Społeczeństwo
(fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)
(fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Pani Natalia* mieszka z mężem w niedużym domu w Radomiu. - Synowie się już wyprowadzili, więc miejsca jest aż za dużo - mówi, idąc do kuchni, żeby zrobić mi herbatę. Właśnie wtedy, kiedy synowie zaczęli być samodzielni, zrezygnowała z pracy. - Przez ponad 20 lat, z przerwami na inne zajęcia, zajmowałam się sprzątaniem - opowiada i wspomina, że jeszcze pod koniec lat 90. dało się na tym zarobić. Sporo powyżej średniej krajowej.

- Jeździłam w wakacje nad morze. W sezonie prawie wszystkie pensjonaty i hotele potrzebują osób sprzątających. Pracy było mnóstwo, czasami po 12-14 godzin na dobę. W zasadzie jeszcze przed sezonem, od kwietnia, trzeba hotele doprowadzić do ładu po zimie: pomyć okna, podłogi, pierze się zasłony, czyści dywany. Mówię o lepszych, droższych hotelach. I tam faktycznie zarobki były w porządku - mówi.

Dlaczego więc zrezygnowała z wyjazdów nad morze? - Stawki zmniejszały się z roku na rok, a praca nie należała do łatwych - tłumaczy pani Natalia. I opowiada o tym, dlaczego sprzątać w hotelach już nie chciała.

- Powiem pani tak: im droższy hotel, tym gorsze chamstwo. Mówię o klientach, chociaż i z właścicielami było różnie. W małych pensjonatach sprzątało się raz na dwa dni, ścieliło łóżka, myło łazienkę, aneks kuchenny, jeśli był, pozbierało jakieś ciuchy, dziecięce zabawki z podłogi, poodkurzało. W większych bywało tak, że ludzie nawet zużyte prezerwatywy albo wymiociny zostawiali na podłodze. Wiadomo: zapłaciłem, to palcem nie kiwnę. Praca była naprawdę ciężka, a stawki z roku na rok coraz niższe, bo na wszystkim przecież trzeba oszczędzać. Dziś nikt już nie zatrudnia ludzi do sprzątania, są od tego firmy. Tyle że tam się zarobić nie da więcej niż minimalną pensję, i to jak człowiek solidnie się napracuje. Niektórzy potrafią po 4 zł za godzinę harówki płacić.

Pytam o najgorsze "znalezisko" i najgorsze wspomnienie w ciągu 20 lat pracy. - Kilka lat temu wyjeżdżałam sprzątać do Warszawy. Zatrzymywałam się na dwa-trzy dni w tygodniu u siostry i łapałam zlecenia - opowiada pani Natalia i dodaje, że za sprzątnięcie większego mieszkania, umycie okien czy za sprzątnięcie domu mogła zainkasować 150-300 zł, więc w dwa-trzy dni zarabiała zwykle ok. tysiąca złotych. Oczywiście na czarno.

- Złapałam raz zlecenie. Pan chciał, żebym w niedzielę po południu sprzątnęła apartament na Mokotowie. Polecił mnie jego znajomy. Mężczyzna zostawił mi klucze w piątek i powiedział, że wyjeżdża na weekend i chce, żebym sprzątnęła mieszkanie na jego powrót. Kiedy tam weszłam, okazało się, że w środku jest pies. Niech pani sobie to wyobrazi: pies zamknięty od piątku do niedzieli w domu... Wszędzie odchody, porozrzucane buty, nakrycie łóżka, stajnia tego...

- ... Augiasza - kończę.

- Tak. Mówię pani, mieszkanie piękne, pan elegancki, a chlew taki, że w życiu czegoś takiego nie widziałam. I psa szkoda! No jak tak można? - denerwuje się.

Za sprzątnięcie większego mieszkania, umycie okien czy za sprzątnięcie domu sprzątaczki inkasują 150-300 zł (fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta)

Brud w korpo

Podobną historię opowiada pani Maria, która sprzątaniem dorabia do tej pory, bo jest na skromnej rencie. Jej dwupokojowe, małe mieszkanie w kamienicy na warszawskiej Pradze Północ lśni. Mimo że pani Maria ma psa, nigdzie nie widać nawet kłaczka sierści. - Sprzątam teraz głównie u sąsiadek, u córki jednej pani, co mieszka nade mną. Do obcych już nie mam siły. Zwykle osoby, które dużo płacą, mają najgorszy bałagan - mówi.

- Przez dwa lata pracowałam w firmie sprzątającej. Dawali różne zlecenia, to tu, to tam, póki miałam siłę, to jeździłam - opowiada, jedząc sklepowy makowiec. - W tych korporacjach, co nas wysyłali, ludzie elegancko poubierani, garnitury, rozmowy o wyjazdach, skomplikowanych sprawach, języki... Nawet poznałam jednego pana, który po chińsku umiał! Ale w kuchni potrafili w szafce zostawić jedzenie, które spleśniało albo się popsuło. W szafkach i w prywatnych rzeczach miałyśmy nie sprzątać, ale raz nie wytrzymałam. W kuchni akurat śmierdziało tak, że się tam wejść nie dało. W łazienkach porozrzucane śmieci, podpaski, brud. I to po jednym dniu! Zawsze się zastanawiałam, czy w domu też się tak ci ludzie zachowują - kontynuuje.

Kolejną niedogodnością były godziny pracy. Sprzątać trzeba było w nocy, kiedy pracownicy biurowca już wyszli. Pani Maria tłumaczy, że przesypiała potem prawie cały dzień, miała dla siebie pięć godzin wieczorem, a potem znowu jechała sprzątać na drugi koniec miasta.

Nerwy i krew za 4 zł na godzinę

Po biurowcach przyszła kolej na szpital. - Ta praca to mnie w ogóle wykończyła. Jak to w szpitalu: tu jakiś pijaczek poobijany narobi pod siebie i sprzątnąć trzeba, tu zakrwawiony pacjent na SOR-ze, trzeba prześcieradło w gabinecie wymienić i krew pościerać, tam ktoś pawia puści. Roboty bardzo dużo, hałas, ludzie niemili, bo przecież chorzy, zdenerwowani, źli. Raz jeden pan prawie do mnie z rękami skoczył, bo podłogę myłam, a on szedł o kulach i krzyczał, że przecież zaraz się poślizgnie - opowiada pani Maria. Pracę w szpitalu i w ogóle w firmie oferującej usługi sprzątające rzuciła szybko. Oprócz warunków pracy zniechęciła ją także niska pensja.

Mazowiecki Szpital Bródnowski w Warszawie za godzinę sprzątania płaci 7,14 zł, Wojewódzki Szpital Zespolony im. Rydygiera w Toruniu - 6 zł, Zachodniopomorskie Centrum Onkologii w Szczecinie - 8 zł, Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 7 Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach - 6,5 zł. To cena, jaką za usługę placówki zdrowia płacą firmom. Po odjęciu kosztów, marży dla firmy i kosztów ubezpieczenia pracownika na rękę osoba sprzątająca otrzyma mniej więcej połowę tej kwoty.

- Dostawałam 4 zł za godzinę - potwierdza pani Maria.

Sytuacja przy przetargach na usługi sprzątające wygląda dokładnie tak, jak w przypadku usług ochroniarskich: wygrywa ten, kto zaoferuje najniższą stawkę. Mimo przepisów, które weszły w życie pod koniec 2014 roku. Według Prawa o zamówieniach publicznych cena nie może być jedynym kryterium rozstrzygania przetargów w instytucjach publicznych. Pod uwagę miały być też brane tzw. klauzule społeczne. Premiowani mieli być ci pracodawcy, którzy zatrudniają na etat i płacą nie mniej niż pensja minimalna. Ale i tak decydującą rolę w zamówieniach publicznych odgrywa cena, a w firmach sprzątających o etacie można pomarzyć.

Za godzinę sprzątania w szpitalu można zarobić kilka złotych. Przy przetargach na usługi sprzątające wygrywa ten, kto zaoferuje najniższą stawkę (fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Na czarno albo "na biedno"

Pani Natalia: - Powiem pani, że nie znam nikogo osobiście, kto by na etacie sprzątał. Uczciwie, z ręką na sercu, to najwięcej osób chyba na czarno pracuje. Sama tak pracowałam w Warszawie. Najwięcej można zarobić i nikt nad głową nie stoi.

Zaglądam na Gumtree: ponad 2,5 tys. ofert. "Szybko, tanio, solidnie" - to najczęściej powtarzające się slogany pań, które oferują swoje usługi. Pań, bo to one prawie zawsze zajmują się sprzątaniem. Dzwonię do jednej z kobiet, która oferuje mycie okien, sprzątanie i prasowanie. Mówię, że do sprzątnięcia mam czterdziestometrowe mieszkanie, a do umycia 2 okna. 180 zł - pada cena. Pytam, czy kobieta zawiera jakąś umowę, prowadzi działalność. - Oczywiście, że nie. Tak tylko dorabiam - odpowiada.

Zobacz wideo Otworzyła okno życia dla zwierząt. "Ludzie są wygodni"

- Według danych GUS w Polsce zarejestrowanych jest ok. 3,5 tys. firm sprzątających, ale aktywnie działających jest pewnie ok. 2 tys. - szacuje Marek Kowalski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości. Na jakie stawki mogą najczęściej liczyć pracujące w nich osoby? - Trudno uśredniać, bo to zależy od umowy. Dla osób pracujących na etacie to pensja od minimalnej do 2 tys. zł. Dla osób na zleceniu średnia stawka to 7-8 zł. Mówimy oczywiście o kwotach brutto - odpowiada Kowalski.

Sprzątaczki mówią otwarcie, że najbardziej opłaca im się pracować na czarno (fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

Mimo niewygórowanych stawek wiele firm i instytucji postanowiło zrezygnować z usług firm sprzątających, bo od początku roku umowy-zlecenia ozusowane są przynajmniej od kwoty pensji minimalnej, a to zmniejsza stawki, które dostają na rękę pracownicy, bo więcej płacą za ubezpieczenie. Firmy, chcąc im to zrekompensować, podniosły koszty za usługi. Nie ma danych mówiących o tym, ile firm prywatnych rozwiązało z tego powodu umowy na sprzątanie, ale zrobiło to od początku roku ok. 15 proc. instytucji publicznych. Przetargi publiczne stanowią prawie połowę wszystkich zleceń, które dostają firmy sprzątające.

Osoby pracujące w branży pocieszać może fakt, że według corocznego badania CBOS "Prestiż zawodów" ponad połowa Polaków ceni pracę sprzątaczek bardziej niż chociażby urzędników, maklerów czy... księży. Mówię o tym pani Natalii. Zaczyna się śmiać. - Proszę pani, z ręką na sercu, nie wiem, co powiedzieć. Przez ponad 20 lat tego szacunku specjalnie nie doświadczyłam.

*Bohaterki tekstu chciały zachować anonimowość. Nazwiska do wiadomości redakcji.

Agata Kinasiewicz. Od 8 lat zajmuje się tematyką rynku pracy. Czasami pisze, najczęściej czyta. Jest redaktorem serwisu GazetaPraca.pl i wydawcą serwisów biznesowych Gazeta.pl (od niedawna Next.gazeta.pl ).

(fot. Publio.pl)