Społeczeństwo
Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy co roku dzieli Polaków (fot. Agencja Gazeta / archiwum prywatne / Gazeta.pl)
Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy co roku dzieli Polaków (fot. Agencja Gazeta / archiwum prywatne / Gazeta.pl)

Janina Ochojska, prezes Polskiej Akcji Humanitarnej

Polacy pomagają chętnie, ale najczęściej wybiórczo. Z mojego doświadczenia wynika, że stosunkowo najłatwiej zbierać pieniądze na potrzeby ofiar katastrof naturalnych. Znamienny jest przykład Nepalu - na ten cel pozyskaliśmy pokaźną kwotę. Ale już np. pomoc dla poszkodowanych przez wojnę w Syrii to zupełnie inna sprawa. Z dużym trudem udaje nam się zebrać w Polsce pieniądze dla nich. Działamy w tym obszarze głównie dzięki środkom z zagranicy, funduszom Unii Europejskiej czy ONZ. Podobnie jest w przypadku Ukrainy. A przecież w obu tych miejscach toczą się krwawe wojny, więc mogłoby się wydawać, że to dość oczywiste cele zbiórek pomocowych.

Dziwi mnie też małe zainteresowanie akcją dożywiania dzieci Pajacyk. Często spotykam się z opiniami, że w Polsce dzieci nie głodują! W ogóle w odniesieniu do organizacji charytatywnych Polacy są bardzo mocni w dobrych radach oraz hejcie. Najlepiej widać to oczywiście w przypadku Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Można odnieść wrażenie, że w tej sprawie Polska jest bardzo mocno podzielona i duża część naszych rodaków atakuje Owsiaka za to, co robi. Fenomenem jest więc to, że mimo różnych ataków akcja co roku gromadzi większe środki niż w latach poprzednich. Owsiak jasno mówi, na co przeznacza pieniądze, efekty wymyślonej przez niego akcji widać w prawie każdym szpitalu. To jest z pewnością główny powód, dla którego wiele osób wspiera Orkiestrę.

Nauczyłam się już w tej pracy, że hejterzy zawsze będą. Nie można się nimi jednak przejmować, trzeba dalej działać.

Janina Ochojska (fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta) ()

Aleksander Kartasiński, prezes fundacji Happy Kids

Polacy z jednej strony są skłonni do pomagania innym, ale tak naprawdę tego pomagania dopiero się uczą. Historia dobroczynności w Polsce nie jest długa; kładą się na niej cieniem złe praktyki z okresu transformacji. Po 1989 roku często dochodziło do wielu nadużyć i nieprawidłowości - głównie przywłaszczania przez osoby prywatne środków zbieranych na pomoc innym. Stąd pewnie bardzo duża nieufność Polaków wobec zorganizowanej działalności dobroczynnej. Wciąż boimy się, że nasze pieniądze trafią do prywatnej kieszeni kogoś nieuczciwego.

Dochodzi do tego jeszcze problem, powiedziałbym, komunikacyjny. W mediach o wiele bardziej przebijają się informacje o oszustwach niż przykłady dobrych praktyk. Nie mówię, że nie trzeba informować o tych pierwszych, wręcz przeciwnie - należy je tępić. Ale nie można doprowadzić do tego, żeby zdominowały przekaz medialny. W telewizji czy prasie mało miejsca poświęca się pokazywaniu pozytywnych przykładów tego, czym zajmują się organizacje charytatywne. Największy problem z uwiarygodnieniem mają małe organizacje, zwłaszcza te działające na prowincji. Warto pokazywać, że wiele z nich to szlachetne przedsięwzięcia, prowadzone przez uczciwych ludzi.

Aleksander Kartasiński (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta) ()

Karolina Adamska, prezes zarządu Fundacji Mam Marzenie

Polacy mają bardzo dobre serca, ale nie zawsze zdają sobie sprawę. Dlatego najważniejszym zadaniem organizacji prowadzących działalność charytatywną jest uświadamiać ludzi, że warto pomagać, i pokazywać im, w jaki sposób mogą to robić.

Działalność Fundacji Mam Marzenie przynosi wiele bardzo pozytywnych przykładów polskiej skłonności do wspierania potrzebujących - nigdy nie było tak, że nie udało nam się spełnić marzenia chorego dziecka. Ten cel jest tak szlachetny, że trudno spotkać kogoś, kto byłby w stanie odmówić wsparcia. Nie zawsze chodzi o pomoc stricte finansową, często trzeba się włączyć w różne sprawy organizacyjne i techniczne.

Karolina Adamska (fot. archiwum prywatne) ()

Aleksandra Granada, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce W Polsce

Polacy chcą pomagać innym, choć bardzo często zanim zdecydują się wesprzeć konkretną organizację, muszą przekonać się o jej nieskazitelności. Żeby móc liczyć na szerokie wsparcie ze strony zwykłych ludzi, instytucja musi być całkowicie bez tego uczciwa, transparentna, a także wykazywać się efektywnością swoich działań. Tak żeby darczyńcy mieli pewność, że ich pieniądze są wykorzystywane w należyty sposób i trafiają do tych, którzy rzeczywiście potrzebują pomocy.

Sporo dobrego robi nagłaśnianie akcji charytatywnych w mediach. Odnoszę nawet wrażenie, że ci, którzy decydują się wspomóc przedsięwzięcie, o którym usłyszeli w telewizji czy w radiu, biorą później udział w innych akcjach pomocowych, niekoniecznie nawet dobrze nagłośnionych. Okazuje się więc, że promowanie dobrych postaw w jakimś sensie pomaga wszystkim organizacjom. Nie szukając daleko: do naszego stowarzyszenia dzwoni coraz więcej osób. Chcą przekazać dla potrzebujących pieniądze, różne dary, a nawet pomóc w zorganizowaniu wypoczynku dla naszych podopiecznych.

O wiele łatwiej jest działać instytucjom, które mają spore doświadczenie w pracy charytatywnej. Ważne jest też, by pozyskiwać środki pomocowe z różnych źródeł. My dostajemy je z budżetu państwa, od samorządów i od prywatnych darczyńców, i to zapewnia spokojne działanie. Jednak wiele organizacji boryka się z podstawowymi problemami, nie wiedzą, czy będą mieć pieniądze np. na najbliższe pięć lat. W takich warunkach trudno jest planować bieżące funkcjonowanie, nie mówiąc już o jakichś strategicznych decyzjach.

Cieszy mnie natomiast to, że pracownicy różnych fundacji czy stowarzyszeń pomagają sobie nawzajem i dzielą się doświadczeniami. To duże wsparcie, zwłaszcza dla tych, którzy dopiero zaczynają działalność charytatywną.

Aleksandra Granada (fot. archiwum prywatne) ()

Ewelina Kliś, prezes Fundacji Serca Dla Maluszka

Polacy są o wiele bardziej skłonni do pomocy, kiedy znają osobę, którą wspiera jakaś organizacja. Taka bliska, prywatna relacja z człowiekiem cierpiącym lub poszkodowanym powoduje, że wykazujemy się większą hojnością i chęcią pomocy. Dlatego dużo łatwiej, moim zdaniem, działa się organizacjom lokalnym, funkcjonującym w określonej społeczności i pomagającym jej członkom. O wiele trudniej mają te, które działają w skali ogólnopolskiej. Wydaje mi się, że kiedy pomoc ma trafić do osób, których się nie zna, albo na realizację celów, które mają abstrakcyjny wymiar, Polacy są mniej chętni do pomocy.

Dużym problemem są stereotypy na temat działalności charytatywnej. Rodzą nieufność i wątpliwości co do uczciwości pracowników organizacji pomocowych. Mało kto z osób niezajmujących się bezpośrednio tym tematem wie, jak dokładnie działalność takich stowarzyszeń czy fundacji jest kontrolowana, zwłaszcza pod względem finansowym. Dziś praktycznie niemożliwe jest sprzeniewierzenie środków przeznaczonych na pomoc innym. Nie ma się więc czego bać.

Ewelina Kliś (fot. archiwum prywatne) ()

Pastor Daniel Wołkiewicz, prezes Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Dobroczynnego

Miałem okazję prowadzić działalność charytatywną w Stanach Zjednoczonych czy Norwegii i z tej perspektywy polska skłonność do dobroczynności jest, niestety, o wiele mniejsza. Chęć pomocy innym na szczęście rośnie, ale to wciąż za mało. Przyczyną jest to, że nie jesteśmy od dziecka przyzwyczajani do pomagania, brakuje edukacji w tym zakresie.

Co działa w Polsce źle? Najbardziej wyrazistym przykładem jest wolontariat. Traktowany jest na zasadzie akcyjnej: kiedy ktoś organizuje jakieś wydarzenie, bez trudu znajdzie chętnych do pomocy, ale gdy spektakularna akcja się kończy i zaczyna się codzienna, żmudna, mało efektowna działalność, wolontariuszy nie ma. Młodzi ludzie nie są przyzwyczajani do wolontariatu działającego na co dzień.

Inna sprawa to bardzo liczne stereotypy, które wciąż funkcjonują w polskim społeczeństwie. Kieruję stowarzyszeniem, które zajmuje się m.in. bezdomnymi. Co rusz słyszę głosy, że ci ludzie sami są sobie winni i nie warci są pomocy. Z takimi krzywdzącymi opiniami trzeba walczyć, bo one także sprawiają, że Polacy są mniej skłonni do pomocy ludziom w gorszej sytuacji życiowej.

Przemysław Gulda . Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.