Matka, nazywana na co dzień Marią, najdzielniejsza z dzielnych, będzie dla Janka najważniejszą kobietą w życiu. Gdziekolwiek pojedzie, blisko czy daleko, do Krakowa czy Brazylii, będzie o niej pamiętał. Tak opowiadał mi 1 o ich relacji**: – Ja piszę jej o swoich sukcesach teatralnych w Argentynie, a ona zamiast o sukcesy pyta mnie, czy zabrałem ciepły sweter i kalesony.
Gdy pojawiałem się w pięknym samochodzie obok pięknej kobiety, moja matka pytała raczej, czy mam zapasową oponę albo czy ta pani przykrywa mnie w nocy, gdy się rozkopię. Nigdy nie powiedziała: "Ach, przyjechałeś z gwiazdą, a jakie masz piękne auto...".
Kiedy Jan dorośnie, każdą ważną dla siebie kobietę przywiezie do Kowala, żeby pokazać matce. Zawsze będzie do niej wracał myślami, oceniał siebie jej miarą. Po jej śmierci napisze: "Jakże przemożne było kiedyś to uczucie [niepokój o ukochaną matkę]. Moja miłość do niej, moja czułość, moja wieczna prośba o pomoc" 27. Pamięta jej „mocną matczyność, gęste włosy zaczesane od czoła, nogi stąpające twardo po ziemi, pełne piersi. […] Była zaspokojonym głodem, ugaszonym pragnieniem, życiem wiecznym. Domem, co nie miał prawa się rozpaść" 28 . Wrażliwa, inteligentna, "z ziemi", jak ją określa Jan, dbająca o dom, dzieci i męża, jakikolwiek by był. Nawet jeśli wychodząc po papierosy, przez trzy lata nie przypomina sobie drogi powrotnej do domu. Jedynego ocalałego syna Maria potrafi obsypać płatkami róż, ale i dać mu po twarzy, gdy za szybko zedrze buty, a nowych nie ma za co kupić.
W czasach jego dzieciństwa dorośli w Kowalu dziećmi się specjalnie nie przejmują. Powinny się pilnować domu i tyle, a kiedy trzeba, pomagać rodzicom. Tymczasem Janek potrafi zniknąć na cały dzień, a gdy podrośnie, zimą organizować z kolegami wyprawę nad oddaloną o piętnaście kilometrów Wisłę, żeby biegać po krach. Zdarza się, że wpada przy tym do wody, a potem w sztywnych, zmrożonych spodniach wraca do domu, po kryjomu zrzuca z siebie ubranie i mokry chowa się pod kołdrę. Za którymś razem mama go na tym przyłapuje i daje pasem po pupie. To jedno z jego najpiękniejszych wspomnień, powie po latach, bo po tym laniu mama przy nim usiadła, przytuliła i razem płakali. Czułość, miłość i niepokój w jednym. Dwa zdarzenia związane z matką do końca życia nie dają mu spokoju. Obydwa banalne, a jednak jakieś kostropate, nielicujące z tym, jak go wychowała.
Pierwsze, gdy w studenckich czasach jedzie z Łodzi do domu, żeby spędzić z rodziną święta. Z dumą wiezie w plecaku butelkę wytwornego, jak mu się zdaje, cierpkiego wina riesling, o którym już wie, że należy je podawać lekko schłodzone. Wkłada więc butelkę w śnieżną zaspę przed domem, aby w odpowiedniej chwili napełnić nim kieliszki. Potem przekazuje butelkę mamie, a ta, nic nikomu nie mówiąc, podgrzewa ją na piecu i dosładza kilkoma łyżeczkami cukru. Po toaście głosem, w którym pobrzmiewa poczucie winy, tłumaczy: "Nie widzisz synku, że ci to coś s z a p t a l i z u j ę 29.
Drugi epizod pochodzi już z okresu krakowskiego, gdy Jan stoi u progu kariery. Dobrze wie, że nikt się z tego bardziej nie ciszy niż Marianna. Rozpiera ją duma, że ma tak zdolnego syna, a on zaprasza ją do Krakowa, aby osobiście mogła się o tym przekonać. To już jest czas, kiedy Jan może sobie pozwolić na drobne zakupy w uchodzącym za szczyt luksusu sklepie Baltona, gdzie płaci się obcą walutą albo udającymi ją bonami drukowanymi przez państwo. Któregoś dnia Jan zafundował tam sobie szampon do włosów. Do przyjazdu matki buteleczka tej namiastki blichtru zdobiła łazienkową półkę, zaświadczając o dobrobycie pana domu. Ale matka postanowiła przysłużyć się ukochanemu synowi i podczas jego nieobecności w tymże "cennym" szamponie wyprała mu dżinsy. Gdy wrócił, zamiast podziękowania, w jego oczach zobaczyła wściekłość. Ujęła się honorem, że szampon odkupi. Syn ochłonął po czasie, ale ten szampon pomiędzy nimi pozostał, choć matka nigdy o nim nie wspomniała.
Każdy przyjazd Jana do Kowala jest dla niej świętem. Gotuje wtedy najsmaczniejszy obiad na świecie, co oznacza rosół i kotlety mielone, a Janek jest w siódmym niebie. Któregoś dnia bierze syna za rękę i zamiast do znajomych, jak on to sobie zaplanował, prowadzi na grób ojca. "Tu leży ojciec, tu będę leżała ja, a tu będziesz leżał ty" – oznajmia. A kiedy Jan się wzbrania, bo życie wciąż przed nim i nie ma zamiaru umierać, a jeśli nawet, to i tak nie wiadomo, gdzie będzie jego grób, matka przekonuje: "Nic nie wiesz. Tu będzie, zobaczysz. Nie możesz się po świecie pałętać". "Ta kobieta przeniosła matczyną miłość poza granicę swojej śmierci i śmierci swojego syna. Tak wielką miała siłę" 31 – podsumowuje Jan. Po latach wszyscy będą leżeć razem. Jan przez długi czas dusi w sobie wściekłość pomieszaną z żalem, że choć odwiedzał matkę w chorobie, na jej pogrzeb w styczniu 1982 roku nie mógł przyjechać. "W przypadku śmierci matki tęsknoty nigdy nie da się oswoić. […] Ja po śmierci mojej nie mogłem się pozbierać przez rok bez mała. Zmarła w czasie stanu wojennego i nie zdążyłem na pogrzeb. Z braku benzyny. Gdy się zgłosiłem po przydział w jakimś tam urzędzie, taki jeden odmówił. Twierdząc, że »teraz wszystkim matki umierają«. Wyszedłem bez słowa i poprzysięgłem mu zemstę. Do dziś szukam skurwysyna, bo wciąż pamiętam twarz" 32.
Márta Mészáros w swojej książce "Ja, Marta…" zamieszcza skan ostatniego listu Marianny do syna. To zaledwie dwa–trzy zdania skreślone ręką nienawykłą do pisania. Z ich odczytaniem jest kłopot. Ale wymowa listu jest jasna – to jedno wielkie zapewnienie o miłości: "Bardzo Cię wszyscy kochamy. Z poważaniem Matka" 33.
Jan skurwysyna nigdy nie odnalazł. W dzieciństwie uwielbia chorować. Może wtedy bezkarnie leżeć w łóżku, a zatroskane mama i siostra podsuwają mu pod nos, co mają najlepszego. Jako dojrzały mężczyzna, kiedy chce odpocząć od gonitwy świata, jedzie do siostry, a ona krząta się przy nim niczym najczulsza matka.
Hania jest drugą najważniejszą na świecie osobą, którą darzy wielką miłością. Obie kojarzą mu się z opiekuńczością i anielską dobrocią. – Niedaleko mieszka moja siostra, cudowna osoba, anioł. Jedyna kobieta, która mnie kocha – mówi mi, gdy w 2013 roku odwiedzam go w Krzewencie. Siostra, zaledwie o dwa lata starsza, całe życie troszczy się o Janka. Zachwycona bratem, najlepszym uczniem w klasie, mimo iż do nauki się specjalnie nie przykłada, świetnie pamięta jego odpowiedź – pierwszoklasisty – na uwagę nauczycielki, że krzywo pisze. "A pani ma krzywe nogi i jest dobrze" 34.
Najlepszą formą obrony jest atak, już wtedy o tym wie.
TA ZNIEWAGA SŁÓW WYMAGA
Sześcioletniego Janka do pierwszej klasy prowadzi za rękę mama. Chłopiec ma na sobie białą koszulkę z krótkim rękawem, ciemne spodenki. Jest krótko ostrzyżony – dzieciom goli się włosy prawie do skóry, gdyż wokół panuje wszawica. Pani higienistka w szkole co jakiś czas sprawdza, czy uczniowie mają czyste głowy, a przy okazji podaje im tran na wzmocnienie organizmu. Janek dobrze pamięta ten moment, kiedy idzie z mamą przez miasteczko. Oznacza on kres beztroskich zabaw na rzecz etapu "szkoła", nieprzyjemnie kojarzącego się z obowiązkiem. Pocieszeniem są koledzy. Jednym z nich jest Jurek Maślanka, który po wojnie wraz z rodzicami przeprowadził się do Kowala. Dziecięca przyjaźń przetrwa do ostatnich dni życia Nowickiego i nie przeszkodzą jej żadne roszady losu, ani różne szkoły, do których będą chodzili, ani też miejsca, w których zamieszkają. Jerzy na studia w Wyższej Szkole Rolniczej (później Akademia Rolnicza) wyjedzie do Szczecina, a rodzinę założy w odległym od Kowala o sto kilometrów Międzyborzu. Droga, którą przemierzy Janek, będzie jeszcze dłuższa.
Poznali się w przedszkolu. Jerzy pamięta, że prowadziła je siostra Serafina, absolwentka polonistyki. Z Jankiem odnaleźli się od pierwszej chwili i niemal natychmiast zdążyli się narazić opiekunce, naruszając w czasie zabawy figurkę Matki Boskiej. Pół roku później poszli do podstawówki. – Nauczyciel i ksiądz byli wtedy traktowani jak święci – opowiada Jerzy. Pamięta, jak ksiądz prefekt po zmroku wsiadał na rower i z ulicy zgarniał uczniów, którzy zamiast siedzieć w domach i się uczyć, błąkali się po mieście. Ich z Jankiem nic takiego nie spotkało. Kowal opisywany przez Nowickiego w tamtym okresie nie prezentuje się światowo: "Jeden magister, jeden rower na całą ulicę, jeden sklep mięsny"35.
Z miasteczka nikt nie wyjeżdża, bo nie ma po co. Chyba że chłopcy, o których upomina się wojsko. Siódme urodziny kojarzą mu się z przypalonym na pupie od opierania się o piec płaszczykiem ze sztucznego misia, jedynym, jaki posiada i w którym wstydzi się chodzić. Podobnie jak nosić majtek z klapą na piersiach, zakładanych mu przez mamę. Ale za to może się pochwalić łyżwami na capy, czyli kołki spinające dwie części. W tajemnicy przed Marianną ślizga się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. W domu dalej bieda, "jedzenia na mały moltyk" (posiłek) 36.
Kiedy podczas spowiedzi ksiądz pyta małego Janka o popełnione grzechy, chłopak przyznaje się do podkradania śliwek z cudzego ogrodu, ale czy to jest grzech, przekonany nie jest. Co innego, gdy robi to ktoś, kto ma wszystkiego "galancie" (dużo), i to stale, a nie tylko "zamanuwszy" (od czasu do czasu), jak on. Mówi tak, jak wszyscy wokół niego, gwarą kujawską. Rarytasy to kilka cukierków kupionych za grosze lub kromka chleba posypana cukrem. Gdy uda mu się uzbierać jakąś żałosną sumkę, idzie do pobliskiej knajpy o optymistycznej nazwie Słoneczko i kupuje trzy landrynki. Chodzi tam wcześnie, zanim obsiądą je hałaśliwi miłośnicy mocnych trunków, bo Słoneczko okupują głównie mężczyźni. Są tacy, którzy przesiadują tam od rana, więc siłą rzeczy Janek czyni najróżniejsze spostrzeżenia. Obserwowanie ludzi to jego kapitał, przygląda się im i wyciąga wnioski.
* Publikujemy fragment książki Aleksandry Szarłat "Jan Nowicki.Trochę anioł, trochę bies" , która ukaże się w Wydawnictwie Agora 10 września 2025 roku.
** Wszelkie wypowiedzi Jana Nowickiego pozbawione odnośników pochodzą z wywiadów autorki
Przypisy
27 Jan Nowicki, Dwaj panowie, dz. cyt., s. 245.
28 Jan Nowicki, Moje psie myśli, dz. cyt. s. 109.
29 Szaptalizacja – proces stosowany w winiarstwie, polegający na dosładzaniu moszczu, by w trakcie fermentacji osiągnąć wyższy poziom alkoholu.
31 Rafał Wojasiński, Jan Nowicki. Droga…, dz. cyt., s. 63, 66.
32 Jan Nowicki, Szczęśliwy bałagan, cz. I, dz. cyt., s. 53.
33 Márta Mészáros, Ja, Marta…, tłum. Krystyna Pap, Warszawa 1998, s. 76.
34 Emilia Padoł, Dżentelmeni PRL-u, Warszawa 2015, s. 298.
35 Jan Nowicki, Moje psie myśli, dz. cyt., s. 99.
36 Jan Nowicki, Szczęśliwy bałagan, cz. I., dz. cyt., s. 193.