Społeczeństwo
(fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)
(fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Kilka faktów: 15 stycznia 2015 roku kurs franka szwajcarskiego z dnia na dzień radykalnie wzrósł. Od "czarnego czwartku" wielu osobom wzrosła rata kredytu, były organizowane manifestacje, temat pojawił się w ubiegłorocznych kampaniach wyborczych, a rząd Węgier postanowił przewalutować zobowiązania we frankach swoich obywateli. Kilkanaście dni temu Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy ogłosiła projekt ustawy, która miałaby rozwiązać problemy polskich frankowiczów. Co w tej sytuacji robią osoby i rodziny, które mają wieloletnie kredyty hipoteczne we frankach?

- Frankowicze czekają, ale coraz więcej z nich się organizuje. Skok franka w 2015 roku jest inny niż skoki w roku 2008 i 2011. Przy pierwszych dwóch razach frankowicze słyszeli: Czekać . - To długoterminowe instrumenty - mówili eksperci. - W ciągu trzydziestu lat będzie jeszcze wiele takich fluktuacji, ale w długim okresie wszystko się wyrówna i jeszcze wyjdziecie na swoje. Słyszymy tu monetarystyczne upodobanie do zbawienności "długiego okresu". Moi rozmówcy, nie wchodząc w ekonomiczne debaty, przyjmowali jednak odmienne stanowisko.

W długim okresie , powiedział kiedyś Keynes, wszyscy umrzemy . Frankowicze chcieli żyć dobrze i żyć teraz. Skoki franka wywoływały tyle emocji dlatego, że rytmy rynku finansowego (cykle, krachy i hossy) i rytmy osobistych biografii (ciąże, awanse i przeprowadzki), które tak dobrze były zsynchronizowane w czasie boomu, nagle się rozjechały. Globalne rynki wcześniej ujarzmione, by służyć naszemu powodzeniu, wymykały się spod kontroli.

W 2015 roku od etapu, kiedy każdy próbował na franku zbudować swoje i rodziny osobne i niepolityczne życie, przechodzimy do momentu upolitycznienia, rozpoznawania wspólnych interesów. Ludzie wiedzą też, że w wielu innych krajach Europy Wschodniej rządy postanowiły coś z tym zrobić. Pojawiła się także fala pozwów zbiorowych. "Frankowość" nie jest już losem, na który trzeba się zgodzić. Populacja frankowiczów została w ostatnich latach również rozpoznana jako elektorat, pojawiała się w debatach wyborczych.

Obecnie widzimy zastępowanie technokratycznego dyskursu "wyroku niestabilnych rynków" dyskursem tak zwanej moralnej ekonomii, który pyta o sprawiedliwość kontraktu z bankiem, o to, jaki powinien być "właściwy kurs", i o to, jaka jest rola państwa w absorbowaniu ryzyka, na które wystawieni są ludzie w globalnym kapitalizmie. Wszystkie te problemy są dyskutowane z nową siłą, odkąd Kancelaria Prezydenta ogłosiła 15 stycznia projekt ustawy, która ma rozwiązać problem frankowiczów.

Kantor wymiany walut (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Daliśmy się nabić w butelkę bankom sprzedającym kredyty we frankach?

- Nie ma co banków rozgrzeszać, bo mają i tak wiele za uszami. Moje badania nad kulturowymi kontekstami kredytu hipotecznego pokazują jednak, że teza o oszustwie jest zbyt prostą odpowiedzią.

Wielu ekonomistów i doradców w bankach mówiło, że kredyt we frankach szwajcarskich to najrozsądniejszy wybór. Jak to wytłumaczyć?

- A jak wytłumaczyć, że pracownicy banków, w tym działów "Ryzyko", zaciągali takie kredyty? Czy zmanipulować dali się też dziennikarze ekonomiczni?

Wiara w to, że kurs waluty będzie stały przez 30 najbliższych lat to naiwność, nie ma nic wspólnego z racjonalnością.

- Dzisiaj nie wyobrażamy sobie, jak ktoś mógł w ogóle taki kredyt wziąć. Dlaczego ludzie je brali? Przecież gołym okiem było widać, że to zły pomysł. Ale oczywiście jesteśmy mądrzy po fakcie. A początek dwudziestego pierwszego wieku to czas niezwykłego optymizmu. Jeśliby otworzyć tamte gazety, posłuchać ówczesnego radia, wczytać się w powstające w renomowanych organizacjach raporty trendowe, miałoby się wrażenie przebywania na innej planecie. Elity twierdziły, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, że to najlepszy czas w historii Polski. Dynamizował się wzrost gospodarczy, rosły realne pensje, weszliśmy do NATO, chwilę potem do Unii Europejskiej. I zwykli ludzie, i wielu inwestorów było pewnych, że niebawem znajdziemy się w strefie euro.

Jednocześnie w dorosłe życie wchodziły dzieci wyżu demograficznego. Ci ludzie nie tylko pragnęli się usamodzielnić i odejść na swoje, ale mieli też rozbudzone aspiracje. Nie wyobrażali sobie, żeby ich dzieci miały się wychowywać tak jak oni. Chcieli mieć lepsze wakacje, nowsze samochody i większe mieszkania, a nie gnieździć się z teściami. I tutaj pojawił się problem: brak polityki mieszkaniowej. Tak jak brakowało w Polsce mieszkań za PRL-u, tak i brakowało na początku dwudziestego pierwszego wieku.

Państwo oddało zaspokojenie tych potrzeb bankom, nawet nie próbowało mądrze wpływać na rynek.

(fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Wtedy pojawiła się obietnica kupienia własnego mieszkania za tani kredyt we frankach.

- Obowiązujący model zakładał, że mieszkanie jest wyłącznym problemem jednostki i jej rodziny. Wbrew temu, co obiecuje konstytucja. Banki nie wymyśliły kredytów hipotecznych we frankach na użytek Polski. Takie kredyty pojawiły się w wielu państwach europejskich i stały się rzekomo dobrym narzędziem do poszerzenia przestrzeni i zbudowania dobrej przyszłości.

Przez 30 lat.

- Każdy kredyt ustawia człowieka w relacji z czasem. Oszczędności to przeszłość, to, co się udało w przeszłości zgromadzić. Kredyt odwrotnie - wysyła cię w przyszłość. Jest sposobem, w którym bank ową przyszłość - fikcyjną, spekulacyjną - pozwala przeżyć tu i teraz.

Wśród moich rozmówców są osoby, które w czasie boomu kredytowego nie musiały mieć żadnego wkładu własnego. W rozmowie z doradcą kredytowym zobaczyły jednak przed sobą świetlaną przyszłość, która była dobra i indeksowana we franku szwajcarskim, tej "najstabilniejszej z walut". Wzięcie kredytu było więc wysłaniem siebie i swojej rodziny w dobrą, zachodnią przyszłość. Młodzi ludzie wchodzący w dorosłość mieli coraz więcej zarabiać. W dodatku niebawem w euro, więc ryzyko wahnięć między złotówką a frankiem zostałoby wyeliminowane na rzecz jego relacji z euro.

Dlaczego banki zdecydowały się na taki ruch?

- To złożona sprawa. Stopy procentowe na lokalnych walutach są wciąż dosyć wysokie, dlatego kredyty w złotówkach wydają się nieatrakcyjne. Banki, które działają na rynkach międzynarodowych, mają ułatwiony dostęp do globalnych zasobów walut, takich jak franki szwajcarskie czy jeny. Pozwala im to rozszerzać akcję kredytową poza ograniczenia dostępu do złotówek. Pożyczają je od swoich zachodnich właścicieli albo ściągają instrumentami finansowymi z globalnego rynku walut, o których wiedzą, że mają niskie stopy procentowe i wierzą, że są w miarę stabilne, wykorzystywane w wielu innych instrumentach. Jednocześnie trwa gigantyczny głód mieszkaniowy. Ci, którzy coraz bardziej zyskują na transformacji ustrojowej, chcą wypłacić z niej coś dla siebie.

Banki nie bały się ryzyka?

- Nie jestem ekonomistą, badam zjawisko zaciągania kredytów w podejściu społeczno-kulturowym. Tu pojawia się pytanie, jak przewidywania przyszłości, które mimo ich całej scjentystycznej otoczki są fikcjami, scenariuszami tylko prawdopodobnymi, uruchamiają działania w teraźniejszości. Kredyt hipoteczny nie jest najbardziej zyskownym z bankowych produktów, a inżynieria wokół walut pozwala ten zysk zwiększyć. Ominąć problem małych depozytów w złotówkach, zrobić dużo marży na spreadach, otoczyć klienta innymi usługami, w tym kartami kredytowymi. Banki ponoszą ryzyko, ale są od niego osłonięte, ponieważ mają kapitał, a menedżerowie nie grają własnymi mieszkaniami.

Dla mnie z kulturowego punktu widzenia ciekawe jest to, że kredyt frankowy jest rodzajem urządzenia społecznego, które przenosi ryzyko na nieosłonięte gospodarstwa domowe. I tak naprawdę stawia je w takiej pozycji, jaką na rynku mają firmy spekulacyjne i inwestorzy. Problem polega jednak na tym, że gospodarstwa domowe nie posiadają finansowej osłony, która mogłaby absorbować ryzyko w razie kłopotów. Kredytobiorcy muszą szukać tej osłony w relacjach społecznych: dorobić u znajomego, poprosić rodziców o pomoc. Wielu z tych, z którymi rozmawiam, zdecydowało się na kredyt nie jako para młodych ludzi, tylko w ramach szerszej rodziny. Skoki franka odbijają się dziś echem w całych sieciach pokrewieństwa.

Rodzice biorą udział w spłacaniu kredytu?

- Albo faktycznie biorą udział w jego spłacaniu, albo go ubezpieczają. Nie w postaci wkładu własnego czy ubezpieczenia na życie, tylko pomocy rodziny w wypadku braku płynności finansowej, albo obietnicy, że zostawią w spadku swoje mieszkanie i ono spłaci frankowe zadłużenie.

(fot. pixabay.com)

To zmienia istniejące relacje?

- Tak, i buduje nowe. Kredyt to nowy ślub - to żart, który wszyscy słyszeliśmy na mieście. Przejawy nowej kultury życia codziennego wokół kredytu widzę w swoich badaniach na każdym kroku. To, że kredyty hipoteczne są bardzo dobrze spłacane, to nie tylko ekonomiczna racjonalność, ale i kultura w działaniu.

Dlaczego?

- Kredytobiorcy traktują ratę jako pierwszą i najważniejszą płatność w ciągu miesiąca. Wokół nabytego mieszkania budowana jest tożsamość nowej rodziny i odnawiane są relacje. Długie wizyty w sklepach meblowych stają się okazją do wymyślenia, jaką parą chcemy być, a urządzanie wnętrza mobilizuje armię kuzynów-złotych rączek i skłania rodziców do głębszego sięgnięcia do zaskórniaków. Nowe mieszkanie staje się dumą rodziny. Wszystko inne może zostać opóźnione, wokół pozostałych wydatków może panować rozluźnienie, ale kredyt jest centralny.

Czego się boją kredytobiorcy? Że banki im to mieszkanie zabiorą?

- Banki nie chcą tych mieszkań - zależy im na pieniądzach, regularnych wpłatach, nie na nieruchomościach. To nie ich branża. Ale ludzie boją się utraty nieruchomości, bo jest ona projektem tożsamościowym dobrego życia. Mieszkanie jest wyceniane finansowo tylko w momencie transakcji, jest towarem tylko przez chwilę, a potem staje się domem przez duże D. Jest bezcenne, to miejsce, w którym śpi twoje dziecko. Własne mieszkanie to największy wydatek, idzie za nim cały styl życia, a społeczna norma każe mieszkać we własnym. Ludzie nie boją się straty na inwestycji, tylko tego, że ktoś wyeksmituje ich z pozycji społecznej, którą z takim trudem zdobyli.

W jaki sposób zmienia się życie rodziny, która postanawia wziąć kredyt hipoteczny?

- W Polsce, ale też w innych krajach europejskich, ludzie wyobrażają sobie stabilność wyłącznie w oparciu o własność prywatną. Wielu moich rozmówców, którzy wcześniej mieszkali ze współlokatorami w wynajętym mieszkaniu, ma poczucie, że ich prawdziwe, dorosłe życie rozpoczyna się w momencie zamieszkania we własnych czterech kątach.

To jest cecha charakterystyczna III RP?

- Rozmowa o własności jest jedną z dyskusji, której jako społeczeństwo jeszcze nie odbyliśmy. Dominuje założenie, że porządny człowiek to taki, który ma swój dom. Wynajmowane mieszkania , mówią mi ludzie, dobre są dla studentów, rozwodników, singli czy gejów . Czyli dla wszystkich ludzi, którzy są nienormatywni w ramach klasośredniowej "rodziny na swoim". Normatywna polska rodzina, ta, do której najczęściej mówi rynek finansowy, i ta, do której mówią politycy, ma mieszkać w mieszkaniu własnościowym.

Wzięcie kredytu i zamieszkanie we własnym mieszkaniu jest dla moich rozmówców pragmatycznym wyborem wobec tego, jak wygląda dostępny rynek wynajmu. Doświadczenie z wynajmowaniem jest naznaczone niepewnością i brakiem poczucia bezpieczeństwa.

(fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Komunizm był inny?

- PRL nie był krajem komunałek, tylko krajem spółdzielczej własności, która przez społeczeństwo była traktowana jako własność de facto prywatna. Takie mieszkanie można było dowolnie remontować oraz dziedziczyć. Im mniej PRL robił się egalitarny, tym silniej był również krajem podobnym do amerykańskiego marzenia o własnym domku z ogródkiem. Za Gierka mieliśmy ich wysyp.

Do tego można dodać silną tradycję chłopską - inaczej niż w innych krajach rządzonych przez partie komunistyczne, Polska nie została skolektywizowana. Panowało poczucie, że może władza jest i obca, ale mieszka się na własnym, a ziemia i mury lepiej niż zapisy w bankach przechowują majątek dla następnych pokoleń. Dla większości moich rozmówców wynajem jest nie do pomyślenia.

Widziałeś reklamy kredytów sprzed dekady?

- Tak.

Kłamały?

- Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że kredyt hipoteczny był sprzedawany jak każdy inny towar, ale nie jest takim samym produktem jak karma dla psów. Ludzie z reklamy nie musieli tworzyć potrzeby kupna mieszkania, bo to fundamentalna potrzeba, której nie zaspokajał kulejący rynek wynajmu i od której umyli ręce politycy, kiedy odesłali ludzi do banku. Opowiada o tym szeroko Filip Springer w swojej najnowszej książce "13 pięter" .

To po co banki się reklamowały?

- Żeby odciągać ludzi od konkurencji, przyciągać do siebie i wzmagać poczucie pilności zawarcia kontraktu: mieszkania drożeją, boom się rozkręca, podpisujcie teraz! W reklamach, które oglądałem, uderza motyw przestrzeni. Kredyt hipoteczny jawi się jako magiczna maszyna do jej produkowania. To takie urządzenie, które przed młodą rodziną rozwinie dywan przestrzeni. W jednej z reklam w wielkim mieście, na tarasie wielkości 50-metrowego mieszkania, rozkwitała kwiecista łąka. Było wiele obrazów przeciągających się kobiet, które wyglądają przez okno domku na przedmieściach, ludzi, którzy wreszcie oddychają pełną piersią. Jedna z reklam mówiła, że kredyt jest urządzeniem, które pozwala przeprowadzić się z ulicy Ciasnej na ulicę Przestrzenną.

Pokazuje to splecenie się kredytu hipotecznego z wyobraźnią społeczną tamtych czasów. Istnieje przecież związek pomiędzy tym, w jaki sposób kredyt hipoteczny opowiadał o poszerzeniu metrażu, a językiem, który mówił o rozszerzaniu się Unii Europejskiej i otwieraniu granic.

Zresztą ta wyobraźnia towarzyszy nam do dziś. Dwa lata temu w "Polityce" Joanna Solska pisała o Polakach, którzy żyją w ciasnocie. Stłoczenie przestrzeni owocuje zamkniętym umysłem. I jeżeli tej ciasnocie ulżymy, to zbudujemy nowe, lepsze społeczeństwo. Takiemu optymizmowi przestrzeni, że będzie jej więcej i będziemy w niej lepsi, towarzyszył optymizm czasu. Przyszłość jest w nim znana i dobra.

Od kilku lat rozmawiasz z rodzinami i osobami, które wzięły kredyt hipoteczny. Kim są twoi rozmówcy?

- Moje badania nie są reprezentatywnym portretem Polaków, lecz raczej wglądem w pewien wycinek wielkomiejskiej klasy średniej. Prowadzę je etnograficznymi metodami, rozmawiając z młodymi, wykształconymi, średnio zarabiającymi warszawiakami między 20. a 40. rokiem życia. Obserwuję prawidłowość, że wśród 30- i 40-latków wzorzec własności prywatnej jest dominujący. To widać po sposobie, w jaki komentują różne propozycje budownictwa społecznego. Słowo "społeczne" w kontekście budownictwa jest przez nich kojarzone z patologią, gettem.

Dominującą aspiracją młodych Polaków wciąż jest posiadanie własnego mieszkania. Za to częstą emocją - zazdrość wobec tych, którzy się we własność wrodzili. Pojawia się i gniew na świat, który tak mocno uzależnił szanse życiowe od niemal klasowego podziału na tutejszych z mieszkaniami po babci i "słoiki" w wynajmowanych kawalerkach bądź w korkach przed Białołęką. Kredyt jest dla wielu narzędziem społecznego doskoczenia i znalezienia się w grupie "żyjących dobrze".

Manifestacja frankowiczów (fot. Adam Stępień)

Wzięcie kredytu to jedyne wyjście?

- Kredyt nie jest zachcianką. Dla większości ludzi jest specyficznym wyborem tego, co w istocie konieczne, jeśli chce się żyć według swoich wyobrażeń. Taka jest kolej rzeczy - wyjaśnił mi jeden z moich rozmówców. Znalazłem pracę, nie widzę innej drogi . Ludzie nie myślą tak dlatego, że są ślepi, tylko dlatego, że innych możliwości po prostu nie ma.

To trochę błędne koło. Presja ze strony rodziny też ma tutaj znaczenie.

- Kredyt to doświadczenie i przedsięwzięcie międzypokoleniowe. Należałoby zbadać, jak kredyty uczestniczą w dynamice odtwarzania mieszczaństwa w Polsce. Mieszkanie, które kupują młodzi ludzie, z jednej strony jest ich gniazdkiem, ale zaznacza się też plan budowania majątku rodziny. To perspektywa szersza niż życie jednego pokolenia. Do niej odwołują się moi rozmówcy, tłumaczą w ten sposób przede mną i przed sobą różne wyrzeczenia związane z kredytem hipotecznym. Robią to po to, żeby ich dziecko nie musiało takich wyrzeczeń ponosić.

Do tej perspektywy odwołują się też rodzice kredytobiorców, którzy wspierają ich w decyzji zadłużenia. Przed tymi rodzicami kredyt dzieci ujawnia nieuchronność zostawienia im spadku. Mieszają się tu stare kody ojcowizny i wiana (gotówka, która przechodzi z rąk do rąk na weselu, bardzo często kończy w banku jako wkład własny) z odrodzeniem mieszczańskiej zapobiegliwości.

W jaki sposób te osoby myślą o przyszłości?

- Nie snują precyzyjnych planów na najbliższe 30 lat, bo żyją w czasach niepewności i kresu długoterminowych projektów. A ty wiesz, co będzie za 30 lat? A może rządzący dzisiaj lub w ostatnich latach wykorzystali media publiczne do sensownej debaty na temat strategii Polski, w której wszyscy moglibyśmy się odnaleźć?

Wielu młodych ludzi wierzy, że najlepszą drogą budowania majątku w rodzinie i zapewniania sobie bezpieczeństwa w Polsce jest kupowanie nieruchomości. Słyszę często, że przecież na ZUS nie można liczyć. Ale moi rozmówcy pochodzą często ze średnio zamożnych rodzin i w obliczu cen nieruchomości w Polsce nigdy, a w każdym razie nie w produktywnym i płodnym czasie wczesnej dorosłości, nie mogliby sobie pozwolić na kupno mieszkania za zaoszczędzone pieniądze.

W Polsce, według Deloitte, na 70 metrów trzeba by odkładać równowartość pensji przez siedem lat i dwa miesiące, a trzeba jeszcze za coś żyć. Jeśli mieszkania pojawiły się w życiu tych rodzin wcześniej, to w wyniku prywatyzacji na początku lat 90. Świat spółdzielni, książeczek mieszkaniowych i zakładowych mieszkań został uwłaszczony, bo nowy system chciał stworzyć klasę posiadaczy. To jeszcze wzmacnia przekonanie, że własność mieszkania jest jedynym racjonalnym sposobem na powodzenie.

Frankowicze wierzą w państwo?

- Grupy frankowiczów, które wnoszą pozwy zbiorowe, zabierają głos z miejsca, którego jeszcze 20 lat temu nie było. Nie mówią tylko o sobie: my, obywatele Polski , lecz również - my, konsumenci działający na rynku . To nowa odmiana obywatelstwa, w której podkreśla się równorzędną rolę państwa i rynku w życiu człowieka, a od państwa oczekuje się liberalnej roli stróża nocnego. Nie bez powodu konserwatywni krytycy nazwali ich lemingami. Próbowano wyśmiać to, że kredyt jest formą wkupienia się w system. Czy się z tym zgadzamy, czy nie - jest w tym trochę prawdy.

Gniew frankowiczów na rosnące zadłużenie, poczucie rozczarowania i żalu rzadko kiedy idzie w stronę antysystemową, w której winny jest kapitalizm lub rynek. Jest raczej kanalizowane w stronę nowych form zachowania. Frankowicze nie podpalają banków, tylko piszą reklamacje. Jeżeli bank ich nie przyjmie, to idą do Rzecznika Praw Konsumenta, do sądu, głosować albo lobbować.

Mateusz Halawa (fot. Bartosz Grześkowiak / School of Form)

Jak w związku z tym postrzegają publiczną służbę zdrowia i edukację, i w ogóle państwo, przestrzeń publiczną?

- Nie chciałbym tworzyć wrażenia, że frankowicze są osobnym plemieniem, choć rzeczywiście łączy ich historycznie nowe w Polsce uwikłanie budżetu domowego w globalne zawirowania. Kredyt jest pewnym wymiarem ich egzystencji, który odróżnia ich od innych. Tak się składa, że kredyty i sposób planowania przestrzeni publicznej w Polsce, czyli budowania nowych osiedli na obrzeżach miast, są ze sobą połączone.

Ciekawą kulturowo zbieżnością jest to, że osoby spłacające kredyty we frankach żyją w miejscach, w których jest stosunkowo mało usług publicznych. Mamy do czynienia raczej z prywatnymi niż publicznymi przedszkolami. Oczywiste wydaje się, że rodzina z dziećmi powinna mieć dwa samochody, jeżeli chce prowadzić udane życie społeczne. Ze względu na charakter pracy moi rozmówcy mają prywatne ubezpieczenia zdrowotne. W czasach prosperity żyli w poczuciu, że państwo im jest niepotrzebne, albo że ich opuściło, ale można sobie bez niego radzić.

Zza okien wielu nowych osiedli nie widać, na co idą podatki: nie ma ani przedszkola publicznego, ani publicznego transportu. Teraz, gdy frankowicze zaczęli uważnie czytać swoje umowy po skokach kursu waluty, na nowo odkrywają państwo. Zadają sobie pytanie, czym ono w ogóle jest? Co powinno dla nas zrobić?

Mateusz Halawa . Asystent w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk i kierownik zespołu humanistyki i nauk społecznych w School of Form. Badania nad kredytem prowadzi we współpracy z Mikołajem Lewickim z UW i Martą Olcoń-Kubicką z PAN. Pod adresem opowiedz.o.zyciu.z.frankiem@gmail.com zbiera doświadczenia kredytobiorców frankowych na potrzeby badań (zapewniona anonimowość).

Arkadiusz Gruszczyński . Dziennikarz i animator kultury.