W większości spraw zawsze się zgadzali, Gianni irytował się tylko, kiedy Donatella się spóźniała. Tymczasem nasza firma rozkwitała. Zdobywaliśmy świat. Wszystko szło świetnie. A czasem zaskakiwało. Na przykład w drugiej kolekcji męskiej Gianni zastosował dużo pastelowych kolorów. Nic nie powiedziałem, ponieważ nigdy nie ingerowałem w jego twórcze wybory. Dyrektorka handlowa Anne Marie Paltsou była przerażona. Jaki mężczyzna kupiłby żółte czy jasnoniebieskie garnitury? A jednak Gianni miał rację. Zadziałało. Zarabialiśmy dobrze, ale nie myśleliśmy o pieniądzach, po prostu pojawiły się wraz z wielkim sukcesem. *
Naciskałem na sprzedawców, by dawali z siebie wszystko, uczyłem, jak negocjować. W krótkim czasie z tej małej początkowo grupy pięciu osób dział sprzedaży znacznie się powiększył. W pewnym momencie Anne Marie zarządzała prawie pięćdziesięcioma osobami. Coraz częściej odbieraliśmy takie telefony: "Tu Barbra Streisand, czy mogę rozmawiać z Giannim Versace?". Ornella Vanoni prawie należała do rodziny. W jednym roku Elton John kupił całą kolekcję swetrów. Nawiązaliśmy kontakty z inwestorami z całego świata, w tym zarządcami majątkiem niedawno obalonego szacha Iranu.
Szczególnym zainteresowaniem cieszyła się kolekcja koszul z głowami starożytnych bogów, która tak dobrze się sprzedawała, że gdy przedstawiciele handlowi pojawiali się w biurze, musieliśmy ukrywać próbki w szufladach, ponieważ nasze moce produkcyjne nie mogłyby zaspokoić wszystkich potrzeb. Zdarzało nam się wychodzić na kolację z różnymi gośćmi i klientami. Jadaliśmy w Bice i Alfio, Langhe, Baretto i często w Torchietto, restauracji należącej do moich byłych teściów. Staraliśmy się unikać miejsc, gdzie moglibyśmy natrafić na konkurencję, ponieważ bycie częścią zespołu Versace oznaczało swego rodzaju misję.
Gianni bardzo dbał o wizerunek: zwracał uwagę na każdy szczegół ubioru pracowników, zwłaszcza tych, którzy spotykali się z klientami. Strofował ich i doradzał. Opowiadając o tamtym okresie, należy wspomnieć o naszej rywalizacji z Armanim.
To doskonały materiał publicystyczny w kraju, który uwielbia derby, nie tylko te sportowe: AC Milan vs. Inter, Coppi vs. Bartali, Mediolan vs. Rzym i oczywiście Armani vs. Versace. Mówiło się, że Armani ubierał żony, a Versace kochanki. Albo bardziej dosadnie, że Armani jest dla "cnotek", a Versace dla "ladacznic". Nasza przyjaciółka i klientka Lalla Spagnol powiedziała, że kostiumy Giorgia dodały jej dziesięć lat, a Gianniego je odjęły.
Kobieta w kreacjach Versace bezczelnie wystawiała się na pokaz, a kobieta Armaniego dyskretnie się ukrywała. Folklor dziennikarski, niepozbawiony prawdy, chociaż podlany odrobiną złośliwości. Ja najbardziej sobie cenię odpowiedź Armaniego na pytanie, czego zazdrości Gianniemu Versace: "Jego brata Santo". Dla mnie to był medal za dobrze wykonaną pracę, która leżała w zakresie moich kompetencji. Oczywiście, nie dokonałbym tego wszystkiego sam. Miałem niesamowitych współpracowników. Wymienię kilku, bo na to zasłużyli. Oprócz wspomnianej Anne Marie Paltsou wspomnę o Daniele Ballestrazzim, który pracował ze mną w latach 1992–2007 i który dziś jest zastępcą dyrektora generalnego w Giorgio Armani. Istotny wkład wniosła również Wanda Galtrucco, kobieta słynąca z elegancji, klasy i inteligencji, przedstawicielka klasycznej mediolańskiej burżuazji, która pomogła nam dopasować się do bardziej tradycyjnej społeczności Mediolanu.
Miasto szybko nas pokochało i natychmiast poznało się na geniuszu Gianniego. Jednocześnie ważną pracę wykonywała Emanuela Schmeidler, szefowa biura prasowego i relacji zewnętrznych. Zaczynała u nas jako recepcjonistka, a zrobiła niezwykłą karierę. Emanuela pisała o firmie w jej złotych czasach, ale była też przy nas w najmroczniejszych chwilach. Towarzyszyła mnie i Donatelli w drodze do Miami, dokąd zszokowani i zrozpaczeni wyruszyliśmy po otrzymaniu wiadomości o zabójstwie Gianniego.
Firma Versace wyprzedzała swoje czasy i stworzyła wiele miejsc pracy dla kobiet. W dziale sprzedaży krajowej i zagranicznej oprócz Anny Marie pracowały: Giuliana Leonardi, Rosa Battistini, Valeria Giuriola i Federica Mentasti. Annamaria Caputo odpowiadała za cały Daleki Wschód, a Patrizia Cucco za organizację naszych pokazów. Do tego dochodzą szwaczki w atelier. I wysoki odsetek gejów (dziewięćdziesiąt procent) wśród pracowników płci męskiej. Byliśmy inkluzywni, zanim to pojęcie powstało.
Niektórzy spędzili całe swoje życie zawodowe w Versace, a wielu zostało również po śmierci 100 Santo Versace Gianniego. Naszym byłym współpracownikiem jest na przykład niezwykły Angelo Azzena, który pojawił się w firmie w 1976 roku i przeszedł na emeryturę w 2016. Pracował z nami czterdzieści lat, opiekując się modelkami na pokazach mody i często na planie kampanii promocyjnych, najpierw u boku Gianniego, a potem Donatelli. Albo Franco Lussana, absolwent literatury i pedagogiki, były nauczyciel w szkole podstawowej i średniej, potem prawa ręka mojego brata, jedna z ostatnich osób, do której Gianni zadzwonił z Miami tego cholernego 15 lipca.
Codziennie rozmawiałem z Giannim o wszystkim, czym się zajmowaliśmy. Od czasu do czasu koncertowo się kłóciliśmy, z najróżniejszych powodów, i nie odzywaliśmy się do siebie przez kilka dni. Potem godziliśmy się, zwykle bez zbędnych wyjaśnień. Nasze relacje były bardzo naturalne. Kiedyś Gianni bardzo się wkurzył i naskoczył na mnie, bo pojechałem do Bejrutu obejrzeć kilka sklepów, mimo że w Libanie wrzało. Był rok 1983, niedawno doszło do masakry w Sabrze i Szatili, a wkrótce potem miał nastąpić atak terrorystyczny na amerykańską ambasadę. – Jesteś stuknięty, stuknięty, żeby pchać się w środek takiego bajzlu. – W ten sposób okazywał mi czułość.
Przeczytałem kiedyś historię braci Adolfa i Rudolfa Dasslerów, którzy zaczęli produkować odzież sportową w latach dwudziestych, a potem się pokłócili i zostali zaciekłymi wrogami. Adolf założył Adidasa, a Rudolf Pumę. Nam się to nie mogło przytrafić, ponieważ nie wchodziliśmy sobie w drogę, uzupełnialiśmy się. Założyłem, że jestem spoiwem rodziny i takim trochę panem Wolfem z Pulp Fiction, odpowiedzialnym za rozwiązywanie problemów. Zawsze zajmowałem się naszymi nieruchomościami: kupnem, sprzedażą, negocjacjami. Jednym z najbardziej ryzykownych projektów był budynek przy via Gesù 12, wcześniej stanowiący własność rodziny Rizzoli, a od pewnego momentu centrum świata Versace.
Via Gesù swoją religijną nazwę zawdzięcza klasztorowi sióstr franciszkanek z przyległym kościółkiem Santa Maria del Gesù, wzniesionym w miejscu, gdzie zakonnice z namaszczeniem uprawiały zioła i przyprawy. W 1782 roku powstały tam rezydencje szlacheckiej mediolańskiej rodziny Lattuadas. Dom pod numerem 12 to okres późnego neoklasycyzmu. Jest tam mały ogród w głębi dziedzińca. Ten piękny budynek o bogatej historii miał i mieć będzie wartość symboliczną z wielu powodów. Na drzwiach znajduje się płaskorzeźba Meduzy. Była tam przed nami. Jak wiadomo, Meduza stanowi teraz nasze logo. – Kiedy ludzie będą oglądać stroje Versace, skamienieją przerażeni, jakby patrzyli w oczy Meduzy – powiedział kiedyś półżartem Gianni.
Spośród wszystkich domów, które kupiłem dla siebie i dla firmy, via Gesù zajmuje szczególne miejsce. Ta nieruchomość liczy 4281 metrów kwadratowych, dodatkowo dziedziniec (600 m2 ) i ogród (900 m2 ). Nabywaliśmy ją etapami przez kilka lat. Wielu się nią interesowało i jestem dumny, że udało mi się ją zdobyć. Ta posiadłość była dla Gianniego sercem Mediolanu. Dom, gdzie się żyło, pracowało, kochało. Przychodzono tu na oficjalne spotkania, ale także na wspólne oglądanie transmisji z festiwalu w San Remo w gronie najbliższych przyjaciół. Pierwsze 1400 metrów kwadratowych kupiłem w 1981 roku, a cały proces zakończył się w 1986 roku.
Silvia Giacomoni z dziennika "La Repubblica" tak opowiedziała tę historię: Świat się zmienia, koło fortuny się kręci, symbole bogactwa i władzy przechodzą z rąk do rąk, a Gianni Versace kupił posiadłość należącą niegdyś do rodziny Rizzoli, przy via Gesù 12. Melancholijny kalabryjski projektant z dumą przejął rezydencję od mediolańskiego wydawcy i producenta filmowego, Angela Rizzolego, który w 1946 odkupił zniszczoną bombami posiadłość od Giannina Bonomiego i ukształtował ją na swój obraz i podobieństwo. Kto wie, może ten karierowicz Angelo przewraca się teraz w grobie […]? Wczoraj do osiemnastej rodzina Versace zabobonnie unikała robienia planów renowacji dziewiętnastowiecznego budynku, która podniesie jego rangę.
O tej godzinie w biurze biegłego rewidenta Alda Giarrizza, wyznaczonego przez sąd na kuratora spadku po Andrei Rizzolim**, miała się odbyć licytacja, na którą we wtorek wpłacono wadium w wysokości jednej trzeciej ceny wywoławczej – sześciu miliardów. Ofertę należałoby przebić o 50 milionów. Ale do licytacji nie doszło; nie trzeba było przebijać. W biurze Giarrizza pojawił się tylko przedstawiciel rodziny Versace. Valentinowie, Trussardi i inne znamienite rodziny, które rzekomo chciały wziąć udział w licytacji, porzuciły ten zamiar, wszyscy z tego samego powodu. Zatem Giacomoni stwierdziła między wierszami, że my, nowobogaccy, przejęliśmy symboliczne dla rodzimych mediolańczyków miejsce i że nie możemy dzielić go z naszą konkurencją.
Następnie w artykule wyjaśniała: "Nabywając budynek w dwóch transzach, rodzina Versace zrobiła świetny interes, oszczędzając około siedmiu miliardów". Zarówno mnie, jak i Gianniemu bardzo zależało na tej rezydencji. Byłbym gotów licytować do dziewiętnastu miliardów lirów, o czym poinformowałem brata. – O ile nie pogrążysz Versace, licytuj, ile chcesz – odparł. Ufał mi.
*Publikujemy fragmenty książki Santo Versace „ Fratelli. Prawdziwa włoska rodzina", wydawnictwa Znak Koncept. Data premiery – 27.03.2024.
**Syn Angela Rizzolego.
