Biografie
Budynek należący do Kościoła scjentologicznego w Los Angeles (fot. Shutterstock)
Budynek należący do Kościoła scjentologicznego w Los Angeles (fot. Shutterstock)

W 2006 roku minęło 20 lat od śmierci Hubbarda. Wiedziałem, że Miscavige [David Miscavige, lider Kościoła scjentologicznego - przyp.red.] naprawdę obawia się tego, iż założyciel scjentologii powróci i upomni się o swoją pozycję. Komandor był jedyną osobą, która mogła pozbawić pana M. tego, co uznał już za swoje prywatne imperium. Ja sam nie byłem tego pewien. To znaczy: miałem nadzieję, że tak będzie, bo wierzyłem, że Komandor ukróciłby szaleństwo, którego dopuszczał się COB [Chairman of the Board, prezes zarządu, jak nazywał siebie David Miscavige - przyp.red.]– ale nie poświęcałem zbyt wiele czasu na zastanawianie się, kiedy to się stanie.*

Wyzwania związane z materiałami w mediach i lęk przed reinkarnacją Hubbarda sprawiły, że Miscavige zachowywał się w sposób coraz bardziej zdesperowany, paranoiczny i nieprzewidywalny. Wszędzie wokół widział wrogów, każdego podejrzewał o usiłowanie niszczenia jego reputacji i wszystkich osiągnięć. Oczywiście celem prób wyeliminowania potencjalnych zagrożeń byli przede wszystkim ci, którzy znajdowali się najbliżej niego.

Jednym z takich działań było przywrócenie "wyrzucania za burtę", wzorowanego na ceremoniach prowadzonych przez Hubbarda na pokładzie Apolla [prom o nazwie Royal Scotsman, który dostał imię Apollo, ale często bywał nazywany po prostu okrętem flagowym, ponieważ był mieszkaniem i siedzibą Hubbarda, został kupiony przez niego w 1967 r. - przyp.red.]. Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Komandor organizował niesławne wydarzenia, w czasie których ludziom związywano ręce i zrzucano ich z pokładu do wody, aby w ten sposób pokutowali za swoje rzekome grzechy i "wynurzali się z głębin jako lepsi ludzie". Kiedy pan M. wskrzesił tę praktykę, za pierwszym razem zebrał wszystkich w Głównym Zarządzie Międzynarodowym godzinę po północy i poprowadził ich do dużego basenu, zarezerwowanego dla niego i jego gości w pobliżu biur RTC po północnej stronie posiadłości w Gilman [RTC, Religious Technology Center, Centrum Technologii Religijnej - organizacja na szczycie scjentologicznej hierarchii, kierowana przez Davida Miscavige’a - przyp.red.]. Każdemu z nas po kolei kazano przejść po trampolinie, wskoczyć do basenu w pełnym ubraniu i "oddać swoje grzechy głębinom". To był teatr absurdu. COB i jego stała banda sługusów z RTC patrzyli, jak około 100 osób wynurza się z basenu jak mokre szczury, trzęsąc się w przemoczonych ubraniach i czekając na następny rozkaz. Później powtarzało się to regularnie: co kilka tygodni "pływaliśmy" w ubraniach, choć od następnego razu "głębiny" nie znajdowały się już w basenie, ale w mulistym jeziorze na tyłach posiadłości – ponieważ basen został uznany za zbyt czysty dla "zdrajców i nierobów".

Potem było już tylko gorzej.

Hubbart w 1950 r. (fot. Domena publiczna) , David Miscavige (fot. Wikipedia Commons / CC BY-SA 2.0 / Scientology Media)

Któregoś dnia na moim biurku zadzwonił telefon: "Masz się natychmiast zgłosić do biura COB". Biuro Miscavige’a mieściło się już wtedy w nowym budynku RTC o powierzchni ponad 4 tysięcy metrów kwadratowych, oddanym do użytku w 2004 roku. Była to duża, elegancko urządzona budowla, stojąca na wzgórzu ponad całą posiadłością, tuż pod rezydencją przygotowaną dla Hubbarda.

Wspinałem się na wzgórze, a razem ze mną robiło to jeszcze pięć osób, które zapewne odebrały taki sam telefon. Nikt z nas nie chciał być ostatni, nikt nie chciał, aby COB musiał na niego czekać. Zebraliśmy się w holu, tam gdzie zawsze czekaliśmy, zanim wpuszczono nas na wyłożone marmurami i drewnem salony na pierwszym piętrze, do biura pana M. z ogromnym, zrobionym na zamówienie kuloodpornym biurkiem i takimiż oknami. Tym razem jednak nie zabrano nas na górę: jedna z sekretarek zaprosiła nas do małej salki konferencyjnej bez okien, w tylnej części budynku – i kazała czekać. Myśleliśmy, że weźmiemy udział w jakimś spotkaniu z Miscavige’em. Zamiast tego poinformowano nas, że będziemy siedzieć w tej salce, aż wyznamy nasze zbrodnie. Przed drzwiami ustawiono strażnika, który miał nas pilnować i w razie potrzeby eskortować do łazienki. Nikt nie miał pojęcia, o jakie zbrodnie chodzi. Siedzieliśmy tak godzinami, zastanawiając się nad naszą sytuacją. Z czasem dołączały do nas kolejne osoby. W ciągu 24 godzin zebrało się tam już ponad tuzin osób i przestaliśmy się mieścić w małej salce konferencyjnej, więc przeniesiono nas do większej sali na piętrze. Wciąż pojawiali się nowi uczestnicy tego przedstawienia. Wręczono nam papier i długopisy i kazano nam zapisać swoje O/W. Wszyscy posłusznie wykonaliśmy polecenie, choć z początku nie miałem pojęcia, co mam pisać. Takie rzeczy kazano nam robić tak często, że wszyscy mieliśmy problem z wymyślaniem nowych "przewinień" – po raz kolejny pisałem więc o tych samych wykroczeniach, dodając nieco ozdobników, żeby brzmiały inaczej niż dotąd. Najczęściej wymieniało się "intencje" albo "myśli", bo te najłatwiej było stworzyć. "Miałem złe intencje w stosunku do COB i nie chciałem się przed nim przyznać, że nie obchodziło mnie, czy wydarzenie będzie dobrze przyjęte, dlatego zasnąłem w czasie pisania mojego przemówienia".

Osoby zgromadzone w sali niemal się nie odzywały. Nikt nie chciał w żaden sposób zwracać na siebie uwagi. Kazano nam pisać – więc pisaliśmy. Cały dzień. Później zostaliśmy odeskortowani do "sypialni" w południowej części posiadłości, gdzie spaliśmy pod strażą. Rano przyprowadzono nas z powrotem – i wszystko zaczęło się od nowa. Jedzenie podawano nam na prowizorycznych stołach na zewnątrz. Po kilku dniach Miscavige uznał, że ma dość szkodników w swoim pięknym biurowcu, więc przeniesiono nas kilkaset metrów dalej, do budynku CMO Int, który przecież tak dobrze znałem [CMO International, Organizacja Posłańców Komandora: wewnętrzna organizacja posłańców, autonomiczna wobec innych członków Sea Org, z własną hierarchią - przyp.red.].

W ten sposób narodziło się coś, co pan M. nazwał Dziurą. Kazał wyrzeźbić drewniany szyld o wymiarach około 120 na 60 centymetrów i wywiesić go na zewnątrz budynku, aby widział go każdy, kto tamtędy przechodził. Trzy z czterech zewnętrznych par drzwi wejściowych zostały zakratowane, a okna przykręcone tak, aby można je było otworzyć tylko na kilka centymetrów – żeby nikt nie mógł się przez nie przecisnąć i uciec. Przy jedynym wejściu przez całą dobę stała straż. Nie wolno nam było opuszczać budynku w żadnym celu i zabroniono nam kontaktu ze światem zewnętrznym.

W Dziurze było nas około czterdziestki. Budynek, w którym kiedyś mieściło się moje biuro, był teraz naszym więzieniem – choć może celniejszym porównaniem byłoby nazwanie go obozem jenieckim. W więzieniu wiesz, jaki wyrok dostałeś i kiedy wyjdziesz; w obozie jenieckim nie ma ustalonej daty wyjścia i często prowadzi się pranie mózgu. Mieliśmy pozostać w Dziurze tak długo, aż udowodnimy Miscavige’owi, że nie będziemy więcej sabotować jego pracy. Jedyną metodą osiągnięcia tego celu było "przyznanie się": wyznanie naszych potwornych zbrodni przeciwko scjentologii, Hubbardowi i – przede wszystkim – samemu panu M. Zgodnie z filozofią scjentologii to właśnie te domniemane wykroczenia były przyczyną naszych rzekomych niepowodzeń.

Symbol Kościoła scjentologicznego na budynku w Clearwater na Florydzie (fot. Shutterstock)

(…)

Miscavige obwieścił, że aby wyjść z Dziury, trzeba nie tylko samemu się przyznać, ale także "wziąć odpowiedzialność" za oczyszczanie się innych. To oczywiście sprawiło, że wszyscy zaczęli zwracać się przeciwko sobie. Już po jakichś sześciu tygodniach zaczęliśmy gromadzić się przy stole w sali konferencyjnej i oskarżać się nawzajem o popełnianie różnych grzechów, aby wymusić od siebie przyznanie się do winy. Im więcej miało się na koncie takich wymuszonych wyznań, tym bardziej "stało się po stronie COB".

Po części było to nawiązanie do techniki opracowanej przez Hubbarda jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, zwanej Procedurą Morderstwa (Murder Routine): jeśli ktoś nie umiał wymyślić jakichś możliwych do przyjęcia wykroczeń, sposobem na skłonienie go do mówienia było oskarżenie go o popełnienie jeszcze gorszych przestępstw. Teoria głosi, że bycie oskarżonym o morderstwo ułatwia komuś przyznanie się do popełnienia mniej rażącego przestępstwa: "Nie, nie zamordowałem żony, ja tylko ją zdradzałem!" (to przykład podany przez samego Hubbarda). Wyznania uzyskane tą metodą były oczywiście bardzo mało wiarygodne.

Te codzienne sesje spowiedzi – pan M. nazywał je seansami – zwykle zaczynały się od oskarżenia kogoś o to, że nie przyznał się do winy i ukrywa swoje występki. Jeśli oskarżony nie udzielił satysfakcjonującej odpowiedzi, kazano mu wstać i więcej osób wymagało od niego uległości. Jeśli i to nic nie dawało, mogło dojść do policzkowania, krzyków, gróźb pobicia. Wynikało to z jednego z ulubionych wersów z listy zasad Hubbarda, głoszącego, że jeśli ktoś zboczy ze ścieżki, inni mogą "podbić mu oko". Czasami – w miarę upływu kolejnych dni i tygodni coraz częściej – taki seans przeradzał się w rękoczyny, a nawet w tortury.

Wszyscy zapamiętali sytuację, kiedy do Dziury trafiła była szefowa Bazy Flagowej, Debbie Cook. Miscavige próbował nakłonić ją do powiedzenia, że wysoko stojący w hierarchii scjentologicznej Guillaume Lesevre i Marc Yager "przyznali się" do "obciągania sobie nawzajem".

Pan M. często wypowiadał się w sposób niezwykle wulgarny, pełen seksualnych odniesień; regularnie oskarżał ludzi o angażowanie się w różne akty seksualne, które opisywał niezwykle szczegółowo i obrazowo. Nie wiem, czy skłonność do takich wypowiedzi dawała mu rodzaj dziwnej satysfakcji, czy był to sposób na poniżanie ludzi, aby upewnić się, że rozumieją, kto tu jest szefem, czy chciał wywołać reakcję szoku i przerażenia – a może liczyły się wszystkie te motywy. Wiele tych ataków i obelg miało charakter jednoznacznie homofobiczny – zgodnie z podstawowymi naukami Hubbarda, który twierdził, że homoseksualistów można wyleczyć poprzez audyt albo "po cichu i bez żalu" usuwać ich ze społeczeństwa.

Lesevre i Yager – najwyżsi rangą przedstawiciele CSI – byli ulubionymi celami ataków Miscavige’a. Debbie Cook odmówiła potwierdzenia, że ci dwaj robili to, co sugerował pan M. – bo też nigdy do niczego takiego się nie przyznali. W efekcie została przez niego oskarżona o kłamstwo przed salą pełną ludzi. Kiedy zaprzeczyła, COB powiedział pozostałym:

– Nie mam czasu na wysłuchiwanie jej kłamstw, lepiej, żebyście zmusili ją do przyznania się do winy.

Zobacz wideo Britmann: To, że o czymś nie rozmawiamy, nie oznacza, że tego nie ma

Debbie nie pracowała na stałe w Bazie – choć w niej bywała – więc nie znała typowych sposobów na przetrwanie w świecie przypominającym ten z Alicji w Krainie Czarów; popełniła błąd, gdy zaprzeczyła twierdzeniom tych, którzy mówili, że Lesevre i Yager przyznali się do winy. W oczach reszty osadzonych w Dziurze to była prawdziwa zbrodnia.

Ponieważ Cook nie zgodziła się z twierdzeniem Miscavige’a, najwyraźniej sama musiała popełnić podobne wykroczenie – ohydną zbrodnię bycia lesbijką. Ta logika także wynikała z nauk Hubbarda: jeśli uważasz, że czyjeś złe działania są rozsądne lub uzasadnione, to dlatego, że masz na sumieniu podobne przewinienia. W rezultacie Debbie – skądinąd szczęśliwa mężatka (jej mąż został w Clearwater, gdy ją przywieziono do Bazy) – została zmuszona do stania godzinami w koszu na śmieci z zawieszoną na szyi tabliczką z napisem LESBIJKA, podczas gdy pozostali obrzucali ją obelgami i wylewali jej wodę na głowę.

Podobne scenariusze rozgrywały się wielokrotnie, z każdym z nas w roli głównej. Ludzie stawiani w takiej sytuacji, w jakiej znajdowała się Debbie, po prostu przyznawali się do wszystkiego, o co byli oskarżani, żeby tylko mieć to już za sobą. Niektórzy stawiali opór lub próbowali się tłumaczyć. W takich okolicznościach często mówiliśmy Miscavige’owi po jego powrocie, że wycisnęliśmy z nich przyznanie się do winy – nawet jeśli tak nie było. Mówiliśmy to, co on chciał usłyszeć.

Tymczasem do Dziury trafiało coraz więcej ludzi – pan M. wysyłał tu każdego, kto nie postępował zgodnie z jego wolą. Nikomu nie udawało się wyjść. W końcu znalazł się tam prawie cały personel Głównego Zarządu Międzynarodowego, a także część ludzi z Los Angeles, z CST i innych miejsc. W szczytowym momencie było to ponad 140 osób – raz nawet zrobiłem listę. Nowi, którzy trafiali do Dziury, byli jak kurczaki wrzucane do stawu pełnego aligatorów: ci, którzy byli tu wcześniej, wręcz walczyli o to, kto będzie mógł atakować nowo przybyłych. Kiedy siedziało się 16 godzin dziennie, całymi tygodniami, usiłując spisać swoje "przewinienia", możliwość skupienia przez chwilę uwagi na kimś innym była prawdziwą ulgą. Werwa, z jaką skakaliśmy sobie do oczu, była wręcz niezwykła. Nie oznaczało to oczywiście, że ci z nas, którzy byli w Dziurze od dłuższego czasu, byli bezpieczni; jeśli tylko powiedzieli lub zrobili coś, co zwróciło uwagę innych – albo Miscavige’a – także natychmiast stawali się celem ataków. Z czasem, kiedy Dziura zaczęła przypominać rzeczywistość rodem z Władcy much, a nasze zachowania były już niemal sadystyczne, pod presją gróźb i przemocy fizycznej ludzie przyznawali się do czynów coraz potworniejszych (i coraz bardziej nieprawdziwych). W każdym wymuszonym przyznaniu się do winy prawdziwość takiego wyznania jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu przymusu, który mu towarzyszy. Każdy z osadzonych w Dziurze przyznał się do całej litanii rzekomych wykroczeń; niektóre z nich rzeczywiście miały miejsce, wszystkie były mocno podkoloryzowane, ale zdecydowana większość wynikała wyłącznie z przekonania, że przyznanie się zakończy wreszcie ten koszmar.

Do dziś, gdy ci, którzy przeszli przez Dziurę, mówią o nadużyciach, których tam doświadczyli i których byli świadkami, scjentologia wykorzystuje te wymuszone "wyznania", aby zdyskredytować prawdziwość tego, co mówimy. Jest to obrzydliwy element scjentologicznych kampanii Fair Game, mających na celu zniszczenie wrogów. Oczywiście kiedy ludzie widzą odręcznie napisane "zeznania", a nie mają pojęcia o okolicznościach, w jakich zostały one spisane, nie widzą powodów, aby im nie wierzyć. Pisemne oświadczenia, w których wszyscy przyznajemy się do kłamstw, nieuczciwości, zamiaru zniszczenia scjentologii, niepowodzeń w pracy i tak dalej, mają świadczyć o tym, że jesteśmy nędznymi kłamcami, a nasze opowieści o nadużyciach są fałszywe.

Ból, jakiego doświadczaliśmy w Dziurze, nie ograniczał się do sfery psychicznej. Poza ciągłym niedostatkiem snu i jedzenia – co samo w sobie wyniszcza fizycznie i psychicznie – mieliśmy nieustannie poczucie zagrożenia zwykłą fizyczną przemocą. Policzkowanie, bicie i kopanie były typowymi karami za nieposłuszeństwo, wymierzanymi przez pensjonariuszy Dziury sobie nawzajem. Często zresztą sprawy szły jeszcze dalej. Jedną z kar było czołganie się wokół stołu konferencyjnego na rękach i kolanach. Brzmi to dość niewinnie, ale podłoga nie była wyłożona miękkimi dywanami, tylko szorstką, przemysłową wykładziną, przeznaczoną do intensywnego użytkowania. Po godzinie otarcia na kolanach i dłoniach były już bardzo bolesne – a kiedy karę powtarzano kolejnego dnia, zanim zdążyły powstać strupy, ból był nie do zniesienia. Do dziś mam po tych "ćwiczeniach" blizny na kolanach.

Inną techniką było posadzenie kogoś pod otwartym nawiewem klimatyzacji, podczas gdy pozostałe nawiewy w pomieszczeniu były zamknięte. Zimne powietrze owiewało daną osobę, a ktoś inny polewał jej głowę wodą. Widziałem ludzi trzęsących się z zimna w niekontrolowany sposób, z sinymi ustami, na granicy hipotermii. Po kilku miesiącach zaprzestano tej metody tortur, ponieważ Miscavige uznał używanie klimatyzacji za stratę pieniędzy i luksus, na który mieszkańcy Dziury nie zasługiwali.

 *Fragmenty książki "Spowiedź scjentologa. Były lider sekty przerywa milczenie" Mike'a Rindera, tłumaczenie: Jan Halbersztat. Autopromocja: książka do kupienia w formie elektronicznej w Publio >>>