Społeczeństwo
Kuba Wojtaszczyk (fot. Kamila Kobierzyńska)
Kuba Wojtaszczyk (fot. Kamila Kobierzyńska)

Jaki jest dzisiejszy polski prekariat*?

- Taki sam, jak, dajmy na to, europejski. Prekarność to przecież problem ponadnarodowy. Prekariat w Polsce, idąc tropem prekariuszy z innych krajów Europy, też zaczyna się jednoczyć, co jest niezwykle ważne i trudne, bo przecież rozwarstwienie tej grupy jest spore.

W zeszłym roku zorganizowano

kampanię społeczną "My, Prekariat", która ogłosiła 23 maja 2015 roku Dniem Prekariatu. Wydaje mi się, że jest to bezpośrednie odniesienie do mediolańskiego May Day, czyli pierwszego w Europie wystąpienia pracowników tymczasowych. Takie działania zdecydowanie wskazują na problem nierówności społecznych i dzięki temu mogą trafić do opinii publicznej. "My, Prekariat" w odezwie, która znajduje się na ich stronie internetowej, mówi, że w naszym kraju stała praca jest przywilejem; tymczasem normą jest praca dorywcza, na czas określony, na śmieciówkach, a nawet "na czarno"...

Wystarczy, że sobie przeanalizujemy nasze szukanie pracy już w trakcie studiów lub tuż po nich, a pewnie dojdziemy do wniosku: "ej, faktycznie, etat to było marzenie", i to nie tylko nasze. Chociaż z drugiej strony, łagodząc nasze nerwy zszargane przeglądaniem nieadekwatnych do naszego wykształcenia ofert pracy, z konieczności chwytamy się wszystkiego, nawet umów-zleceń; oczywiście z nadzieją, że po okresie próbnym umowa o pracę pojawi się na naszym biurku. A tu jednak najczęściej: "guzik!", więc dalej pracujemy bez zabezpieczeń socjalnych, ubezpieczeń zdrowotnych i składek emerytalnych. Oczywiście, niektórych stać na ich indywidualne opłacanie, ale z ręką na sercu: ile znamy takich osób? "My, Prekariat" twierdzi, że większość skazana jest na ciągły brak tych zabezpieczeń.

Problem dotyczy nas wszystkich, ciebie i mnie, naszych znajomych, nawet rodziców.

- Podobno na niestabilnych warunkach zatrudniona jest blisko jedna trzecia wszystkich pracujących, czyli około pięć milionów Polaków. W odezwie wspomnianej kampanii społecznej znajdziemy prekariacki wachlarz naszego kraju: "od budowlańców po inżynierów, od pielęgniarek po medyków, od nauczycieli po naukowców, od ludzi kultury po emigrantki z Ukrainy, od ochroniarzy po personel sprzątający, od opiekunek do dzieci po wolontariuszy hospicjów, od kelnerów w restauracjach po kasjerki w centrach handlowych, od pracowników specjalnych stref ekonomicznych po tych zatrudnianych przez agencje pracy tymczasowej, od sektora organizacji pozarządowych po międzynarodowe korporacje". Przerażające! Kondycja prekarna nie pyta o wiek czy wykształcenie.

Happening "Śmierć Uniwersytetu" zorganizowany w ubiegłym roku na Uniwersytecie Gdańskim (fot. Łukasz Głowala)

To dobry temat na książkę?

- Świetny, ale rozległy; żeby opowiedzieć historię wszystkich, musiałbym napisać kilka tomów. Dlatego też zdecydowałem się na opowieść o moich rówieśnikach, dzisiejszych 20-, 30-latkach. Jednak "Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć" nie jest książką socjologiczną, naukową, nie wykładam w niej teorii np. Guy Standinga, autora "Prekariatu", chociaż niewątpliwie pomogły mi one w trakcie researchu.

Artyści zawsze mieli trudniej, niestabilność pracy w ich przypadku to chleb powszedni. Jesteś pisarzem, masz trudniej niż reszta?

- Nie wiem, czy artyści mają trudniej niż inni prekariusze. Jednak to strajk artystów w maju 2014 roku uchodzi za pierwszy w Polsce protest bezpośrednio łączony z problemem prekarności. Elastyczne zatrudnienie wśród artystów to przecież norma. Jarosław Urbański w książce "Prekariat i nowa walka klas" pisze, że termin "prekarność" przyjął się w środowisku artystów i pracowników kultury relatywnie wcześniej. W światku sztuki doskonale znane są propozycje nieodpłatnego eksponowania prac twórców, za "promocję". Pisarze niejednokrotnie też zmuszani są, w ramach promocji, do przełknięcia braku honorarium za drukowane teksty. Z drugiej strony, jak periodyki mają płacić, skoro im też trudno zdobyć dofinansowanie?

W twojej książce pojawia się wachlarz osobliwych postaci. Zacznijmy od studenta ASP, który tworzy niezwykłe dzieło z martwych chomików...

- Radomira poznajemy z doniesień prasowych, które mówią, że oto w piwnicy jednej z kamienic znaleziono czterdzieści trzy wykonane z plexiglasu trumienki, wszystkie wypełnione truchłami chomików. Morderca? Artysta? - moim bohaterom trudno go sklasyfikować. Radomir, jak sam przyznaje, przez swoją pracę chciał wyrazić desperację powodowaną brakiem pracy i chęć zaistnienia na rynku sztuki. Studenci i absolwenci bardzo szybko obierają Radomira na patrona, uważają go za tego, który obudził ich do sprzeciwu wobec kondycji prekarnej.

Na poczynania Radomira z zazdrością patrzy inny artysta - Evan, czyli jeden z głównych bohaterów powieści, pół-Brytyjczyk, absolwent poznańskiej ASP i niegdyś świetnie zapowiadający się rzeźbiarz. Jednak odkąd związał się z Adamem, i odkąd z nim współprowadzi hipsterską kwiaciarnię "Angielska róża", artyzm z niego uleciał, co budzi frustrację i każe kwestionować jego czteroletni związek.

Jest też waleczna doktorantka polonistyki, którą w zasadzie wszyscy mają gdzieś. Czy młody naukowiec humanista w Polsce jest w ogóle przez kogoś szanowany? Jesteś kulturoznawcą, na pewno wiesz coś o tym.

- Kulturoznawca to zupełnie inna bajka niż polonista, bo tak naprawdę ten pierwszy społeczeństwu się z niczym nie kojarzy. Chyba że z lamusem, który studiuje kulturoznawstwo wyłącznie dla "papierka". Polonista wiadomo - szkoła, lektury, kartkówka z przypadków i odwieczne pytanie: "co autor miał na myśli". To jest polonista, a nie badacz/badaczka, np. poezji Leśmiana. Sam zresztą pisałem magisterkę o wierszach Zuzanny Ginczanki, co często odbierane było jako hobby, a nie poważne zajęcie.

Czy młody naukowiec humanista w Polsce jest w ogóle przez kogoś szanowany? (fot. pixabay.com)

Weronika, czyli wspomniana przez ciebie waleczna doktorantka, próbuje ze wszystkich sił nadać swojej pracy naukowej znamiona istotności; niestety, oprócz rodziców nikt tak jej doktoratu nie odbiera, nawet promotorka dziewczyny. Przyczynkiem do dołączenia do protestu jest sytuacja koleżanki Weroniki, która to na doktoracie była stawiana za wzór, jednak po nim uczelnia nie zaoferowała jej etatu. To wydarzenie, w połączeniu z gromadzącą się w Weronice od jakiegoś czasu frustracją sprawia, że dziewczyna buntuje się, a nawet w pewnym momencie staje się głową całej operacji "absolwentowyzwoleńczej".

Wisienką na torcie w twojej powieści jest Witold Szpak, który ma się za zaginionego syna Lady D. Facet czuje się lordem, utrzymuje się z wynajmu pokoi w swoim mieszkaniu. Właściwie skąd on to mieszkanie ma?

- Witold myśli, że został porzucony w latach 80. w polskim zbożu przez brytyjską rodzinę królewską. Tutaj, według niego, przechwyciła go chłopska rodzina i wychowała na swojego.  Wiara w tę historię napędza go do działania - wysyła listy do Wielkiej Brytanii, idzie na anglistykę, by poszukać siebie w podaniach historycznych i nauczyć się "rodzimego" języka, zaprzyjaźnia się z polską szlachtą, aż w końcu, chcąc dowieść swojej błękitnej krwi, zamierza prowadzić humanistów na barykady.

Mieszkanie, w którym pokoje wynajmuje doktorantce i kwiaciarzom, kupił za pieniądze ze sprzedaży gospodarstwa "przybranych" rodziców. Nie chcę za wiele zdradzać z fabuły, ale w końcu Witek dziedziczy wspomniane ziemię i nieruchomości. Jednak z czasem biednieje, ale nie na tyle, by nie starczyło mu na kuchtę Katarzynę, szyte na miarę garnitury i wystawne bale z innymi wysoko urodzonymi.

Każda z tych postaci w inny sposób próbuje sobie poradzić z codzienną walką o byt, od mitomanii po rebelię. W powieści stawiasz na groteskę, ale problemy, które opisujesz, są nam wszystkim bardzo bliskie. Poradzimy sobie z nimi, czy zostaje nam tylko oszaleć?

- Groteska w "Kiedy zdarza się przemoc..." ma za zadanie mocniej zaakcentować problem, jednocześnie wywołując w czytelniku różne, być może nawet skrajne, emocje. Jednak w powieści nie daję odpowiedzi, jak przerwać tę karuzelę prekarnych nieszczęść, bo też takiej nie mam. Odpowiedź posiada np. wspomniany Standing; twierdzi on, że sposobem na powstrzymanie eksplozji prekariatu jest wypłacanie renty w postaci dochodu podstawowego - niskiej, stałej pensji dla wszystkich obywateli, którą mogliby uzupełniać doraźną pracą. Na pewno jest to jakieś rozwiązanie...

Społeczeństwo postindustrialne, tzw. usługowe, zajmuje się głównie przetwarzaniem informacji, trudno w tym wszystkim znaleźć ujście dla kreatywności. Przestaliśmy wytwarzać namacalne dobra, żyjemy w jakimś osobliwym bezsensie. Nie sądzisz?

- Edwin Bendyk w jednym z wywiadów powiedział kiedyś, że kreatywność wymaga istnienia ducha utopii, przekonania, że można zmienić świat na lepszy. Rzeczywistość musi uwierać twórcę, bo inaczej nie miałby motywacji do działania. Moi bohaterowie są tego najlepszym przykładem; chociaż to, co wychodzi z ich kreatywności, to już inna sprawa (śmiech).

Wydaje mi się, że obecnie nie tyle trudno nam znaleźć ujście dla kreatywności, co stworzyć coś innowacyjnego. Zdaje się, że niemal każdy chce być fotografem, reżyserem, pisarzem... Jest takie wydarzenie na Facebooku "Napiszę swoją książkę w 2016 roku"; bierze w nim udział osiem tysięcy osób, a piętnaście tysięcy to obserwuje. Pewnie większość zainteresowanych faktycznie pragnie napisać i wydać książkę! Być może to jest ten osobliwy bezsens, że skoro ostatnie badania pokazują, iż niebawem w Polsce czytający będą tak samo powszechni jak ci, którzy widzieli UFO, to kto ma być odbiorcą tekstów tych, mniej więcej, ośmiu tysięcy z fejsa? Wytwarzamy zatem więcej, niż przyjmujemy.

W naszym kraju stała praca jest przywilejem - uważa Kuba Wojtaszczyk (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)

Mieszkasz w Poznaniu, jak sprawa prekariuszy przedstawia się w tej części kraju?

- Zakładam, że bardzo podobnie, jak w innych jego częściach. W Poznaniu też absolwenci różnych kierunków pracują w dziwnych, szemranych miejscach, typu sklep internetowy stworzony tylko po to, by dostać dotację z Unii Europejskiej, albo prozaicznie - w centrach handlowych (a tych Poznań ma bez liku), kawiarniach, sieciówkach... Bardzo często są to zajęcia poniżej zdobytego wykształcenia, co deprymuje, tym bardziej że pracodawcy wymagają przecież, by być uśmiechniętym i po wieczne czasy wdzięcznym za pracę. Oczywiście generalizuję, ale takie sytuacje zdarzają się masowo. Cierpią też humaniści, bo Poznań posiada wyjątkowo niewiele instytucji kultury, a te istniejące mają przecież ograniczoną liczbę stanowisk.

Najbardziej wkurza mnie to, że idąc na studia, na większości kierunków, studenci zdają sobie sprawę z tego, że po magisterce nie będą mieli pracy. Absolutnie frustrujący, podcinający skrzydła fakt to ten, że znaleźliśmy się nie tylko w fabryce certyfikatów i dyplomów, ale też mamy do czynienia z ich nadprodukcją. W Poznaniu dochodzi do tego jeszcze pewność niedalekiej przeprowadzki, czy to do Berlina, czy Warszawy.

Bywasz w Warszawie, jakiś czas w niej mieszkałeś, jakie są twoje obserwacje?

- Warszawę absolutnie uwielbiam, ale to zdecydowanie miasto nie dla każdego; ten pęd, wręcz tętent pracowniczych stóp może odstraszać . Stolica jest też pewnego rodzaju przymusowym eldorado - skoro nie ma pracy w twoim mieście, wyjedź do Warszawy, w niej na pewno coś się znajdzie. Nic bardziej mylnego.

Warszawa mami fajnymi, znanymi miejscami. Kto nie chciałby w nich pracować? Wynieść się z poznańskiej mikroskopijnej redakcji periodyku dla szkół, o którym nawet nauczyciele nie słyszeli, i zacząć pracować w miesięczniku o designie; albo rozpocząć karierę projektanta graficznego w modnej agencji reklamowej, której szef nosi brodę drwala, ma wytatuowane rękawy i przyjeżdża do pracy na rowerze. Fajnie, prawda? W takim omamie łatwo zapomnieć o większej konkurencji, 1600 złotych na śmieciówie (Za mało? Przecież na twoje miejsce jest tylu i tylu chętnych), czy samej specyfice Warszawy. Z drugiej strony, jak trochę się przemęczymy, ubłagamy rodzinę o dotację, to może zrobimy tę upragnioną karierę. Ponownie generalizuję, ale z moich obserwacji często tak to wygląda.

Jeden z twoich bohaterów mówi, że najgorsza w tym wszystkim jest Warszawa. Ma rację?

- Oczywiście, że nie! Moim bohaterom zdarza się uogólniać, trochę popadać w populizm, by zebrać jak największą liczbę protestujących. Jednak wydaje mi się, że wynika to nie tyle z nieznajomości realiów rynku pracy, co ze zwykłego żalu na warszawocentryzm; na to, że wszystko, lub prawie wszystko, dzieje się w Warszawie.

" Wszędzie dobrze, byle z daleka od tego bagna". To ostatnie słowa w twojej książce. Zero nadziei?

- Polska mierzi moich bohaterów, tym bardziej pewnie teraz. Jednak sam staram się być optymistą. Zmiany w końcu przyjdą. Miejmy nadzieję, że wydarzą się na drodze pokojowej.

*Prekariat to kategoria społeczna charakterystyczna dla okresu późnego kapitalizmu, zaproponowana przez Guy Standinga. Prekariusze to osoby pracujące w ramach elastycznych form zatrudnienia. Samo słowo jest neologizmem powstałym z połączenia dwóch słów: precarious (ang. niepewny) i proletariat.

"Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć", Kuba Wojtaszczyk (fot. materiały prasowe / Kamila Kobierzyńska)

Kuba Wojtaszczyk (rocznik '86). Pisarz, kulturoznawca. Publikował i publikuje m.in . w "Czasie Kultury", "Blizie", "Kulturze u Podstaw", "Lampie", antologii Nowe Marzy 10. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. W 2014 roku debiutował powieścią "Portret trumienny". Jego utwory tłumaczono na niemiecki, węgierski i ukraiński. Stypendysta m.in . Prezydenta m.st . Warszawy oraz Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego.

Milena Buszkiewicz. Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Od kilku lat związana z rozgłośniami radiowymi, obecnie współpracuje z Radiem ZET Chilli, portalami Xięgarnia i Booklips oraz magazynem Highlife. W pracy dziennikarza najbardziej ceni przyjemność rozmowy z drugim człowiekiem.