Społeczeństwo

Skąd się wzięło sokolnictwo?

- Sokolnictwo pochodzi ze stepów Azji. Były to tereny bogate w zwierzynę, ale nie znano skutecznego sposobu polowania na ptactwo, więc myśliwi postanowili, że trzeba do tego celu przygotować drapieżne ptaki: łapali je, szkolili i wykorzystywali w polowaniach. To się zaczęło jakieś cztery tysiące lat temu i w zasadzie w niezmienionej formie trwa tam do dziś. Ocenia się, że do Polski sokolnictwo dotarło około X wieku.

Pierwszym królem, którego źródła pisane wymieniają w kontekście sokolnictwa, był Bolesław Chrobry. Istnieją udokumentowane dowody, że polował z ptakami łowczymi.  Prawdopodobnie od tego momentu na każdym dworze królewskim były sokolarnie. Niekoniecznie nawet tam, gdzie królowie głównie przebywali, np. w Krakowie, ale porozrzucane po Polsce, bo przecież król jeździł na łowy i musiał je mieć w różnych miejscach.

Adam Dopierała (fot. PPG Hubert Sobalak)

Kto mógł polować?

- Na początku z sokołami mogli polować tylko królowie, nawet sokolniczy, który zajmował się jego ptakami, nie miał takiego prawa, mógł je tylko układać. A król wyjeżdżał na polowanie, brał ptaka i polował. Wracał i ptaka oddawał. Ciekawym wyjątkiem była królowa Bona Sforza, która polowała z sokołami sprowadzanymi z Włoch; sama je karmiła i sama układała.

W przypadku pozostałych królów to funkcjonowało jak wypożyczalnia samochodów - przychodzę, biorę, jadę, oddaję?

- Pewnie tak. Oni kochali sokolnictwo, ale mieli ludzi do pracy. Ludność wiejską obciążali kosztami utrzymania sokolarni. Tzw. prawo falcatio nakładało na nich obowiązek brania udziału w łowach i żywienia sokołów. Jeśli z gniazda, które znajdowało się na terenie jakiegoś szlachcica, zginęło pisklę, ten ponosił dotkliwe kary. W średniowieczu na zachodzie Europy funkcjonowało prawo burgundzkie, zgodnie z którym ten, który odważył się ukraść sokoła i został złapany, miał wycinane sześć uncji ciała. Dawano je temu ukradzionemu ptakowi do zjedzenia.

Tak duża była wartość sokołów?

- Ogromna. Nie tylko w Polsce czy Europie, ale w całym ówczesnym świecie. Kiedy sułtan Bayezid w XVI wieku pojmał w bitwie francuskich żołnierzy, w ramach okupu zażądał tzw. białych sokołów z północy, białozorów. Za cztery białozory, które Jan III Sobieski podarował szachowi

Iranu, otrzymał w zamian dwa konie czystej krwi arabskiej.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Co się stało, że sokolnictwo się upowszechniło?

- W XV wieku Władysław Jagiełło nadał rycerstwu przywilej polowania na własnych gruntach, a potem to już tak się rozeszło, że w zasadzie na każdym dworze szlacheckim był jakiś ptak łowczy. Chociaż nie każdy musiał mieć swojego sokolnika, bo nie każdego było na to stać. Na utrzymanie sokolników i sokolarni mogli sobie pozwolić głównie polscy królowie, którzy mieli na tyle dobrych specjalistów w tym fachu, że ci byli rozchwytywani w całej Europie. Od XVI-XVII wieku Rzeczpospolita była potęgą sokolniczą, mieliśmy wielkie szkoły sokolnicze np. w Grodnie, Łowiczu, Niepołomicach, do których po ptaki przyjeżdżali kupcy z Francji, Hiszpanii i Niemiec. Słynną na całą Europę sokolarnię mieli w Malborku Krzyżacy. Z tej hodowli król Kazimierz III Wielki co roku, w ramach lenna, otrzymywał dwadzieścia cztery psy myśliwskie i osiem sokołów.

Ile teraz warte są te ptaki?

- Różne mity krążą. Kiedyś się mówiło, że za jajko orła ktoś dostał samochód. Bzdura! Ile kosztuje taki ptak? Tyle, co pies rasowy, od 1,5-5 tysięcy złotych. Oczywiście za wyjątkowego ptaka można zapłacić kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. W tej chwili, kiedy hodowla się dobrze rozwinęła, nie jest problemem wyhodować sokoły, jastrzębie czy nawet orły.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Dlaczego zacząłeś polować?

- W latach 80. chodziłem do technikum weterynaryjnego we Wrześni, gdzie była sokolarnia. To było bardzo egzotyczne, do tej pory zresztą jest, bo w całym kraju jest nas nie więcej niż 150 osób. Takie sprawy ciągną młodego człowieka. Wtedy dostęp do ptaków był łatwiejszy, dlatego że nie wszystkie ptaki drapieżne były objęte całkowitą ochroną gatunkową; legalnie złapane ptaki trafiały do sokolarni i można je było układać. Jeździliśmy do Czempinia i Włocławka, gdzie uczyli nas, jak się obchodzić z ptakami: profesor Zygmunt Pielowski, Czesław Sielicki, Marek Pinkowski. Nasz profesor Józef Rozmierski organizował latem obozy sokolnicze. Jechało się z młodymi ptakami na dwa tygodnie i się je układało. A polowanie to następny etap, bo żeby polować, trzeba być pełnoletnim i mieć uprawnienia Polskiego Związku Łowieckiego.

Co jest w tym pociągającego?

- Myślę, że każdy w życiu chciał latać. Ja też, i jak idę z ptakiem na pole, to mówię: idziemy polatać.

Zanim dojdzie do tego momentu, że wypuścimy ptaka i zaczniemy polować, to obserwujemy przyrodę. To nie jest tak, że sokolnik jest tylko zapatrzony w bażanty, które chce złapać i rosół z nich zrobić. Zanim się tego bażanta złapie, trzeba się ostro nachodzić i napracować.

Fascynujące jest obserwowanie swojego ptaka łowczego w ruchu, fascynująca jest jego sprawność, niesamowite jest to, jaki jest szybki i przebiegły. A jeszcze do tego jeżeli w polowaniu towarzyszy nam dobrze ułożony pies - wtedy ptak bardziej współpracuje z psem niż z sokolnikiem - to jest wspaniałe. To w ogóle jest niebywałe, bo w naturze ptak i pies byliby wrogo nastawionymi do siebie konkurentami. Ptaki przecież boją się psów. A tu, jak się do siebie przyzwyczają, to ze sobą współpracują. I człowiek jest wtedy tylko obserwatorem.

To jest też zdrowy sposób na spędzanie wolnego czasu. Jestem lekarzem i kiedy po pracy  jestem bardzo zmęczony, jedyna rzecz, o której myślę, to żeby wyskoczyć na pole i polatać. Czy coś upolujemy, czy nie - to już się nie liczy. Ja chodzę, ptak lata, pies biega i to jest fajne.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Jak często zdarza się coś upolować?

- Sezon polowań na bażanty zaczyna się w październiku i trwa do końca lutego. Ja mam tak ułożony system pracy w przychodni, że wypadają mi dwa dni, kiedy pracuję po południu, w pozostałe mogę iść w pole. Z moim jastrzębiem latamy cztery-pięć dni w tygodniu po dwie godziny dziennie. Odpadają dni, kiedy pada deszcz, mocno wieje wiatr. Jak to się przekłada na ilość złowionej zwierzyny? W tym sezonie upolowałem pięć bażantów, od października do końca stycznia. Jeśli na dziesięć, wydawałoby się stuprocentowych, ataków złapie się dwa bażanty, to jest naprawdę sukces.

Wyżywić z tego rodziny się nie da.

- Przy takim systemie jaki ja mam, nie. Rosół z bażanta jemy, ale jest to rarytas i zarazem wyjątkowy posiłek. Można przecież iść i kupić kurczaka w sklepie, ale jakie wiążą się z tym emocje? Żadne. W dodatku ten kurczak żyje w klatce przez siedem tygodni, bezemocjonalnie go karmią i zabijają. Kupujemy go jako kawałek mięsa i jemy jak kawałek mięsa. A taki rosół z bażanta to są najpierw wielkie emocje, które towarzyszą polowaniu. Niektórzy mówią, że to mordercze emocje. Tak do końca nie jest. Ja po każdym złapanym bażancie myślę sobie, że piękny był i czy rzeczywiście warto było na niego zapolować? Często trzymam kciuki za bażanta. Każdy etycznie polujący sokolnik ma momenty zawahania: eh, mogło mu się udać! Mógł uciec. Ale to chyba dobrze, że są takie emocje. Jakby ich nie było, to chodzenie w pole byłoby bezwartościowym łapaniem mięsa.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Z jakim ptakiem polujesz?

- Teraz z jastrzębiem. W 1982 roku zaczynałem z jastrzębiami, bo były wszechobecne. Potem, kiedy skończyłem studia, mój syn Mikołaj dostał od mojego kolegi Marka raroga. Mikołaj był niejadkiem i pewnego razu Marek obiecał mu, że jak przytyje pięć kilogramów, to dostanie od niego sokoła. I Mikołaj nagle zaczął jeść. Przybrał te pięć kilo i Marek mu tego sokoła wręczył, ale ponieważ Mikołaj był za młody, żeby go układać, to ja musiałem znaleźć na niego czas między jednym a drugim dyżurem. Miki skończył właśnie 22 lata, a raróg Plus 14.

Ile czasu potrzeba, żeby przygotować ptaka do polowania?

- Chcę zaznaczyć, że samo trzymanie ptaka to nie jest sokolnictwo. Sokolnictwo to sztuka układania i polowania z ptakiem. W sezonie, tak jak mówiłem, chodzę na polowania cztery-pięć dni w tygodniu po dwie godziny dziennie. Natomiast na samo ułożenie ptaka - im więcej czasu się przeznaczy, tym lepiej. Nie ma takiej reguły, żeby to było pół godziny albo godzina dziennie.

Dlaczego mówisz o układaniu ptaka, a nie tresowaniu?

- W tresurze są nagrody i kary. Ktoś wytresowany jest na siłę wyuczony, natomiast w sokolnictwie nie ma kar, są same nagrody. My musimy się porozumieć z ptakiem. Jeżeli go ukarzemy i potem wypuścimy na łowy, już do nas nie wróci, bo będzie nas negatywnie kojarzył. Zwierzęta na przykład w cyrku nie mają dokąd uciec, natomiast nasze ptaki kilka razy w tygodniu są puszczane wolno i mają możliwość wyboru. Dlatego my się z ptakiem układamy: on doskonale wie, że jak do mnie powróci, to dostanie nagrodę, wie, że nic złego go nie czeka.

Ile czasu układa się jastrzębia, żeby nadawał się do polowania?

- Żebym mógł go pierwszy raz puścić i mieć pewność, że do mnie przyleci, muszą minąć dwa-trzy tygodnie. Natomiast z czasem dogadujemy się coraz lepiej, ja coraz lepiej go poznaję, on mnie, i z wiekiem jest coraz lepszym łowcą. Ja wiem, co on planuje, on wie, co planujemy pies i ja. To jest wieloletni proces, taki dojrzały, ułożony ptak to "ćwik". Stąd nasze sokolnicze pozdrowienie: "chwal ćwik!". By mieć dobrego, wspaniale ułożonego ptaka, trzeba pracować kilka lat. Ja teraz poluję z młodym jastrzębiem i jest fajnie, ale początki - październik i listopad - były ciężkie. Dopiero w grudniu złapaliśmy pierwszego bażanta. W tej chwili jestem bardzo zadowolony. Osiągnęliśmy taki etap, że ptak lepiej dogaduje się z  moimi psami - pointerami - niż ze mną. Obserwuje, gdzie one są, gdzie wypłaszają bażanty, i wie, gdzie atakować. Na mnie nie zwraca uwagi.

Ile jesteście razem?

- To jest samica z mojej hodowli, wykluła się w maju 2015 roku. Jeśli chodzi o psy, Draka ma 11 lat, a Afera cztery lata.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Na co można polować w Polsce?

- Z jastrzębiem, sokołem, sokołem wędrownym, rarogiem na ptactwo: bażanty i kaczki. Z większymi ptakami typu orzeł, samica jastrzębia czy jastrząb harissa można próbować na zające. Z orłem poluje się też na lisy.

A w przeszłości?

- W przeszłości, kiedy nie było gatunków zagrożonych wyginięciem, polowano na wszystko, co się nadawało do zjedzenia. Bo taki był cel sokolnictwa. A potem też dla sportu; z historii znamy przypadki, kiedy polowano na białe czaple tylko po to, żeby wyrwać im jedno charakterystyczne piórko z tyłu głowy - rajer, a potem wypuścić. Polowanie na czaple było ulubioną rozrywką króla Władysława IV Wazy. Często zdarzało się tak, że ptak, który po ataku był w stanie latać, miał wyrywane te pióra i wypuszczany był na wolność. Na pamiątkę jednego z takich wydarzeń król kazał założyć czapli na szyję złotą obrączkę z wygrawerowaną datą 18 maja 1647 roku. W 30 lat później Jan III Sobieski zanotował w swoim kalendarzu, że złapał tę samą czaplę.

(fot. PPG Hubert Sobalak)
(fot. PPG Hubert Sobalak)

Sokolnictwo zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Dlaczego?

- Bo to ważna część kultury. Na tę listę trafiają zajęcia ludzi, które są specyficzne dla jakiegoś obszaru, grupy kulturowej lub niespotykane gdzie indziej i warte zachowania. W krajach arabskich sokolnictwo istnieje niemal od samego początku i do tej pory trwa bez żadnej przerwy. Arabowie poczynili pierwsze starania i w 2011 roku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odbyła się uroczystość wpisania sokolnictwa na światową listę UNESCO. Przyjechali sokolnicy z całego świata, kilkaset osób.

Od 29.10.2015 roku polskie sokolnictwo jest wpisane na krajową listę. W Polsce takich dziedzin życia jest niewiele: pochód Lajkonika, szopkarstwo krakowskie, rusznikarstwo cieszyńskie, flisactwo w Ulanowie, pochód Bożego Ciała w Łowiczu, hafciarstwo kaszubskie, język esperanto, umiejętność wytwarzania kozy i gry na niej, polskie tańce narodowe i sokolnictwo - żywa tradycja. Garstka. Wpisanie na taką listę daje nam poczucie bezpieczeństwa, nie wszyscy bowiem patrzą przychylnie na sokolników. Ludzie, którzy wolą widzieć ptaki w naturze, zarzucają nam, że je więzimy. Bronimy się, mówiąc, że tylko ograniczamy im wolność. Dajemy im możliwość lotu, polowania, mogą się rozmnażać. W zasadzie w prawidłowo prowadzonej sokolarni mają umożliwione wszystkie czynności życiowe.

Ale to są dzikie ptaki, to nie jest dla nich normalna sytuacja.

- No nie jest. Ale ja to sobie tłumaczę tak, że gdybym złapał dzikiego ptaka i potem układał, to dla niego byłoby to nienaturalne. Natomiast ptak wychowany w niewoli innego życia nie zna. Ma instynkt i rozmaite, naturalne potrzeby, a ja staram się mu stworzyć takie warunki, żeby tego instynktu mu nie ograniczać, a jego potrzeby zaspokajać. On nie zna życia na wolności. Jeśli ktoś by mnie zrzucił na bezludną wyspę, to byłbym nieszczęśliwy, a jeśli urodziłbym się na niej i nie znał świata poza, nie miałbym takiego poczucia.

Ale te ptaki przez większość dnia są zamknięte, nie latają.

- Sama sokolarnia jest tak skonstruowana, żeby krzywdy sobie nie zrobiły, żeby mogły polatać, dobrze się najeść, wykąpać, wygrzać na słońcu, rozmnożyć. W procesie układania nie ma kar. Staramy się, żeby to było jak najmniej traumatyczne dla ptaka. Przypuszczam, że kiedy na początku zakładamy mu pęta, to jest nieszczęśliwy. Myślę, że dla każdego sokolnika ten moment jest najtrudniejszy. Kiedy ptak zeskoczy z rękawicy, trochę się szarpie. Ale im szybciej przez ten moment układania przejdziemy, to potem i temu ptakowi jest lepiej, i nam jest lepiej. A kiedy ptak zaczyna latać, to też sobie tłumaczę, że gdyby było mu tak źle u mnie, to pewnie by nie wrócił. Przecież on doskonale poluje, świetnie czuje się w powietrzu, a mimo wszystko wraca.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Dobry ptak bardziej nas wykorzystuje niż my jego. On doskonale wie, że tam, gdzie będzie pies i człowiek, zaraz wyrwie się bażant albo kaczka i będzie mógł zapolować. A zawsze po polowaniu dostaje od nas odprawę - jedzenie. Ptak poluje, żeby się najeść. W naturze też tak jest, one nie latają tylko i wyłącznie dla przyjemności, ale po to, żeby coś upolować.

Co jeszcze się wam zarzuca?

- Że negatywnie wpływamy na populację wolno żyjących ptaków. Że wybieramy jajka, pisklęta, łapiemy dzikie osobniki w celu zniewolenia. Nie ma takich możliwości, dlatego że  wszystkie ptaki drapieżne to są gatunki chronione. Nasze ptaki muszą mieć obrączki, świadectwo pochodzenia, muszą być zarejestrowane w starostwie powiatowym. Muszę mieć zgodę - co jest absurdem, bo to przecież mój ptak - z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska na jego przetrzymywanie, świadectwo unijne CITES. Moja teczka papierów jest ogromna. Muszę być myśliwym, muszę mieć uprawnienia sokolnicze, zgodę ministra środowiska na wykonanie polowania z ptakiem drapieżnym, zezwolenie z koła łowieckiego na polowanie... Masakra.

Ludzie zarzucają nam też, że nastawiamy jedno zwierzę przeciwko drugiemu, co jest dziwną insynuacją

.

Bo ten ptak na wolności też musi polować, żeby żyć. Ja nie uczę go łapać i zabijać, bo on robi to instynktownie. Ja to tylko wykorzystuję.

Nie wystarczyłoby ci, żebyś obserwował, jak dziki sokół poluje w naturze?

- Myślę, że jest to niezmiernie trudne, bo tych ptaków jest mało. To są gatunki, które nie wylecą na pole w obecności człowieka i nie zapolują na bażanta, bo są skryte, bardzo ostrożne. Zobaczyć dzikiego jastrzębia nie jest tak łatwo. Gdy ludzie zobaczą większego ptaka w powietrzu, mówią: jastrząb!, ale najczęściej to są myszołowy. Sokolnictwo umożliwia mi kontakt z ptakiem drapieżnym, a poza tym czuję się bezpośrednim uczestnikiem tego magicznego zdarzenia, jakim jest atak. Jakbym był tylko obserwatorem, też byłoby to piękne, ale jak mogę z tym ptakiem polować, czuję się wybitnie, królewsko, bo biorę w tym udział. To jest jeden z niewielu przykładów współpracy ze zwierzęciem z natury dzikim we wspólnym celu. Ptak, pies i człowiek - zupełnie różne istoty tworzą zespół, którego celem jest polowanie. Nie ma chyba wielu innych takich przykładów.

(fot. PPG Hubert Sobalak)

Sokolnictwo jest też sztuką, szlachetną formą myślistwa. To bardzo naturalny sposób polowania, gdzie szanse są mniej więcej równe dla napastnika i ofiar. Poza tym w zasadzie od czterech tysięcy lat sokolnictwo pozostaje niezmienione: sposób układania jest podobny, pęta wycina się ze skóry według dawno ustalonych wzorów, wyposażenie ptaka się nie zmienia - dzwonki, rękawica, kaptury, to stare wzory. Doszła telemetria i nadajniki, które pozwalają odnaleźć ptaka, gdy za daleko odleci, ale to wszystko. W myślistwie z bronią technika pędzi do przodu.

Są jakieś korzyści z sokolnictwa?

- Dzięki sokolnikom na polskim niebie - po wielu latach przerwy spowodowanej przez DDT, szkodliwy dla ptaków środek owadobójczy, kiedyś używany w opryskach - pojawiły się sokoły wędrowne. Młode, wypuszczane na wolność sokoły pochodzą z hodowli sokolniczych, a cały program reintrodukcji sokołów wędrownych stworzony i realizowany jest przede wszystkim przez sokolników.

Wiedza i umiejętności sokolnicze wykorzystywane są do ochrony np. lotnisk cywilnych i wojskowych oraz stadionów sportowych. Najważniejsze jest jednak to, że współcześni sokolnicy, zrzeszeni w Polskim Klubie Sokolników PZŁ "Gniazdo Sokolników", pielęgnują wspaniałą, polską tradycję.

Adam Dopierała (ur. w 1968 r. w Poznaniu). Absolwent Technikum Weterynaryjnego we Wrześni, gdzie w 1982 r. rozpoczął łowy z sokołami. Absolwent Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu - lekarz pediatra, od 2015 r. przewodniczący Polskiego Klubu Sokolników PZŁ "Gniazdo Sokolników".

Łukasz Długowski. Absolwent filozofii, podróżnik, dziennikarz - współpracownik "Gazety Wyborczej". W weekendy pisze tam m.in. o mikropodróżach - proponuje, jak wcisnąć przygodę między pracę a zabiegane życie rodzinne. Na Instagramie prowadzi profil na ten temat: ekspedycja_miasto.