Biografie
Grażyna Plebanek (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)
Grażyna Plebanek (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

[…] Byłam w liceum, kiedy ojciec pokazał mi zdjęcie swojej matki. Przetrwało wojnę, dziadek znalazł je wśród starych dokumentów. "Zawieruszyło się", powiedział ojciec. Zawsze mnie dziwiło, jak mało zostało po niej fotografii. Pamiątek nie było żadnych, zupełnie nic. Ze zdjęcia w formacie pocztówkowym patrzyły dwie dziewczyny w letnich sukienkach. Starannie uczesane, modnie ubrane przysiadły jakby w przerwie na rozmowę.*

Blondynka z wąską twarzą wydawała się pewna siebie, patrzyła swobodnie w obiektyw. Ta po lewej stronie siedziała trochę bokiem, na ustach błąkał się nieśmiały uśmiech, w lekko skośnych oczach czaiło się poczucie humoru. Włosy miała brązowe, kości policzkowe wysokie. Jak ojciec, jak ja. Rodzice, pochyleni nad zdjęciem, próbowali ustalić, kiedy zostało zrobione, i rozczytać na odwrocie nazwisko tej drugiej dziewczyny.

– Jest bardzo ładna. – Mama puknęła palcem w sylwetkę blondynki po prawej.

 – Ma za duże dziurki w nosie. To Pola jest ładna – rzuciłam zaczepnie naraz czemuś zła. Pola.

Nazwałam ją imieniem, którym wołano ją w rodzinie. Pola, nastolatka, moja rówieśniczka. Zobaczyłam ją wtedy po raz pierwszy. Byłyśmy w podobnym wieku, mogłybyśmy się polubić. Adoptowałam ją, moją babcię. Czy, jak dawniej mówiono, przysposobiłam. Nie wiem, gdzie się podziało to zdjęcie, nigdy potem już go nie widziałam. Nie znalazłam go ani wśród rzeczy po ojcu, ani pomiędzy dokumentami mamy. Pytałam o nie krewną, która odziedziczyła pamiątki po dziadku Romanie, mężu Poli. Powiedziała, że nie ma żadnych zdjęć "tej pani".

Ta pani. Jakby mówiła o intruzie. Jakby Pola zagrażała porządkowi rodzinnemu, temu na Grochowie czy temu zbudowanemu przez babcię Irenkę. Tak przecież nie było, rozumowałam. Pola nie była obca. W każdym razie już nie dla mnie.

Po tym, jak zobaczyłam ją na zdjęciu, pojęłam, czemu dziadek, ojciec, stryj i ciotka co tydzień jeździli na Plebanki. Zrozumiałam, że do niej jeździli, do żony, do matki. Przez miejsce chcieli z nią być. Dziadek przerywał milczenie tak, jak potrafił. Podsuwał mi okruchy historii Poli i jej dzieci. Musiało mu być ciężko, bo byłam jeszcze mała, a wojenny nurt tej opowieści był przerażający. On sam nigdy mi nie powiedział, jak zginęła Pola, dowiedziałam się tego od ojca.

Nie pamiętam słów, tylko to, że oprócz Niemców byli w tej opowieści również Żydzi. Wtedy już rozumiałam, że ta zbitka niosła w sobie nieuchronność. W dniu komunii dziadek wręczył mi oprawiony w szkło obrazek.

– Matka Boska Jazłowiecka – powiedział. – Pamiątka z komunii twojego taty.

Wzięłam do ręki stary obrazek. Staliśmy w moim pokoju, klitce w bloku wypełnionej regałami, książki podpierał miś z NRD, gdzie mój ojciec wtedy pracował.  Dziadek powiedział, że komunia taty odbyła się w klasztorze niedługo po tym, jak uciekli z Plebanek wiosną czterdziestego trzeciego. Pola już wtedy nie żyła. Stryj Sławek i ciotka Magda byli mali, zabrała ich do Warszawy rodzina z Grochowa. Mój ojciec, najstarszy, skończył siedem lat i dziadek wziął go ze sobą na tułaczkę po lasach. Myśleli, że w klasztorze będą bezpieczni, ale zjawił się tam oddział ukraiński. Zabito zakonnice. Nie pamiętam, czy dziadek opowiedział mi to wszystko właśnie wtedy. Może opiłki informacji, które układały się w obrazy, w wydarzenia po śmierci Poli, docierały do mnie przez kolejne lata. Możliwe jednak, że dowiedziałam się tej historii przy okazji komunii, bo zapamiętałam słowa dziadka: "Twój tata był wtedy mały". I to, że staliśmy w moim dziecinnym pokoju z żółtymi zasłonami, a dziadek płakał. Za każdym razem, gdy była mowa o śmierci Poli, coś nas od siebie oddalało.

Trudno mi było dopasować obraz dziewczyny o nieśmiałym uśmiechu, mojej rówieśniczki, do wydarzeń zimy czterdziestego trzeciego. A tym bardziej do faktu, że stało się to bliziutko naszej chałupy. Ale tamto zdjęcie, na którym Pola siedzi z koleżanką w letniej sukience, wywarło na mnie nieoczekiwany wpływ. Chciałam na Plebankach stać się "swoja". Żeby las mnie przyjął, a nie tylko gościł. Bo to był jej las. Jednak las to jedno, a ludzie to drugie.

[…]

Jechaliśmy zawsze tą samą drogą – z Warszawy przez Garwolin i Ryki do Moszczanki i dalej do Kocka wśród rozłożystych prostokątów pól. W którymś momencie las połykał szosę, robiło się ciemno. W sam raz dla zbójców, myślałam, ale pomarańczowy maluch już wyskakiwał z mroku i kolebał się po wybojach do obrzeży Kocka. Tam, po prawej stronie, wyrastał pomnik generała Kleeberga.

– Wygląda jak sołtys Barański – zażartował ojciec, kiedy zobaczyliśmy go po raz pierwszy. Zachichotałam, bo widziałam sołtysa raz czy dwa. Ale dziadkowi nie było do śmiechu. Chyba nas nie słuchał, bo nagle powiedział, że tu, za pomnikiem, ciągnie się ulica Polna. 

– Tam mieszkała Polka. "Polka". Pierwszy raz tak się o niej wyraził. Zwykle nazywał ją "świętej pamięci Apolonią", pomnikowo, jakby była Kleebergiem. Peszył mnie ten zwrot "świętej pamięci". Nie pozwalał się zbliżyć, zobaczyć osoby, był jak zatrzaśnięte wrota kockiego kościoła, które zostawiały człowieka na zewnątrz. Polka. Uderzyła mnie doza intymności tej wersji imienia. I tęsknota, która zadźwięczała w sylabach. Pomyślałam, że tkwi w nich zalążek życia. Chwyciła mnie ciekawość, jakie ono było. Skręciliśmy w drogę prowadzącą na Plebanki, gdy dziadek znów się odezwał. – O, tędy jechał Henryk Machczyński, a wilki goniły sanie. Tu zaatakowały, pod tą kapliczką! Aż się konie spłoszyły, tak blisko dranie podeszły, kilkanaście sztuk. Ale Henryk miał fuzję i zaczął do nich strzelać. Opowiadał, jakby łatwiej mu było mówić o wilkach niż o Niemcach. Dziś myślę, że po prostu chciał mówić o życiu, a nie w kółko o śmierci. Jeśli rodzina ma istnieć, musi żyć jej pamięć. Pamięć życia, a nie tylko umierania.

Okładka książki Grażyny Plebanek 'Pola. Ukryte życie Apolonii Machczyńskiej-Świątek', która ukaże się w 27.08.2025 w Wydawnictwie Agora.
Okładka książki Grażyny Plebanek 'Pola. Ukryte życie Apolonii Machczyńskiej-Świątek', która ukaże się w 27.08.2025 w Wydawnictwie Agora. Materiały prasowe - okładka

[…]

Wciąż pytałam o Polę. Kiedyś zagaiłam tatę, jak wyglądała. Nie w sepii, tylko naprawdę. 40 – Nie pamiętam, byłem wtedy mały. – Mojego wzrostu? – drążyłam. – Wyższa? – Wysoka. Wysoka, ciemnowłosa. Może to był brąz, jaśniejszy niż u ojca, w takim odcieniu jak u ciotki Magdy. Lub płowiejący latem, jak u mnie. Innym razem zapytałam o Polę dziadka, kiedy oprowadzał mnie po lesie. – Patrz, kamień graniczny – powiedział. – Tu kończy się nasz las. Przed wojną… Jego "przed wojną" ledwo wychodziło poza Plebanki, sięgało Kocka, raz czy dwa otarło się o pałac księżnej Jabłonowskiej. – Graliśmy tam w brydża z hrabią Żółtowskim. Polka, ksiądz Pogonowski, hrabia i ja. I tyle. W marszu, w szeleście liści, syknięciach naprężonych witek leszczyny pojawiały się obrazy z ulicy Polnej, opowieści o jego pierwszej żonie, Polce. Potem przepadały. I znów cisza, choć dokoła gadał las. Kiedyś wybrałyśmy się na spacer po lesie z ciotką Magdą. – Patrz, tu ciągną się okopy. – Z czasów generała Kleeberga? – zapytałam. – Starsze, jeszcze z pierwszej wojny światowej. – Czy Pola tu chodziła? Ale Magda jej nie pamiętała, była berbeciem, kiedy matkę rozstrzelali. Myślę o tych spacerach, o wspólnym przedzieraniu się przez las. Zabierali mnie chętnie, choć wiele przy tym nie mówili. Muszą mi wystarczyć nasze kroki zapamiętane w ciele, gdy tak szłam obok ojca, dziadka czy ciotki Magdy. Pamiętam długie susy ojca, za którymi nauczyłam się nadążać. Przytrzymywał gałęzie, żeby nie strzeliły mi w twarz. Pamiętam drewniany kij odmierzający rytm kroków dziadka i to, jak odsuwał nim z mojej drogi pokrzywy. Pamiętam brązowy kok ciotki Magdy, gdy pochylała się nad niskim krzaczkiem, a potem wysuwała przed siebie dłoń i mówiła: "Jagody. Masz, córcia, jedz".

Instytut Yad Vashem, zdjęcie ilustracyjne (Fot. Andrew Shiva / Wikipedia Commons)

[…]

Szukam wzoru, według którego poznawałam Polę. Najpierw byłyśmy rówieśniczkami, ona przedwojenna panna, ja warszawska nastolatka. Ona studentka, ja licealistka. Pola matka, ja studentka. Jakby się ze mną ścigała. Patrz, jak się spieszę, zdawały się mówić zdjęcia wygrzebywane z zakamarków, wydzierane przeszłości przez mojego ojca, wspomnienia o niej zbierane przez mamę. Próbowałam ułożyć jej życiorys, taki, jaki sama mogłaby napisać. Urodziłam się, uczęszczałam, zdałam, ukończyłam… Ale wszystko się rozsypywało. Nie wiedziałam, czy uczyła się w domu, czy w szkole w Kocku, wyjeżdżała czy tkwiła na miejscu, skąd wziął się pomysł, żeby studiować w Warszawie. Nikt nie potrafił mi nic konkretnego powiedzieć. Daty się Poli nie imały. Przyśniła mi się wtedy. A właściwie nie ona, tylko jej pismo, chociaż nie miałam pojęcia, jakie stawiała litery, wysokie, spiczaste, krągłe, czy lubiła zawijasy. We śnie byłam znów na strychu naszej chałupy, tym, na który kiedyś się wdrapałam mimo zakazu, ignorując obecność gniazda szerszeni pod belką. W tym śnie zamiast cudzych listów znalazłam pamiętniki Poli. Trzy zeszyty zapisane równym pismem, wypełnione jej słowami od pierwszej do ostatniej linijki. Tak się ucieszyłam! I ona też, śmiała się w tym śnie, z ulgą. Uff, uff! – powtarzałyśmy. Nie mam zeszytów Poli. Nie mam jej sukienek ani żadnej po niej pamiątki. Nie wiem, gdzie dokładnie stał jej dom. Tylko las Poli rośnie tam, gdzie dawniej.

 *Publikujemy fragment książki Grażyny Plebanek "Pola. Ukryte życie Apolonii Machczyńskiej-Świątek", która 27 sierpnia 2025 roku ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora. 

Od Wydawcy: Śmierć Apolonii Machczyńskiej-Świątek stała się częścią narodowego mitu. Rozstrzelana przez nazistów za ukrywanie Żydów, opisana w reportażu, w historii przeniesionej na deski teatru o jej życiu miał zdecydować rzekomy wybór ojca: zginie on albo córka. Ale publiczna opowieść o śmierci Poli nie oddaje prawdy. Ani o jej ostatnich godzinach, ani o życiu okrytym rodzinnym milczeniem, będącym wyrwą w przekazie pokoleń. Wnuczka Poli, pisarka Grażyna Plebanek, która o istnieniu babki dowiedziała się dopiero, gdy miała dziesięć lat, próbuje po dekadach zrekonstruować ten tajemniczy życiorys. Poszukiwania niespodziewanie łączą ją z rodziną, którą rozdzieliły wydarzenia z 1943 roku