Stała się więc charakterystyczna. Lekko schrypnięty głos i zadarty nos były jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem Hanki Bielickiej. Wiele lat później w autobiografii "Uśmiech w kapeluszu", napisanej z Marią Sondej, opowiadała: "Gdy założę kapelusz, to myślę, że zmniejsza mi się nos, pogłębia spojrzenie. Jednym słowem jestem przystojniejsza". Kapelusze też będą jej cechą rozpoznawczą.
Gwiazda? Niemal od dziecka
Urodziła się w 1915 roku w Kononówce k. Połtawy, na terenie obecnej Ukrainy, gdzie jej rodzice znaleźli się podczas tzw. bieżeństwa, czyli masowej ewakuacji ludności z zachodnich guberni w głąb Rosji podczas I wojny światowej.
Wszystko szło nie tak: poród zaczął się w trakcie ucieczki, a do tego na świat przyszła dziewczynka, podczas gdy ojciec Romuald marzył o synu, który przedłużyłby linię Bielickich. Jedną córkę, Marię, już miał. Tymczasem Anna, bo takie było właściwe imię Hanki Bielickiej, rozsławiła rodowe nazwisko bardziej, niż mógłby się spodziewać.
Kiedy wybuchła rewolucja bolszewicka, Bieliccy ponownie spakowali dobytek i wrócili do Łomży, skąd pochodzili. Mimo że rodzina nie była bogata, Romuald i Leokadia na pierwszym miejscu stawiali wykształcenie córek. Dziewczynki uczyły się prywatnie francuskiego i angielskiego. Anna niemal od dziecka zapowiadała się na gwiazdę estrady. Niemal, ponieważ do trzeciego roku życia nie mówiła, a rodzice obawiali się, że będzie niemową. Kiedy w końcu przemówiła, buzia już się jej nie zamykała – jak sama zwykła po latach żartować z siebie.
Jako nastolatka śpiewała, recytowała i organizowała przedstawienia. Miała dzięki temu fory w szkole – dyrektor przymykał oko na spacery z chłopcami, choć takie zachowanie nie przystawało panienkom z dobrego domu. W jej przypadku obowiązywała taryfa ulgowa, bo a nuż Hanka wymyśla właśnie nowy spektakl? Talent odziedziczyła po ojcu, który chętnie grał i śpiewał.
"Nie każda kobieta idzie na studia" – pocieszała ją matka, gdy groziło jej niedopuszczenie do matury z powodu dwói z matematyki. Nie chciała tego słuchać. W Warszawie studiowała jej siostra, a ona marzyła o szkole aktorskiej. Udało się. Z matematyki dyspensę dostała od wizytatora, który okazał się byłą sympatią jej babci. Mogła podejść do matury.
Aktorstwo w cieniu totalitaryzmów
Zaczęła studia w wymarzonym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie, kiedy w Niemczech władzę obejmował Hitler. Kończyła je w czerwcu 1939 roku, m.in. z Danutą Szaflarską i Jerzym Duszyńskim, swoim przyszłym mężem. Już w czasie nauki wykładowcy mówili, że Hanka to "aktorka charakterystyczna".
Po studiach Aleksander Zelwerowicz namaścił swoich podopiecznych na aktorów etatowych w Teatrze na Pohulance w Wilnie, największym w mieście. Bielicka miała jednak dylemat – nie była pewna, czy chce się przenieść do Wilna, czy może powinna skorzystać z innej propozycji. Jednocześnie z aktorstwem studiowała romanistykę. Robiła to, żeby uspokoić ojca, który martwił się o przyszłość swojej córki aktorki. Na drugim kierunku szło jej tak dobrze, że po pięciu latach nauki dostała propozycję wyjazdu na stypendium ministerialne do Paryża, gdzie miała badać literaturę francuską. O zbliżającej się wojnie mówiło się coraz głośniej, ale Hanka miała głowę zaprzątniętą zupełnie czymś innym, nie miała czasu na myślenie o wielkiej polityce. Fetowała sukces – została aktorką. I stała przed jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu: Zachód czy Wschód?
Wybrała przyjaciół i Wilno. W przeprowadzce pomagała jej matka. Z Łomży zdołały dojechać do miasta jednym z ostatnich pociągów. Wybuchła II wojna światowa. W 1940 roku Romuald Bielicki za działalność polityczną (w latach 20. był posłem na Sejm z ramienia endecji) został wywieziony w głąb Rosji. Tam zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Wywózki nie uniknęły też babka, matka i Maria. Matka i siostra przeżyją zsyłkę i po latach odnajdą Hankę w Łodzi. To wtedy przyrzekną sobie, że nigdy już się nie rozstaną.
Tymczasem po wrześniu 1939 Wilno żyło w miarę normalnie. Zjechała tam spora część warszawskiej bohemy, na czele z Hanką Ordonówną. Bielicka weszła w nowy etap. Zdecydowała się przyjąć oświadczyny Jerzego Duszyńskiego, z którym przyjaźniła się już od kilku lat. Bezpośrednim powodem była podobno możliwość wynajęcia mieszkania przez grupę aktorów, w którym Hanka i Jerzy mieli zamieszkać w jednym pokoju. Ich przyjaciele od dawna myśleli, że są parą. Pobrali się, chociaż łączyła ich bardziej przyjaźń niż namiętność. Nie był to łatwy związek. Nie marzyła o dzieciach i właściwie nie przeszkadzało jej, że – jak się wkrótce okazało – mąż sypia z innymi kobietami. Tuż po wojnie, gdy Duszyński zrobił upragnioną karierę filmową, bycie żoną amanta oznaczało m.in. odbieranie pogróżek od jego zazdrosnych fanek. Sama niewiele z tego związku miała.
Najważniejsze dla niej było aktorstwo. Przez lata pracy jako aktorka dramatyczna walczyła o swoją pozycję. Dyrektorzy i reżyserzy cenili ją, ale nie obsadzali jej w głównych rolach. Jednocześnie już w latach 40., kiedy Wilno znalazło się na terenach ZSRR, a polskie teatry działały w wypożyczonych salach lub wcale, zasmakowała w brawach publiczności estradowej.
Najpierw Jerzy Sempoliński "wypożyczył" ją z Pohulanki do swojej rewii Miniatura. Później, gdy do Wilna wkroczyli Niemcy, Hanka, podobnie jak wielu innych aktorów, pracowała jako kelnerka. Pozwolono jej też "śpiewać do kotleta". Miała talent do krótkich, lekkich form, ale bardzo chciała udowodnić, że jest coś warta jako "prawdziwa", czyli dramatyczna, aktorka. Już po zakończeniu wojny przyjmowała zaproszenia na gościnne występy w kabaretach, ale grała w teatrach dramatycznych w Białymstoku, Łodzi i wreszcie w Warszawie. Tu, w Teatrze Współczesnym, u samego Erwina Axera. Tyle że mistrz obsadził ją w głównej roli tylko raz. Nie lepiej szła jej kariera filmowa. W pierwszej powojennej produkcji "Zakazane piosenki", w której jej mąż zagrał główną rolę, dostała małą rólkę ulicznej pieśniarki.
W końcu bycie etatową epizodystką ją zmęczyło. Miała 35 lat i chciała coś znaczyć. Przyjęła propozycję poety i satyryka Jerzego Jurandota i przeniosła się do jego komediowego Teatru Syrena. Wtedy jej gwiazda rozbłysła.
Diwa w kapeluszu
Przestała tłumaczyć się wielkim reżyserom, że podpisuje się Hanka, a nie Anna. Na przekór komunistycznej szarzyźnie wybierała wybujałe stylizacje. Jej znakiem rozpoznawczym stały się kapelusze – takie jak przed wojną, im większe, tym lepsze. Sukienki i dodatki dobierała jej serdeczna przyjaciółka Ilona Bystrzycka. Poznały się w SPATiF-ie [Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu – przyp. red.], gdzie ta druga była kierowniczką. Potem tworzyła wykroje dla Mody Polskiej i Telimeny, więc Bielicka miała ułatwione dojścia do najbardziej kolorowych materiałów i ubrań. Mogła nosić czerwone falbany jak Brigitte Bardot.
Słynna chrypa, związana z jej wizerunkiem, była następstwem poważnej choroby gardła. Bielicka zawsze miała niski głos, ale pewnego razu ostra infekcja wyłączyła ją z pracy na długi czas. Gardło uratował jej polecony przez znajomych lekarz leczący ziołami. Na zawsze jednak został z nią "barowy" głos. Idealny do komedii, w dramacie dyskwalifikujący z ról romantycznych heroin.
W Syrenie jej największą konkurentką była Irena Kwiatkowska. Chociaż nigdy się nie pokłóciły, to mimo że przez lata dzieliły garderobę, nigdy nie przeszły na "ty". Do Bielickiej dochodziły plotki, że koleżanka mogła być zakochana w jej mężu, ale nigdy nie znalazła na to potwierdzenia. Zresztą go nie szukała.
Małżeństwa z Duszyńskim i tak nie udało się uratować. W którymś momencie przestała godzić się na ciągłe zdrady i noce rzekomo spędzane na grze w karty. Przeżyli 13 lat bardziej obok siebie niż razem. W dodatku od pewnego czasu to ona była większą gwiazdą i przynosiła do domu pieniądze. Kiedy kino zakochało się w nowym typie aktora – Zbyszku Cybulskim – prezentujący przedwojenną urodę i elegancję Duszyński dostawał coraz mniej ról. Nie tak to sobie wyobrażał niegdysiejszy amant. W końcu Hanka złożyła papiery rozwodowe. Oddani przyjaciele, ale kiepsko dobrani kochankowie, dali sobie wolność.
Obyło się bez dramatów. Jedyną osobą w domu, która ubolewała nad tym rozstaniem, była matka Hanki, która atmosferę domu budowała zawsze wokół mężczyzny. Uwielbiała gotować zięciowi, w czym uzupełniała się z córką, bo Hanka gotować nie znosiła.
Wzloty i upadki komediantki
Po czterdziestce aktorka rozkwitła. Zyskała jeszcze większą popularność za sprawą roli Dziuni Pietrusińskiej w słuchowisku "Podwieczorek przy mikrofonie". Reaktywowany przedwojenny program miał stać się jednym z najdłużej nadawanych seriali w historii Polskiego Radia – pierwszy odcinek wyemitowano w 1958, a ostatni w 1989 roku. Postać Dziuni była w nim obecna przez 25 lat.
Nie tylko z powodu roli, która pasowała do niej jak najlepiej dobrany kapelusz, Hanka zyskała nową moc. Przeżywała romans z żonatym Jerzym Baranowskim, jednym z dwóch twórców "Podwieczorka". I to w momencie, kiedy myślała już, że nieudane małżeństwo to wszystko, co miała do przeżycia, jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie.
Odkąd obrała kierunek komedia, miała pełne ręce roboty. Z Syreny jeździła do Bristolu, gdzie nagrywali "Podwieczorek przy mikrofonie", a stamtąd do kabaretu. Zdawało się, że życie wskoczyło na właściwe tory. Do czasu, gdy dowiedziała się, że jej Jerzy wreszcie się rozwodzi. Dla innej. Nagle skończył jej się świat. Hanka Bielicka, znana wszystkim Polakom jako roześmiana Dziunia, próbowała odebrać sobie życie. Gdy ją odratowano, postanowiła, że kończy z mężczyznami.
Mimo powodzenia w kabaretach nadal nie szło jej przed kamerą. Rozwijający się na nowo w latach 50. przemysł filmowy rozbudzał nadzieje wielu aktorów. Ona po "Zakazanych piosenkach" zagrała jeszcze małą rolę w "Cafe pod Minogą". Z filmowego niebytu wydobył ją dopiero w kolejnej dekadzie Jerzy Hoffman, obsadzając w drugoplanowej roli w "Gangsterach i filantropach" oraz w roli Stolnikowej w "Panu Wołodyjowskim". A potem… nie pojawiła się na dużym ekranie przez kolejnych 40 lat. Radio i estrada wypełniały jej grafik.
Narzekające na swój los kury domowe, plotkujące sąsiadki, śmieszne ciotki – w tym specjalizowała się Bielicka, aktorka charakterystyczna. Wśród tych bohaterek była oczywiście Dziunia Pietrusińska, "wiejsko-miejska paniusia", która wrosła w Hankę tak bardzo, że komiczka zaczęła się do niej upodabniać w prawdziwym życiu. A przynajmniej nie próbowała budować odrębnej persony – wygłaszała monologi w tych samych strojach, w których pojawiała się prywatnie w kawiarniach. Właśnie dlatego, że jej głos kojarzył się Polakom z Dziunią, nie dostała roli w wielkiej produkcji "Chłopi", mimo że reżyser Jan Rybkowski był jej kolegą.
Na estradzie i w studiu nagraniowym była doceniana, pracowała na to profesjonalnym podejściem do obowiązków – zawsze świetnie przygotowana, punktualna. Na próbach stawiała się kwadrans przed czasem, przed spektaklem nawet dwie godziny. W torebce zawsze miała krzyżówkę, którą rozwiązywała w oczekiwaniu na swoje wejście.
Lata 60. przyniosły jej udział w wielkiej przygodzie, która nie przytrafiała się każdemu – w podróży do Stanów Zjednoczonych. Pokochała ten kraj, a "Podwieczorek przy mikrofonie" występował dla amerykańskiej Polonii wiele razy. Kiedyś z powodu choroby morskiej zamiast statkiem wracała do Polski samolotem. Kosztowało ją to całe honorarium, ale dzięki temu przez dwa tygodnie zwiedzała Nowy Jork.
W 1967 roku założyła kabaret Pod Gwiazdami. Był jednym z pierwszych prywatnych klubów w PRL-u, a pozwolenie było dowodem uznania dla popularnych artystów. Zanim zamknęła go cztery lata później, na scenie zadebiutowała m.in. Zdzisława Sośnicka. Kabaret był też miejscem przyjaznym dla społeczności LGBT, co w tamtych czasach było wyjątkowe. Na kawę z kolegami chętnie wpadał tam Andrzej Szwan, dziś znany jako najstarsza polska drag queen Lulla La Polaca (w dragu publicznie zadebiutowała w 2012 roku).
Po latach Hanka Bielicka nieomal wróciła do byłego męża Jerzego Duszyńskiego. A przynajmniej taki miała pomysł. Zawsze się dogadywali, a po swoim romansie łagodniej patrzyła na kwestię wierności. Była gotowa zaproponować mu więc powrót, kiedy dowiedziała się, że "Duszek" żeni się z dużo młodszą kobietą i zostanie ojcem. Temat odbudowania związku został zamknięty.
Po pięćdziesiątce nadal była atrakcyjną kobietą, chętnie flirtowała z kolegami aktorami. Tylko kawiarnie i rauty coraz częściej zastępowała odpoczynkiem w domu – tym chętniej, im więcej jej bliskich odchodziło. W 1978 roku pochowała byłego męża, trzy lata wcześniej przyjaciela Adolfa Dymszę. Przeżyła też śmierć Anny German, z którą występowała za granicą.
Etos pracy emerytki
Kiedy chciała przejść na emeryturę, okazało się, że tuż po wojnie w dokumentach odjęła sobie dziesięć lat, które udało się "odzyskać" dzięki jej elokwencji i sprawnym adwokatom.
Tyle że po sześćdziesiątce dalej musiała pracować, bo jak żartowała w autobiografii, "była rozrzutna i starczało jej tylko na opłacenie mieszkania". Trudno byłoby jej wysiąść z pędzącego pociągu, przestać żyć aktywnie. Ciągle dostawała zaproszenia na występy, próbowała zrobić prawo jazdy. Po pierwszej kraksie zrezygnowała z tego pomysłu i do końca życia po Warszawie jeździła taksówkami.
Przez zmianę ustroju przeszła "suchym obcasem" (zawsze nosiła eleganckie pantofle). Ponownie odnalazła się w kabarecie. Stworzyła sceniczny duet z trzecim Jerzym jej życia, muzykiem Jerzym Filarem, który akompaniował do jej monologów. Wystąpiła też w "Szymon Majewski Show".
Estradzie poświęciła całe życie. Z monologami zjeździła Polskę wzdłuż i wszerz. Bycie wędrowną aktorką traktowała jak misję. Nie wywyższała się, znosiła niewygody domów kultury w najmniejszych miejscowościach, w najtrudniejszych czasach i nikomu nie odmawiała rozmowy. Chyba że nieopierzonej dziennikarce, która wywiad rozpoczynała od pytania: "To ile ma pani właściwie kapeluszy, pani Haniu?". Choć bycie aktorką komediową dało jej sławę i uwielbienie publiczności, to na drzwiach swojego mieszkania powiesiła tabliczkę "Hanna Bielicka – aktorka dramatyczna".
"Tak sobie pomyślałam, że jak ta Polska się odbudowuje, to potrzeba takiej kobity z temperamentem" – powiedziała w krótkim wywiadzie Robertowi Iwanickiemu po występie dla amerykańskiej Polonii w 2000 roku (nagranie dostępne na YouTube). Miała na myśli lata powojenne, ale temperamentu starczyło jej na wiele lat po obaleniu komunizmu.
Po roku 2000 zaliczyła kinowy comeback. Wcieliła się w rolę ciotki głównej bohaterki "Ja wam pokażę", Judyty, w ekranizacji przeboju Katarzyny Grocholi. Ze sceny kabaretu zeszła dopiero, gdy zasłabła, tuż przed śmiercią w 2006 roku.
Na jej pogrzeb na Powązkach przybyły tłumy. "Patrząc na rzeszę smutnych twarzy, aktor i reżyser Ignacy Gogolewski powiedział mocnym głosem: – Jedno ci trzeba przyznać, Haniu: frekwencję miałaś zawsze!".
Źródła:
Katarzyna Droga, Dziunia, ale dama. Powieść o Hance Bielickiej, Kraków 2022.
Maria Sondej, Hanka Bielicka, Uśmiech w kapeluszu, Łódź 2000.
Zbigniew Korpolewski, Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu. Wspomnienia, anegdoty, niepublikowane monologi, Warszawa 2011.
Wiktor Krajewski, Andrzej Szwan, Lulla La Polaca. Żyć to ja potrafię!, Kraków 2024.
Sylwia Gutowska. Dziennikarka i reporterka freelance. Od kilku lat w tematach krążących wokół społeczeństwa i zdrowia psychicznego. Kulturoznawczyni i polonistka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.




