Społeczeństwo

Jacek Hugo-Bader - "Skucha" [FRAGMENT]

***

Maciek Zalewski siedzi w tym czasie [1989 r., przyp. red.] w waszyngtońskim hotelu i przy whisky gada z kumplami o Heideggerze, aż tu dzwoni Jarosław Kaczyński i mówi, że jest nowym naczelnym "Tygodnika Solidarność" po Tadeuszu Mazowieckim, który został premierem, że czytał Maćkowe teksty i widzi, że obaj są z jednej bajki, a na koniec pyta, czy Maciek chce być jego zastępcą. Też pytanie... Jasne, że tak!

- Już wtedy tak ci się podoba? - pytam Maćka.

- No, stary! To jest świeże, męskie uczucie. Mam do czynienia ze wszystkimi arcykapłanami "Solidarności", tuzami podziemia, największymi bogami antykomunistycznej opozycji, z Jackiem Kuroniem na czele, ale żaden nie działa tak na mnie jak ten mały człowiek. Jemu jednemu jestem w stanie się podporządkować i dać wszystko, co mam.

1989 r., Sejm. Komisja porozumiewawcza po wyborach 4 czerwca (fot. Tomasz Wierzejski/AG)

- Ile wtedy masz lat?

- Trzydzieści trzy - mówi Maciek. - Jarek osiem więcej. Jesteśmy daleko od władzy i blisko "Solidarności", którą dowodzi Wałęsa, w "Tygodniku" piszemy teksty o uwłaszczaniu, o nomenklaturowych machinacjach, zamianie własności na władzę i władzy na własność, ale jest też twoja "Gazeta Wyborcza", to się z nią napieprzamy. Wielki spór, który rozwalił "Solidarność", nabiera rozpędu, ale naprawdę niszczącym uderzeniem jest cios w naszą spółkę Telegraf...

- Opowieść o Telegrafie rozpocznij może od jakiegoś początku - grymaszę, bo to najtrudniejszy temat, który czeka mnie z Maćkiem, a on bierze fajkę, wydłubuje popiół, przedmuchuje cybuch, nabija... Gra na czas, ale przypala, posiał zapalniczkę, więc męczy się zapałkami. To niezwykłe, ile ich zużywa. W ciągu trzech godzin rozmowy całe pudełko schodzi, a w pokoju więcej dymu z drewna osikowego niż z liści tytoniu.

- Wszystko potem przestaje być zabawne. - Maciek wraca do opowieści, jak pokolenie Okrągłego Stołu wchodziło do gry. - Odkrywam, że to prawdziwa walka polityczna, nie ma żartów, bombardują wściekle pozycje, na których jestem, więc siłą rzeczy ja też co chwila dostaję jakąś bombą. Nie przychodzi mi nawet do głowy, że wszedłem na pole, które tak strasznie będzie ostrzeliwane, gdzie spadnie tyle pocisków, bomb, tyle rozstawili min, gdzie rozerwie mnie na kawałki! Za co płacę do dzisiaj.

- Mógłbyś mniej metaforycznie?! - protestuję.

- Ci, co mi to zrobili, to przecież moi bracia, ludzie z naszego pokolenia uznawanego w Warszawie za następców Komitetu Obrony Robotników. Co komu szkodzi, że będą dwa koncerny medialne? Ten twój z "Wyborową" i nasz?

- Podoba mi się ta "Wyborowa". I jestem wdzięczny, że nie mówisz "Wybiórcza".

Jarosław Kaczyński i Tadeusz Mazowiecki (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Trzeba być niezwykle skupionym, uważnym, bo to początek piekielnie skomplikowanej, pogmatwanej afery, która wybuchła i rozczmychała się wielkim ogniem w pierwszych latach III Rzeczypospolitej, a z którą polski wymiar sprawiedliwości boryka się później około piętnastu lat.

W końcu marca 1990 roku Sejm uchwala ustawę o likwidacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej Prasa-Książka-Ruch, wielkiego koncernu medialno-wydawniczego, który był jedną z podstaw finansowania partii komunistycznej. Z mocy ustawy część majątku RSW trafia do wydawnictw związanych z partiami politycznymi, głównie tytuły prasowe. "Express Wieczorny" razem z budynkami i gruntami dostaje się w ręce Fundacji Prasowej "Solidarność", powołanej w tym czasie przez środowisko skupione wokół Jarosława Kaczyńskiego. Kilka lat później fundacja sprzedaje "Express Wieczorny" Szwajcarom.

W kwietniu tego samego roku odbywa się II Krajowy Zjazd NSZZ "Solidarność", na którym są obaj młodzi uniwersyteccy przyjaciele, czyli Maciek, członek Zarządu Regionu Mazowsze, i Michał Boni, przewodniczący tego zarządu.

- I to on na chama blokuje mój wybór do Komisji Krajowej, który mi się należy - wścieka się Maciek. - Nie umie nawet wytłumaczyć, dlaczego to robi! Myślałem, że normalnie go zarżnę, zabiję jak...! Ale byłem już coraz bliżej Jarka, więc zacząłem się z "Solidarności" wycofywać.

Tadeusz Mazowiecki z Tygodnikiem "Solidarność" (fot. Sławomir Sierzputowski/AG)

I już w maju tego roku powstaje Porozumienie Centrum, partia, do której Maciek wnosi w posagu bardzo silny układ warszawski, czyli swoje Grupy Polityczne Wola, natomiast pieniądze na działalność w formie pożyczki wnosi między innymi Fundacja Prasowa "Solidarność", przez co mają poważne kłopoty z prokuratorem, który zarzuca im nielegalne finansowanie PC. Kilka miesięcy później Zalewski wpada na pomysł powołania spółki Telegraf, a potem z innymi czołowymi działaczami Porozumienia Centrum wchodzi do jej rady nadzorczej i zostaje prezesem. To najbardziej kontrowersyjny projekt ówczesnego obozu Lecha Wałęsy. Chcą zakładać wydawnictwo, nową gazetę "Telegraf" i własną telewizję. Nie mija nawet rok, a kapitał założycielski partyjnej spółki rośnie sto pięćdziesiąt razy, bo ich akcje wykupuje wiele firm, przeważnie państwowych, w tym wielki bank, z którego biorą także ogromne pożyczki. Wychodzi więc na to, że prywatna spółka i związana z nią partia żerują na państwowych pieniądzach, rozwijają się kosztem państwowych firm. Jednak najwięcej Telegrafowi daje podobno prywatna spółka Art-B, co znaczy Artyści Biznesu, którzy dorobili się, wykorzystując prawnie zakazany oscylator ekonomiczny, polegający na wielokrotnym, jednoczesnym oprocentowywaniu tych samych pieniędzy w kilku różnych bankach, co kosztowało polski system finansowy około 424 milionów dzisiejszych złotych. Właściciele Art-B twierdzili, że przekazali Telegrafowi 5,7 miliona nowych złotych.

- A to jest nieprawda - opowiada Maciek. - Ale się zgadzam, że jak na dzisiejsze czasy jest nie do pomyślenia, że koncerny państwowe płacą na spółkę prywatną.

- W której na dodatek są sami politycy.

- Tak. Ale przecież nie gromadziliśmy pieniędzy, żeby budować sobie domy i kupować samochody. Teraz jest inaczej, ale wtedy myślenie polityczne było takie, że trzeba mieć swoją prasę. I telewizję.

- Bo razem z Wałęsą szliście do władzy, konkretnie do jego kancelarii, w której ty byłeś sekretarzem Komitetu Obrony Kraju, jakby ministrem obrony w Kancelarii Prezydenta RP.

- Tak. Nigdy bym nie przypuszczał, że efektem naszego wcześniejszego spotkania z notariuszem w redakcji "Tygodnika Solidarność", na którym powołaliśmy spółkę Telegraf, będzie to, że zostanę skompromitowany, wywalony z polityki i po kilku latach skończę w kryminale.

Zobacz wideo

ROZMOWA Z JACKIEM HUGO-BADEREM

Magdalena Kicińska: Napisałeś książkę o tym, jak żyje się w wolnej Polsce tym, którzy o nią walczyli. Przy powielaczu, farbie drukarskiej, kolportażu podziemnej gazety. O Kolumbach z roczników 50-tych.

Jacek Hugo-Bader*: - Chciałem opowiedzieć nie tylko o tym, co działo się z nimi potem, ale też o nich samych - skąd przyszli, w co wierzyli, co ich ukształtowało. Większość z nich było dziećmi rodziców naznaczonych lub zupełnie złamanych przez wojnę, wchodzili w dorosłość z bagażem, ale też często z poczuciem, że mimo wszystko trzeba działać - a tym celem nadrzędnym jest wolność. Szacuje się, że 14 tys. ludzi zaangażowanych było w niepodległościowe, opozycyjne podziemie solidarnościowe w latach 80-tych. Zależało mi na sportretowaniu pokolenia, do którego ja sam należę. Wybrałem tych, których sam znałem, z grupy, której sam byłem członkiem, tak, żeby nikt nie mógł zarzucić mi stronniczego doboru bohaterów "pod tezę". Bo tezy w tej książce mam nadzieję nikt nie znajdzie, ja jej przynajmniej nie miałem pisząc.

Ale pojawiają się mocne, gorzkie słowa, jak u jednego z bohaterów: "tym, z którymi walczyli o wolną Polskę, często powodziło się lepiej, niż im".

- Z tym zdaniem ja się przez całe to ćwierćwiecze wolnej Polski nie zgadzałem. I jeśli miałaby to być generalna uwaga, to nadal się nie zgadzam: że wszyscy, którzy walczyli, przegrali. Ale kiedy w końcu rozejrzałem się dookoła, to zacząłem sobie zdawać sprawę, że jednak bardzo wielu moich kolegów i koleżanek, ale też tych, dla których o wolność walczyliśmy, radzi sobie gorzej, niż przed 1989 rokiem. I to jest prawda, która dotyczy bardzo dużego odsetka naszego społeczeństwa!

Jacek Hugo-Bader (fot. Marcin Onufryjuk/AG)

Zabierałeś się jednak do pisania o tej skusze długo.

- Nad tą książką pracuję w zasadzie od samego początku tej naszej wywalczonej wolności. To najdłużej pisany w moim życiu tekst. Robiłem wiele podejść, przez lata teczki z notatkami puchły, a ja próbowałem co jakiś czas do tego wracać. Tak jest z niektórymi historiami, że trzeba do nich po prostu dojrzeć. Ale, swoją drogą, my w ogóle mamy problem z opowiadaniem tej najnowszej historii, która jest tak świeża, że wydaje się, jakby to było wczoraj. Co to za "historia", jak to nasza młodość była? Poza tym te nasze poprzednie narodowe mity krwią były całe przesiąknięte. A "Solidarność" była ruchem pokojowym, mniej spektakularnym, jakby to dopiero ofiary śmiertelne były nam potrzebne, żeby zbudować mitologię. Ale kiedy dwa lata temu świętowaliśmy ćwierćwiecze wolności, usłyszałem słowa Andy Rottenberg: "W Polsce z wolności najmniej skorzystali ci, którzy o nią walczyli". Dostałem jak obuchem w łeb. I postanowiłem w końcu napisać tę historię i zobaczyć dokładnie i bez znieczulenia, czy tak właśnie urządziliśmy sobie tę nową Polskę.

I?

- Jedni moi koledzy w wolnej Polsce robili kariery polityczne, jak Michał Boni, jeden z głównych narratorów tej opowieści, inni zbijali fortuny. Są też i tacy, którzy głodują, albo ledwo wiążą koniec z końcem. Kilku dawnych kolegów nie chciało ze mną gadać.

Bo, jak mówi w książce Maciej Zalewski, jeden z działaczy solidarnościowego podziemia, a po 1989 m.in. założyciel Porozumienia Centrum i skazany w procesie ART-B: "jest wojna między braćmi".

- Mówił to już jakiś czas temu, ale może dziś pasuje to do nas wszystkich jeszcze bardziej? Nie wiem. W międzyczasie kilka osób zmarło, w tym Marian Kobylecki, zwany Mietkiem, powstaniec warszawski, nasz łącznik z tym pierwszym pokoleniem Kolumbów. Parę osób przeżyło osobiste dramaty, zakręty życiowe.

Jak Ewa Choromańska, o której opowieść jest chyba najbardziej intymna - choć wszystkie są równie osobiste i pisane z bardzo bliska.

- Ewa zgodziła się, by mi swoją historię opowiedzieć i nie zmieniła potem ani jednego zdania. Bardzo mi zależało na tym, żeby to pokolenie pokazać bez znieczulenia. Pokazać takimi, jakim byliśmy, bo bez tego nie można byłoby zrozumieć, o co nam chodziło, dlaczego robiliśmy to, co robiliśmy - i jak to się stało, że niektórzy z nas poradzili sobie świetnie, a inni... Parę osób zmarnowało sobie życie, wielu wpadło w alkoholizm, niektórzy uważają, że walka o wolność w Polsce dopiero się zaczyna.

Bo to, wbrew pozorom, bardzo aktualna książka. Można w niej znaleźć odpowiedź na pytania o to, jak teraz wygląda nasze społeczeństwo, dlaczego tak jesteśmy dziś podzieleni. Bo skucha to według słownikowej definicji pomyłka, potknięcie, powodujące utratę punktów. Znalazłeś odpowiedź na pytanie, kto skusił?

- Wszyscyśmy skusili.

Niektórzy skusili w swoim życiu prywatnym, nie udźwignęli końca "wojny" i potrzebowali nowej, żeby nadać życiu sens albo go podtrzymać, często walcząc z własnymi demonami. Jako piewcy tej zmiany skusiliśmy, nie oglądając się na to, jak radzą sobie ci, którzy jej nie rozumieją. Ba! Nie zatroszczyliśmy się, skupieni na własnym życiu i karierach nawet o nasze koleżanki i kolegów "z partyzantki". Mówię w liczbie mnogiej, ale i pojedynczej zarazem, we własne piersi się uderzam: też się nimi wcześniej nie zająłem. Trochę chcę tą książką odpracować moje zachłyśnięcie się wolnością i własną ślepotę.

Gorzkie podsumowanie.

- Gorzkie. Wychodzi na to, że jednak skucha.

Książka "Skucha" jest dostępna w promocyjnej cenie w formie ebooka. Sprawdź tutaj >>

Jacek Hugo-Bader i okładka jego książki (fot. mat. wyd. Czarne)

Jacek Hugo-Bader. Dziennikarz i reportażysta, od 1990 związany z "Gazetą Wyborczą". Pracował jako nauczyciel, pedagog szkolny i socjoterapeuta, a także jako ładowacz na kolei, wagowy w punkcie skupu trzody chlewnej, szef kolportażu Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej, podziemnej struktury "Solidarności", wydającej tygodnik "Wola" i drukującej "Tygodnik Mazowsze", sprzedawca w sklepie spożywczym. Dwukrotny laureat nagrody Grand Press, napisał m.in. "Białą Gorączkę", "W rajskiej dolinie wśród zielska" i "Dzienniki kołymskie". Jego najnowsza książka "Skucha" ukazała się nakładem wyd. Czarne.

Magdalena Kicińska. Reporterka, współpracowniczka "Dużego Formatu", publikuje też w "Wysokich Obcasach", "Polityce", "Przekroju", "Elle", "Voyage" oraz kwartalniku "Dialog-Pheniben". Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Nominowana do Nagrody im. Teresy Torańskiej, finalistka stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego, stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.