Każda strona twojej książki wytrąca czytelnika z utartych przekonań. Udowadniasz na przykład, że Napoleon wcale nie był niski.
- To jest chyba najbardziej zaskakujący mit ze wszystkich, które opisałem. Za każdym razem, kiedy rozmawiam o książce, jestem pytany o Napoleona, choć przytoczyłem w niej również 49 innych historii. Rzeczywiście od dziecka słyszymy, że Napoleon był wielki, chociaż niski. Nie zastanawiamy się przy tej okazji, jaki mężczyzna jest niski dzisiaj, a jaki był kiedyś. Teraz facet, który ma 170 cm - tyle właśnie mierzył cesarz - może nie jest uważany za wysokiego, ale w czasach Napoleona średni wzrost mężczyzny wynosił 164 cm.
To skąd to przekłamanie?
- Najprawdopodobniej błędnie przeliczono stopy francuskie na angielskie w trakcie wykonywania sekcji zwłok, a ten błąd utrwaliła brytyjska propaganda, której celem było zdyskredytowanie Napoleona.
Pisząc książkę, często miałem do czynienia z mitami w mitach i dlatego niektóre historie trudno było dekodować. Ktoś kiedyś napisał, że mit niskiego Napoleona wziął się stąd, że on zawsze poruszał się w towarzystwie bardzo wysokich arabskich ochroniarzy. Próbowałem to potwierdzić, ale wiarygodne źródła i dawne przekazy milczą na ten temat.
Gdzie znalazłeś te mity?
- Połowa to efekt pracy nad moimi programami - przewijały się w niektórych scenariuszach.
Ważnym źródłem był internet i to, co ludzie wpisują w wyszukiwarkach. To naturalne, że chcemy wiedzieć na przykład, czy to prawda, że przez głowę ucieka więcej ciepła niż przez inne części ciała.
Każdy przecież słyszał w dzieciństwie: załóż czapkę, bo 30 procent ciepła ucieka przez głowę.
- Jasne. A przecież jakby się człowiek porządnie zastanowił, to sam dojdzie do wniosku, że to bujda. Za tym mitem stoi między innymi źle przeprowadzony eksperyment słynnych "amerykańskich naukowców". Ale czy gdybyśmy wyszli w zimie na zewnątrz z odsłoniętym udem, to stracilibyśmy mniej ciepła niż za pośrednictwem głowy? Nie do końca. Można w domowych warunkach przeprowadzić własny eksperyment, ale łatwiej zapytać o to w sieci.
Jak śledziłeś te zapytania?
- W internecie dostępne są listy najpopularniejszych. Ludzie pytają na przykład: "czy Einstein był w młodości kretynem?".
Wiemy już z twojej książki, że nie był. Z francuskiego miał trójkę, ale poza tym - czwórki i piątki.
- Tak, zbierał porządne oceny, i to przez cały okres edukacji. Ale wierzymy, że był słaby i ledwo przechodził z klasy do klasy. Być może chcemy się po prostu dowartościować - jeśli nasze dzieci mają gorsze oceny albo sami takie mieliśmy w przeszłości, to zawsze możemy powiedzieć: "Einstein też się źle uczył!".
Łatwo w to uwierzyć.
- Właśnie. Książkę napisałem bardzo szybko. Była gotowa w dwa miesiące. Wcześniej musiałem jednak bardzo długo dokumentować wybrane historie - szukać, czytać i kwestionować. Nie mogłem dopuścić do tego, żeby w dekonstrukcjach mitów pojawiały się jakiekolwiek przekłamania. Najwięcej czasu spędziłem na badaniach, ale czasami okazywało się, że niezależnie od tego, jak długo szukam, grzebię, studiuję, niektóre mity trudno jednoznacznie obalić - z tych rezygnowałem.
Z innymi długo się męczyłem, na przykład z tym, że kameleon zmienia kolory pod wpływem tła, a nie innych czynników. Dotarłem do prac specjalistki w tej dziedzinie - cytuję ją zresztą w książce - która napisała w trakcie swojej kariery dwie sprzeczne ze sobą prace na ten temat. Ten mit kosztował mnie najwięcej pracy, ale zakończyła się ona sukcesem.
Udało ci się obalić wszystkie mity, którymi się zainteresowałeś?
- Nie. W przypadku 12 nie znalazłem ostatecznej odpowiedzi, bo jest spór w doktrynie lub sprzeczne wyniki badań, a miałem założenie, że do książki trafiają tylko historie, które da się rozstrzygać jednoznacznie. Próbowałem na przykład rozbroić mit o tym, że przeziębienie jest powodowane przez zimno. W teorii nie wywołuje go zimno, tylko wirusy, ale istnieje jedno poważne badanie, które udowadnia, że zimno jest katalizatorem ich rozwoju. Kogoś może dopaść przeziębienie spowodowane przez wirusy, których jest więcej w okresie jesienno-zimowym, i bez obniżonej temperatury nie doszłoby do zakażenia.
Gdy mnożą się wątpliwości, trudno jest wydać kategoryczny osąd, a trzeba być ostrożnym.
A co z powiedzeniem "pijany jak Polak"? Nie wspominasz o nim w książce, ale idealnie by się do niej nadawało. Wielokrotnie słyszałam je w tym roku we Francji. Świetnie się trzyma, chociaż statystyki wskazują, że Polacy piją mniej niż Francuzi.
- To bardzo żywotne powiedzenie. Najprawdopodobniej powstało po jednej z bitew, gdy francuscy żołnierze mieli odkryć zalety przywiezionej przez naszych rodaków wódki gdańskiej, której nadmiar spowodował, że dzień później na odprawie oficerów pojawili się wyłącznie Polacy. Dlatego Napoleon miał powiedzieć swoim podwładnym: "Jeśli już macie pić, to pijcie jak Polacy". Są jeszcze trzy inne wytłumaczenia, skąd wzięło się to powiedzenia, ale ostatecznie to jest dowód uznania, a nie obraźliwe określenie. Piszę o tym w mojej kolejnej książce.
Dlaczego ten stereotyp jest wciąż żywy?
- W perspektywie czasu zatarło się to pierwotne znaczenie i zapomnieliśmy, że "pijany jak Polak" to nie ten, który zamroczony leży pod stołem, tylko ten, który potrafi i daje radę. Z wieloma mitami jest podobnie. Przy okazji badań nad drugą książką odkryłem, że we Włoszech czy w Hiszpanii to powiedzenie nie obowiązuje. Mówi się tam za to "pijany jak gąbka" albo "pijany jak Kozak".
We wstępie napisałeś, że mity, które starasz się obalić, czasami trafiają nawet do szkolnych podręczników.
- Tak, zdarza się.
Sama pamiętam z książki do biologii rysunek języka podzielonego na części, które odczuwają smak słodki, gorzki, kwaśny.
- Ten rysunek, który jest w mojej książce, pochodzi zresztą z podręcznika do biologii. Tymczasem ten mit jest zupełnie nielogiczny. Dlaczego wierzymy podręcznikowi bardziej niż własnemu doświadczeniu? Przecież łatwo można sprawdzić, że smak czujemy na całym języku, a nawet w całej jamie ustnej tak samo. Wystarczy, że będziemy kładli kostkę cukru w różnych miejscach, a prawda sama się objawi. Sami siebie możemy oszukać, wierząc w naukowy autorytet. Mitami przesycone są też podręczniki do historii. Pamiętam, że uczyłem się o tym, że piramidy zostały wybudowane przez niewolników.
Oczywiście. Mówiło się, że to były pierwsze obozy koncentracyjne.
- To nieprawda, budowali je opłacani robotnicy. Problem polega na tym, że mało kto zadaje sobie pytanie: "Czy aby na pewno?". Po prostu przedrukowuje się informacje z jednej książki do kolejnej. Ale istnieją naukowcy, których poznałem przy okazji pisania tej książki, a którzy specjalizują się w szukaniu dziury w całym. I to dzięki nim dowiadujemy się, że mogło być trochę inaczej. Albo zupełnie inaczej.
Które z opisanych przez ciebie mitów są najbardziej niebezpieczne?
- Ciągle powtarzana jest nieprawdziwa informacja, że jeśli ktoś zaginie, to trzeba odczekać 24 godziny, zanim zgłosi się to na policję. Policja i Fundacja "Itaka" ciągle to prostują. Alarmują, żeby zgłaszać od razu, kiedy zorientujemy się, że ktoś zaginął.
Skąd wziął się ten mit? Najprawdopodobniej zawdzięczamy go hollywoodzkim scenarzystom, którzy chcąc stopniować napięcie, wydłużają celowo czas, w którym nie można zgłosić zaginięcia. Dzięki temu bohater filmu ma dzień lub dwa na rozpoczęcie poszukiwań na własną rękę. Wtedy buduje się tragizm sytuacji i akcję. Jednak w prawdziwym życiu tragiczne może stać się ugruntowanie tego mitu.
Piszesz, że co trzeci student psychologii powtarza mit o tym, że człowiek wykorzystuje zaledwie 10 procent swojego mózgu.
- Otóż to! Studenci psychologii! Jeśli oni powtarzają tę popularną bzdurę, to czegóż można wymagać od reszty świata? Ten mit wywołuje duże emocje. Wiele osób denerwuje się na mnie, że piszę w książce, że to nieprawda. Za każdym razem pada ten sam argument: "Popatrz na osoby autystyczne. One potrafią robić to, czego zdrowi ludzie nie robią, czyli oni wykorzystują mózg bardziej". Ale to jest zupełnie niezwiązane z wykorzystywaniem mózgu lub nie.
Irytujesz się, kiedy ktoś powtarza ten mit.
- Może dlatego, że na jego przykładzie łatwo można prześledzić, jak funkcjonują mity. Ktoś kiedyś napisał głupotę. Ten jeden jedyny raz. Mylił się, a my przez dziesięciolecia uważamy to za prawdę i cytujemy w dziesiątkach publikacji. Trudno to odkręcić.
W jakich dziedzinach mitów jest najwięcej?
- Przodują biologia i medycyna. Gdybym chciał, mógłbym spokojnie znaleźć 50 mitów odnoszących się tylko do nich. Te mity wywołują też najwięcej emocji, bo każdy jest ekspertem w zakresie swojego ciała. Cóż, każdy Polak zna się na skokach narciarskich, piłce nożnej i medycynie. Mity funkcjonują podobnie jak stereotypy - to jest automatyczne odtwarzanie przekonań bez zastanowienia się nad nimi i bez badań. Jest ich naprawdę bardzo dużo.
Czasami obalenie mitu jest łatwe, ale stoi za nim sporo emocji, których pewnie byśmy się nie spodziewali. Tak jest na przykład w przypadku coca-coli i św. Mikołaja. Powtarza się, że wizerunek współczesnego brodatego staruszka stworzyła ta firma, a tu okazuje się, że nie tylko tak nie było, ale nawet Coca-Cola nie była pierwszą firmą, która połączyła tę postać z napojami. Ale jeślibyśmy teraz wyszli na ulicę i zapytali jakiegoś przechodnia, to prędzej czy później usłyszelibyśmy, że to Coca-Cola wymyśliła współczesnego Mikołaja. Co ciekawe, sam koncern wydał nawet oficjalne oświadczenie, że to nieprawda, ale każdego roku dostaje sporo emocjonalnych listów pod hasłem: "Jak mogliście zawłaszczyć świętego Mikołaja?!".
Siedziałeś w czytelni, dokumentując te historie czy - jako człowiek internetu - przed ekranem komputera?
- Wielu osobom wydaje się, że jeśli dla kogoś naturalnym środowiskiem jest internet, to wiedzę czerpie stamtąd. Gdybym napisał tę książkę wyłącznie w oparciu o sieć, to zawierałaby mnóstwo błędów. Internet dobrze wskazuje, gdzie szukać, ale bez solidnego przygotowania w czytelniach i bibliotekach nie dałbym rady. Bardzo przydatne były dla mnie prace naukowe - doktorskie i profesorskie, bo w nich ktoś za mnie wcześniej przebił się przez źródła i wyselekcjonował wiedzę. Jednak i tak to weryfikowałem.
Największy problem w sieci polega na tym, że ktoś może napisać totalną bzdurę, która dobrze brzmi i jest wewnętrznie logiczna. Łatwo się nabrać na pseudonaukowy ton. A jak potem sprawdzi się cytowane badanie, to okazuje się, że wyciągnięte w artykule wnioski są dokładnie odwrotne do tych przedstawionych w tekście.
Wiele faktów konsultowałem ze specjalistami z poszczególnych dziedzin. Powołuję się na nich często w książce, pozwalali mi odsiać ziarna od plew. Nie jestem wszechwiedzący, więc korzystam z wiedzy ludzi o wiele mądrzejszych ode mnie. Jednym z obalonych przeze mnie mitów jest często powtarzane przekonanie o tym, że ptasia matka odrzuci pisklaka, którego dotknął człowiek. Trudno znaleźć w sieci wiarygodną informację na ten temat. To nieprawda i jeśli pisklak wypadnie z gniazda na naszych oczach, to powinniśmy podnieść pisklę i włożyć je z powrotem. Ale sieć nam podpowie z przekonaniem: "Nie dotykaj, bo to skończy się tragicznie".
Czy dekonstruując mity, narażasz się komuś?
- Oczywiście, regularnie tak jest przy tematach historycznych. Nie mogę się nadziwić, że to tak działa, ale kiedy zapowiedziałem moim widzom temat obalenia mitu "cudu nad Wisłą", to wywołałem burzę. Piszę o tym też w książce, więc spodziewam się ostrej reakcji. Otóż, wbrew plotkom i nazwie, tzw. cud nad Wisłą nie był żadnym nadprzyrodzonym zjawiskiem, ale wygraną dobrze przygotowanej polskiej armii, do której przyłożyli się żołnierze o wysokim morale i dowódcy, którzy potrafili wykorzystać błędy przeciwnika. Dostałem mnóstwo negatywnych komentarzy w stylu: "Czy ty chcesz obedrzeć ten kraj ze wszystkiego, z całej jego dumy? Nie dotykaj tego tematu!". To przedziwne, bo przecież mówię o tym, że nasi żołnierze wspaniale walczyli i byli świetnie przygotowani, ale to nie wystarczy. Nagle "cud" przestał mieć metafizyczny wymiar, a został wytłumaczony racjonalnie.
Z podobną reakcją spotkałem się, kiedy obalałem mit o ataku polskich kawalerzystów, którzy z szablami poszli na niemieckie czołgi. To jest oczywista nieprawda. Kiedy o tym wspominam, to słyszę, że Kotarski kala pamięć polskich kawalerzystów. W moim rozumieniu ja raczej niszczę ewentualne wspomnienia o nich jako o bezmyślnych wariatach, ale w świadomości niektórych - bezczeszczę i obrażam. To naprawdę zaskakujące, ale najwięcej emocji było chyba związanych z mitami historycznymi, chociaż one bezpośrednio ludzi nie dotyczą.
Chyba dotyczą. A na pewno dotykają.
- Na to wychodzi. Zastanawiające jest też, jak wielkie poruszenie wywołało pochodzenie słowa "k***a". Otóż to nie jest słowo, które pochodzi z łacińskiego "zakręt", tak jak powszechnie powtarzamy, tylko ma źródła słowiańskie.
Kiedy opowiedziałem o tym w moim programie, dostałem bardzo długiego maila, który wyprowadzał etymologię tego słowa z łaciny. Ja powoływałem się na dwóch wybitnych językoznawców, ale jeden z moich widzów poczuł się dotknięty. To był przewodnik, opowiadał historię pochodzenia tego słowa podczas spotkań z grupami i chyba wywróciłem mu życie do góry nogami. Okazuje się, że ta "k***a" jest takim naszym narodowym skarbem, że każdy zamach na nią traktowany jest jak zamach na świętość.
Radek Kotarski . Popularyzator wiedzy, twórca internetowego show Polimaty i programów telewizyjnych, gdzie wyjaśnia najdziwniejsze i nieodkryte zjawiska, odpowiada na najbardziej szalone pytania i prowokuje do samodzielnego myślenia.
Dominika Buczak . Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.