1. Ukradzione dziecko
Poszukiwana za porwanie dziecka - napisała w ogłoszeniu na Facebooku policja z Quebecu. Kiedy Charlene Plante zobaczyła fotografię, ze zdumieniem rozpoznała swoją byłą sąsiadkę - opisywała kanadyjska telewizja CBC . Dziewczyna wraz z trójką przyjaciół wsiadła w samochód i podjechała dyskretnie w okolice domu kobiety. Spostrzegła otwarte drzwi i zapalone światło. Ktoś musiał być w środku.
W tym samym czasie, niecałe 20 godzin po porodzie, w szpitalu w Trois-Rivieres w Quebecu Mélissa McMahon, matka małej Victorii, przeżywała najgorszy koszmar każdej matki. Wujek jej córeczki, Daniel Cossette, opisał młodą kobietę w pielęgniarskim kitlu, niosącą noworodka. Jak stwierdziła, "na zwykłe testy". Pewny ton i uniform nie wzbudziły żadnych podejrzeń. Niedługo później obsługa szpitala zorientowała się, że dziecko zostało porwane.
Policja i ochroniarze placówki znaleźli kobietę na nagraniu kamer. Inni pacjenci wskazali auto, którym odjechała - czerwoną toyotę yaris. Śledczy wysłali Amber Alert, czyli ogłoszenie o porwaniu. I umieścili zdjęcie porywaczki na Facebooku. Tak trafiła na nie Charlene Plante. Sprzed domu domniemanej porywaczki zadzwoniła na policję. Dalej sprawy potoczyły się szybko - kilka godzin po porwaniu policja przywiozła rodzicom odzyskane dziecko. 21-letnią porywaczkę aresztowano - opisuje CNN .
Oto zdjęcie całej rodziny, już z odzyskaną córeczką:
Wszystko dobrze się skończyło dzięki czwórce wspaniałych ludzi - i dzięki Facebookowi - napisała potem matka. Jest przekonana, że gdyby nie sieć, nie odzyskałaby dziecka. W ciągu godziny to zdjęcie było wszędzie! Pomógł każdy klik, każde podzielenie się - dodała.
2. Jak dwie krople wody
No właśnie, gdyby nie Facebook... Historii o tym, jak dawno rozdzieleni przez los ludzie odzyskali kontakt dzięki sieci, jest mnóstwo. Ale spotkanie Samanthy i Anais jest naprawdę wyjątkowe .
Podobne, prawda? Wręcz identyczne. W grudniu 2012 roku kolega Anais wkleił na jej profil na Facebooku kombinację dwóch zdjęć. Na pierwszym była Anais. Na drugim - ktoś, kto wyglądał jak jej odbicie w lustrze. Dwa miesiące później Anais wiedziała, kogo szuka - dziewczyny, która nazywa się Samantha Futerman. Zebrała się na odwagę i napisała do niej.
Okazało się, że obie dziewczynki urodziły się tego samego dnia w 1987 roku w tym samym mieście - Busan w Korei Południowej. Obie zostały oddane do adopcji przez dwie różne organizacje. Jedna trafiła do USA, druga do Francji. Wiesz... jakby to powiedzieć... zerknij na moje zdjęcia na Facebooku. I na filmy. Tam jest to bardziej oczywiste - napisała Anais.
Już po kilku rozmowach byłam pewna, że ona jest moją biologiczną siostrą - wyznała Samantha. Dziewczyny błyskawicznie poczuły ze sobą więź. Kontaktowały się non stop. Gdy wreszcie się spotkały, ich wspólny pomysł - film dokumentalny o ich historii - mógł zostać wzbogacony o kluczowy moment.
Anais i Samantha wciąż mieszkają na różnych kontynentach, ale dzięki sieci praktycznie wszystko robią razem.
3. Przypadkowe spotkanie
Co jest najbardziej potrzebne człowiekowi do życia? Św. Paweł pisał, że miłość, i zapewne miał rację. Gorzej, gdy tej miłości nie można znaleźć. Na szczęście trochę ponad 10 lat temu powstało coś, co - obok różnych innych funkcji - okazało się całkiem nie najgorszą swatką. Tak, właśnie Facebook. Ta miłość, o której zaraz opowiemy, zaczęła się przypadkiem 8 lat temu.
Tego dnia Schuler Benson zalogował się na Facebooka w swoim telefonie i ze zdumieniem odkrył, że wszedł na konto obcej osoby. Nie mieli nawet żadnych wspólnych znajomych. Mieszkali daleko od siebie i nigdy w życiu nie widzieli się na oczy. Zdziwiony Schuler napisał więc (z konta Celeste), że coś tu jest nie w porządku i na pewno nie nazywa się Celeste Zendler.
Schuler wylogował się. Niedługo później zapewne nieźle się zdziwił, gdy otrzymał od Celeste zaproszenie do znajomych. No i oczywiście je przyjął. Historia mogłaby się na tym zakończyć, ale ciekawość wzięła górę i skojarzona ze sobą - jak się okazało - przez błąd oprogramowania para zaczęła rozmawiać. Wspólne zainteresowania scementowały wirtualną przyjaźń. W czerwcu 2013 r. Schuler i Celeste wreszcie się spotkali. A historia skończyła się tak, jak możecie się spodziewać:
Schuler miał jednak pewien problem. Chciał zaręczyć się z Celeste w miejscu, gdzie się poznali. Nie miał więc wyboru - po raz drugi, tym razem z premedytacją, "włamał się" na jej Facebooka i tam publicznie poprosił ją o rękę.
Znalazłem moją partnerkę, najlepszą przyjaciółkę i wielką miłość przez prosty błąd w mediach społecznościowych - skwitował Schuler, cytowany przez "New Zealand Herald" .
4. Zdjęcie najpiękniejszej chwili w życiu
Drogi internecie. Ubiegłej nocy oświadczyłem się na Islandii Fionie Newlands. Przypadkowa kobieta zrobiła nam zdjęcie. Nie wziąłem od niej kontaktu, a chyba podałem złego maila. Gdyby udało nam się znaleźć ją i to zdjęcie, byłoby super. Jeśli nie, trudno, i tak jestem szczęśliwy - napisał na Facebooku Michael Kent .
Takiej wiadomości nie trzeba było ludziom dwa razy powtarzać. 24 godziny później apel chłopaka podało dalej ponad 100 tysięcy osób. A po drugiej stronie globu ktoś też szukał Fiony i Michaela.
Tą osobą była Amerykanka Jessica Bowe. To właśnie ona podczas pobytu na Islandii wyszła z pubu i chciała sfotografować płatki śniegu, opadające na ulicę. Nagle spostrzegła parę zakochanych. - Chwilę trwało, zanim dotarło do mnie, że właśnie byłam świadkiem najważniejszej chwili w ich życiu - powiedziała dla islandzkiego serwisu RVK Grapevine . Opublikowała zdjęcie na Instagramie i napisała:
To była wyjątkowa noc. Wychodziłam właśnie z Bravo po kilku piwach. Robiłam zdjęcia i nagle zobaczyłam tę parę w momencie zaręczyn. Dałam im kilka chwil, a potem zapytałam, czy chcą mieć tę fotografię na pamiątkę. (...) Mężczyzna drżącymi dłońmi zapisał adres e-mail i uściskali mnie. Czasem jesteś we właściwym miejscu we właściwym czasie.
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jessica Bowe (@jrbowe) 27 Lis, 2015 o 4:35 PST
Gdy Jessica wróciła do domu, okazało się, że Michael, zapewne z nerwów, podał jej e-mail z błędem. Ale już wtedy społecznościowa machina działała. Kilka dni później Michael i Fiona dostali namiary na Jessicę - opisywał "The Scotsman" - Nie mogę uwierzyć. Kocham internet! - napisał chłopak. Kilka miesięcy temu opisaliśmy tę historię , i gdy przyszło wybrać kilka najpiękniejszych, natychmiast zdecydowaliśmy, że ją przypomnimy.
5. Chciał pomóc, słyszał przezwiska. Ale to on wygrał
Wyzywali go od pedałów, wołali za nim "dziewczynka" albo "conchita", w nawiązaniu do austriackiego transseksualisty. Ale Michał nie rezygnował, bo swoje niezwykle długie włosy zapuszczał w bardzo ważnym celu. Gdy w III klasie dowiedział się, że włosy można przekazać na rzecz fundacji, która robi z nich peruki dla osób chorych na raka, przez kolejne pięć lat nie poszedł do fryzjera - opisywały Niezwykłe.pl .
Sprawiedliwości stało się zadość, gdy jego mama opublikowała zdjęcia z "postrzyżyn" i podzieliła się całą historią na Facebooku. Zobaczyły ją tysiące ludzi, setki skomentowały. Sam chłopak pisał: Ten komentarz kieruję do moich kolegów, których wyzwiska mogłem usłyszeć. Mam nadzieję, że po zobaczeniu tego posta następnym razem się zastanowicie, co mówicie. Inni komentujący posunęli się dużo dalej w niemiłych słowach wobec "prześladowców", aż mama Michała musiała ich mitygować.
Oryginalny wpis zniknął już z Facebooka, ale mama Michała w kolejnym napisała, że jej syn zderzył się ze światem - dorosłych, mediów i paru innych rzeczy . Podkreśliła, że najważniejsze jest, że informacja o możliwości oddania włosów poszła w świat, a dzieci, które na włosy czekają, mam nadzieję poczuły, że jest ktoś, kto o nich myśli najcieplej na świecie . I słusznie.