika programu i syna słynnego koszykarza, Magica, pochłania obecnie opracowywanie nowego koloru lakieru do paznokci.

EJ Johnson i Dorothy Wang (instagram.com/dorothywang)

Jednak nie każdy z grupy prezentowanej w "Dzieciakach z Beverly Hills" opiera swój sukces na rodzinnej fortunie. Niektórzy przynajmniej próbują się od niej odciąć - rzecz jasna na tyle, na ile się da. Choć w pilotowym odcinku kolejny z bohaterów programu Brendan Fitzpatrick przyznał, że rodzice dość długo pomagali mu finansowo, już jako dziewiętnastolatek zarobił swoje pierwsze ogromne pieniądze. Pracuje jako pośrednik w sprzedaży luksusowych nieruchomości, których średnie ceny dochodzą do dwudziestu milionów dolarów, i zgarnia niesamowite prowizje. Z kolei jego kolega, Jonny Drubel, wytrwale tworzy muzykę. Zaplanował, że w tym roku zacznie na niej zarabiać.

Pozostali uczestnicy, a raczej uczestniczki, to Taylor Ann Hasselhoff (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, jest córką słynnego Davida), Roxy Sowiaty (gdy nie zamartwia się tym, że rodzice odetną ją od kart bankowych, projektuje wnętrza; od nowego sezonu nie zobaczymy jej jednak na ekranie) i Morgan Stewart ( autorka bloga Boobs & Loubs , czyli Cycki i Buty od Christiana Louboutina), która marzy, żeby jej wpisy zostały kiedyś wydane w formie drukowanej albo przedzierzgnęły się w talk-show.

Roxy Sowiaty i Taylor Ann Hasselhoff (fot. instagram.com/roxysowlaty, instagram.com/tayhoff)

Stewart i Fitzpatrick to zresztą para. Swoje zaręczyny sfilmowali, ślub też. - Mamy pewne zobowiązania wobec ludzi - mówiła dziennikarzom Morgan. - Skoro pokazaliśmy oświadczyny, musimy pokazać też i samą ceremonię, chcemy być przecież fair . Zapytani o granice prywatności, podobnie jak ich przyjaciółka Dorothy odpowiadają wzruszeniem ramion. Dla nich obnażenie swojego życia jest rzeczą absolutnie naturalną, podobnie jak dla trzaskającej sobie tysiące selfie Kim Kardashian czy króla Instagrama, milionera i playboya Dana Bilzeriana. Zdaje się, że epoka cyfrowa sprzyja ekshibicjonizmowi, a żeby dojść do podobnej konkluzji, nie trzeba wcale śledzić wyżej wymienionych bohaterów. Wystarczy zajrzeć na facebookowy profil pierwszego lepszego znajomego. A może nawet i przyjrzeć się swojemu.

Brendan Fitzpatrick i Morgan Stewart (fot. Tommy Garcia / E! Entertainment)

W blasku fleszy

Telewizyjne programy pokazujące życie niekoniecznie znanych, ale bogatych to nie jest ubiegłoroczna nowość. Emitowane od jakiegoś czasu są też "100 Days of Summer", "Żony Beverly Hills" czy rodzime "Żony Hollywood", nie mówiąc już o "Z kamerą u Kardashianów". I niewykluczone, że będzie tego więcej.

Programy te w pewnym stopniu odzwierciedlają faktyczną sytuację: najbogatszy jeden procent obywateli świata bywa całkowicie oderwany od jego reszty. Dysproporcje pomiędzy stanem majątkowym poszczególnych grup społecznych stale się powiększają. A popularność programów reality show traktujących o nierzadko boleśnie banalnych rozterkach bohaterów z pękatymi portfelami nie powinna dziwić, bo dla przeważającej części widowni to faktycznie miejska fantastyka. W każdym z programów jego bohaterowie akcentują, ile co kosztuje, z lubością dokumentują wydawanie pieniędzy oraz eksponują prezenty od sponsorów (choć i tak 99,9 procent publiki na te produkty nie stać), co wykracza nierzadko poza granice dobrego smaku. Z drugiej strony jednak takie produkcje pozwalają się wyzłośliwiać, śmiać z marnego gustu bogaczy, dumać nad tym, na co samemu wydałoby się tysiące zielonych.

Brendan Fitzpatrick i Morgan Stewart (fot. Tommy Garcia / E! Entertainment)

W przypadku Kim Kardashian - nazwisko to nie przewija się tutaj przypadkowo - i jej programu mamy do czynienia z jeszcze innym aspektem całego fenomenu. Śledzenie perypetii ludzi z pierwszych stron gazet, a raczej kolorowych pism, może stać się swoistym ekwiwalentem niemalże sitcomowej rozrywki. Bo jak inaczej postrzegać życiowe wytyczne każące wybierać apartament położony nie dalej niż dziesięć kilometrów od ekskluzywnego domu towarowego, wychwalanie biegunki jako sposobu na schudnięcie, zamartwianie się, czy kolor nowej torebki (obowiązkowo z metką domu mody Hermes) pasuje do koloru ścian łazienki lub nazywanie ekskluzywnych kopertówek "pokrowcami na iPhone'a"?

Wydaje się, że niektóre sytuacje są aż nazbyt wydumane, żeby nie mogły zostać narzucone przez scenariusz. Na przykład Sowiaty z "Bogatych dzieciaków z Beverly Hills" wydająca pół miliona dolarów za jednym zamachem to zwyczajny obrazek i może nie dziwiłby tak bardzo, gdyby dziewczyna nie narzekała w kółko, że rodzice odcięli ją od większych funduszy.

Taylor Ann Hasselhoff i Roxy Sowiaty (fot. instagram.com/tayhoff, instagram.com/roxysowlaty)

W pierwszym odcinku programu oglądamy też luksusowy penthouse, gdzie na łóżku leży rozłożona Wang w otoczeniu designerskich akcesoriów i otwiera butelkę Dom Perignon, a to wszystko przed udaniem się do prywatnego odrzutowca. Ktoś inny mówi z kolei nie o dniu urodzin, ale urodzinowym miesiącu, a Stewart chwali się przyjaźnią z Leonardo DiCaprio i Ashtonem Kutcherem, choć... żadnego z nich nie poznała. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.

- Ludzie się z nami utożsamiają, bo nie ma innego programu, którego bohaterami są dwudziestoparolatkowie próbujący znaleźć swoje miejsce na świecie - mówi prasie EJ Johnson. - Nasi fani dorastają razem z nami - wtóruje mu Jonny Drubel i dodaje: - Spora część z nich jest w naszym wieku, przechodzą przez to, przez co my przechodzimy, i przybywa im lat tak samo jak nam. Na pewno będą chcieli wiedzieć, jak się uporaliśmy z naszymi problemami .

Wygląda na to, że w tę telewizyjną fantazję wierzą jedynie ci, którzy nią faktycznie żyją.

 

Bartosz Czartoryski. Samozwańczy spec od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury; prowadzi fanpage Kill All Movies .

(fot. Publio.pl)