Adolf Hitler, Wincenty Witos, Stefan Banach, Béla Bartók, Tytus Czyżewski, César Álvarez Dumont - co łączy te postaci?
- Wszystkie te osoby zmarły w 1945 roku. Tym samym, wedle prawa, 70 lat po śmierci ich twórczość trafiła do domeny publicznej. Mówiąc najprościej: już możemy z tej twórczości dowolnie korzystać - zarówno z kompozycji Bartóka, wierszy i obrazów Czyżewskiego, jak i z książki "Mein Kampf" Hitlera.
Czym konkretnie jest domena publiczna? Warto to wyjaśnić, tym bardziej że 29 stycznia obchodzimy jej dzień.
- To taka część kultury, coraz większa, którą można dowolnie kopiować, rozpowszechniać, używać jej komercyjnie. To utwory, co do których nie pojawia się natrętne pytanie: Czy mi wolno? albo Komu muszę zapłacić? Do domeny publicznej należą dzieła, które prawem autorskim nigdy nie były objęte, na przykład dramaty Szekspira czy rysunki Leonarda da Vinci, oraz te, których autorskie prawa majątkowe wygasły - opery Wagnera, obrazy Wojciecha Kossaka czy powieści Saint-Exupéry'ego.
Czyli mogę bezpłatnie wykorzystać muzykę Chopina w moim filmie, bez oglądania się na nikogo użyć grafik Witkacego na swoich billboardach i legalnie zrobić sobie koszulkę z "Krzykiem" Muncha?
- Teoretycznie tak! W praktyce czasami zdarzają się przypadki, gdy daleki spadkobierca czy jakaś instytucja próbują zablokować wolne korzystanie z utworu. W 2014 roku głośno było o sporze Łukasza Adamczyka z Fundacją Czartoryskich. Polski grafik wziął udział w międzynarodowym konkursie na kampanię promocyjną dla pewnej firmy piwowarskiej i wygrał. Stworzył własną, nieco kontrowersyjną, interpretację "Damy z gronostajem", zamieniając zwierzę na butelkę piwa. Fundacja, do której należy fizyczny egzemplarz obrazu, poczuła się również posiadaczem praw autorskich i uznała, że takie wykorzystanie godzi w jej wizerunek - wszak to najważniejsze dzieło w zbiorach rodziny Czartoryskich. Ostatecznie Adamczyk stracił główną nagrodę, choć pretensje Fundacji nie miały podstaw prawnych. Co ciekawe, w sprawie wypowiedziało się nawet Ministerstwo Kultury, które zazwyczaj nie zabiera głosu w takich sytuacjach. Stanęło w obronie domeny publicznej.
Interesująca jest również sprawa z "Dziennikami" Anne Frank, które powinny od 1 stycznia tego roku trafić do domeny publicznej. Tymczasem dwie fundacje: szwajcarska i holenderska spierają się o stan prawny dzieła. Jedna z nich, posiadająca formalnie prawa autorskie (druga ma rękopis), oznajmiła, że autorem zapisków był ojciec Anne, Otto Frank, który zmarł dopiero w 1980 roku. To moim zdaniem próba ograniczenia dostępu do dzieła, które powinno być częścią wspólnego, światowego dziedzictwa.
Czyli bardziej niż o ochronę prawidłowego wykorzystania dzieła chodzi o pieniądze?
- Najczęściej chodzi o pieniądze, czasem problemem jest czyjeś rozbuchane ego. Warto jednak zauważyć pozytywne przypadki korzystania z wolnej domeny, których jest więcej. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych agencje federalne, a taką jest chociażby NASA, nie mają praw autorskich do swoich utworów. I tak zdjęcia odległych planet, fotografie wykonane przez łaziki na Marsie czy Ziemia jako błękitny glob są w domenie publicznej. Chwilę po publikacji unikatowych zdjęć kosmosu na stronie NASA mogę je pobrać i wydać album o wszechświecie.
Brzmi to pięknie, ale wolny dostęp niesie ze sobą wiele zagrożeń. Od 1 stycznia bieżącego roku można legalnie wydawać zakazaną do tej pory książkę "Mein Kampf". W Niemczech cały nakład wyprzedał się w kilka godzin. Wolny dostęp niesie ze sobą ryzyko, że obok wydań poprzedzonych odpowiednim wstępem i przypisami pojawią się niechlujne wydania publikowane tylko z chęci zysku.
- Nie przesadzajmy z tą ilością zagrożeń. Zalet jest zdecydowanie więcej. Sprawa z Hitlerem to przypadek jednostkowy. Publikacja książki ludobójcy może stanowić problem, być społecznie ryzykowna, ale niebezpieczeństwo złego użycia kultury nie może być pretekstem, aby ograniczyć jej wolne wykorzystanie. Głupoty, ignorancji i chciwości nie wyeliminujemy, jednak nie może się stać podstawą do wprowadzenia cenzury.
Mamy też przykłady niewłaściwego, śmiesznego wykorzystania kultury - łączenie Chopina z disco polo czy klasycznych obrazów z kiczowatymi dodatkami. I tego nikt nie może zabronić, bo niby kto ma decydować, co jest właściwe i zgodne z normami kulturowymi.
Dobrze, że istnieją normy kulturowe, ale nie można ich regulować prawnie, gust nie podlega kodyfikacji!
W efekcie mamy szwedzki stół z kulturą - dużo tego, no i nie wiemy, jak się zdrowo obsłużyć.
- Wyobraź sobie, że prawa do utworów są wieczyste i istnieją fundacje zarządzające spuścizną twórców z przeszłości. Powiedzmy, że jest organizacja, która zawiaduje dziełami Mickiewicza i tylko ona ma prawo udostępniać i interpretować jego twórczość. To otwiera ogromne pole do manipulacji, zarówno ideologicznej, jak i finansowej. Zapewne nie powstałyby wszystkie wielkie inscenizacje "Dziadów" - pozyskanie praw byłoby zbyt kosztowne lub pojawiłyby się zastrzeżenia dotyczące interpretacji.
Zgodzę się, że jest problem z konsumpcją kultury. Żyjemy w czasach nadmiaru, jesteśmy zalewani informacjami. Nie jest jednak tak, że kultura czeka pod drzwiami. Nie widzę, żeby agencje kreatywne korzystały z twórczości Witkacego na potęgę, choć ten idealnie nadaje się do niekonwencjonalnych kampanii reklamowych. Po kulturę trzeba samemu sięgnąć, a promując domenę publiczną, my to po prostu ułatwiamy.
Przy wolnym dostępie do treści działa prawo kopernikańskie i gorsze, mniej wartościowe treści wypierają lepsze. Areną tego działania często jest Internet. Zapytam podtytułem głośnej książki Andrew Keena "Kult amatora" - jak Internet niszczy kulturę?
- Kultury nie da się zniszczyć. Internet, a konkretniej korzystający z niego twórcy i użytkownicy mogą zmieniać XX-wieczną wizję kultury, działać wbrew interesom tradycyjnych mediów i wydawców. Jednak nie wolno zapominać, że Internet umożliwia globalne uczestnictwo w kulturze. Każdy zaczyna z poziomu amatora, ale szybko może się rozwinąć i stać się profesjonalistą. Inna sprawa, że nawet najbardziej debilne głosy w Internecie nie zabiją poważnej, merytorycznej dyskusji, która jest i zawsze była w niszy. Zauważ, że Internet wspiera także serwisy z ambitną poezją oraz dystrybucję ambitnej, niszowej muzyki.
Apologeci Keena uważają, że Internet zniszczył debatę. Drastycznie zrównał głos akademickiego profesora z przykładowym Wojtkiem, lat 14. Bardziej niż realna wiedza liczą się dziś pozory wiedzy.
- Na pewno zanikają standardy, poziom dyskusji wciąż się obniża. Nie wiem czy metodą na uzdrowienie sytuacji jest blokowanie wolnego przepływu informacji i cenzura. Inna sprawa, że jak Duchamp domalował Mona Lisie wąsy, to jest to sztuka, zaś gdyby to zrobił Wojtek z gimnazjum, byłby już skandal. O tym, kto jest artystą, wciąż decydują wpływowi intelektualiści.
Wydaje mi się, że brakuje, szczególnie w Polsce, poważnej dyskusji na temat obiegu kultury i elementarnej edukacji medialnej. Postęp technologiczny, rozwój cyfrowy jest dużo szybszy niż zmiany w społeczeństwie. Myślę jednak, że nie będzie tak źle i za 30 lat będziemy czytać dalej i Szekspira, i literaturę pokroju "50 twarzy Greya".
Mówisz to z pozycji dyrektora Centrum Cyfrowego. Czym ono się zajmuje?
- Współpracujemy z instytucjami publicznymi, muzeami, ośrodkami kultury. Razem z nimi przełączamy społeczeństwo na cyfrowe. Pomagamy w digitalizacji i komunikacji z widzami oraz promujemy otwarte korzystanie z kultury. Zarazem obserwujemy, jak wygląda cyfryzacja za granicą, i próbujemy pewne rozwiązania przenieść na grunt polski.
Ciekawy przykład znaleźliśmy w holenderskim muzeum narodowym w Amsterdamie. Rijksmuseum upublicznia wysokiej jakości skany swoich eksponatów, głównie dzieł malarskich, i zachęca prywatne firmy do korzystania z tych zasobów. Holenderscy muzealnicy obserwują, jak sztuka "żyje" poza instytucją, jest obecna na ubraniach, porcelanie, pościeli. Z kolei na polskim podwórku ciekawy projekt wykonała Zuzanna Stańska. Stworzyła na potrzeby muzeów aplikację DailyArt, która prezentuje użytkownikowi codziennie jeden eksponat z wybranego muzeum wraz z dokładnym opisem. Genialne w swojej prostocie!
Możemy spokojnie patrzeć w przyszłość, w rozwój społeczeństwa cyfrowego i stałe poszerzanie się domeny publicznej?
- Dla niektórych jesteśmy radykałami, ale stawiamy na wolność i angażowanie ludzi w kulturę. Promujemy licencje Creative Commons, z pomocą których udostępniono już miliard utworów. To realna zmiana zasad, na jakich z pomocą Internetu uczestniczymy w kulturze. Dobra kultura powinna opierać się na sferze wolności, jaką jest domena publiczna. My uczymy, że kultura polega na dzieleniu się i korzystaniu z cudzej twórczości. Reszta to marketing, promocja, biznes i splot wielu, wielu wydarzeń.
Alek Tarkowski. Socjolog. Dyrektor Centrum Cyfrowego i koordynator Creative Commons Polska. Jego organizacja przełącza społeczeństwo na cyfrowe. Sam zajmuje się promocją otwartych modeli tworzenia i dystrybucji treści. W wolnym czasie gotuje i fotografuje street art.
Rafał Pikuła . Promotor kultury, copywriter i dziennikarz. Publikował m.in. w "Polityce", "Przeglądzie", Newsweek.pl. Włóczy się po świecie, zbierając ciekawe opowieści. Chętnie napiłby się z Wieniediktem Jerofiejewem, Bohumilem Hrabalem i Thomasem Mannem.