Biografie
Franciszek Pieczka w 2013 rok (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)
Franciszek Pieczka w 2013 rok (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Czy Franciszek Pieczka mógł pomyśleć, że pod koniec kariery zagra w serialu, którego popularność niemal dorówna kultowym Pancernym? I to znowu rolę komediową, a takich ma na swoim koncie niezbyt wiele. Serial Ranczo jeszcze raz potwierdza zasadę, że w aktorstwie czas płynie inaczej i jeśli jest się dobrym oraz pozostaje się sprawnym fizycznie i psychicznie, można pracować bardzo długo.* 

Pieczka dostaje rolę Stacha Japycza – wiejskiego filozofa, który siedzi z trójką kompanów na ławeczce, pije mamrota i wygłasza życiowe mądrości. Urodził się w Wilkowyjach, ale z nich wyjechał. Ma trudne relacje z bratem, czyli Leonem Niemczykiem. Japycze pokłócili się, a obaj mają silne charaktery i są uparci. 

Pieczka dołącza do obsady w trudnym momencie. Wiadomo, że Leon Niemczyk ciężko choruje. Na planie czuwa nad nim przez cały czas lekarz. Franciszek Pieczka godzi się wejść "na zastępstwo" z błogosławieństwem Niemczyka. Grają razem w kilku odcinkach, potem Leon Niemczyk umiera. Ale właśnie dzięki tej drugoplanowej roli Pieczkę pokocha młodsza publiczność. Będą go kojarzyć nie z Gustlikiem, ale ze starszym, upartym i niezwykle mądrym panem z Wilkowyj. 

Emisja pierwszego odcinka odbywa się 5 marca 2006 roku. Serial jest pokazywany do 2009 roku i potem między 2011 a 2016. W sumie powstanie dziesięć sezonów i sto trzydzieści odcinków. I jeszcze film fabularny Ranczo Wilkowyje. Kontynuacja jest na wyraźne życzenie widzów, bo Telewizja Polska, producent serialu, chce zakończyć tę historię po czwartej serii. Premierowy odcinek szóstego sezonu gromadzi przed telewizorami ponad siedem milionów widzów! 

Co ich tak przyciąga? Na pewno scenariusz autorstwa Roberta Bruttera i Jerzego Niemczuka, w którym Polacy mogą się przejrzeć jak w krzywym zwierciadle. Bo Ranczo to coś znacznie więcej niż miłosne perypetie Amerykanki Lucy (Ilona Ostrowska), która osiada w podlaskich Wilkowyjach, i Kusego (Paweł Królikowski). To portret nas samych i zmieniającej się przez dziesięć lat Polski. To wreszcie wspaniałe kreacje aktorskie – i te duże role, jak Pawła Królikowskiego, Ilony Ostrowskiej, Cezarego Żaka (proboszcz i wójt), Artura Barcisia (Czerepacha), i te drugoplanowe są świetnie zagrane. 

Do wsi Jeruzal, która gra Wilkowyje, ciągną tłumy, żeby w sklepie u Krysi kupić wino marki Mamrot, usiąść na słynnej ławeczce i poczuć się jak w prawdziwych Wilkowyjach. Wśród wielbicieli Rancza jest Daniel Olbrychski, który o postaci Pieczki opowiada tak: 

– Jedną z najpiękniejszych ról już niemal sędziwego Franka jest rola w ukochanym przeze mnie i żonę serialu Ranczo. Uważam to za jedną z lepszych opowieści o Polsce, którą bym porównywał, przepraszam, może tu kogoś zadziwię, do Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Bo czymś takim w kulturze, w zobaczeniu Polski, najdrobniejszych jej objawach, i śmiesznych, i poważnych, i patetycznych, i wzruszających, i najbardziej głębokich, i najbardziej przyziemnych, jest dla mnie ten serial. O którym z westchnieniem ulgi wiemy, że gdy tylko kończy się nadawanie sto trzydziestego odcinka, następnego dnia będzie powtórka od pierwszego na jakimś kanale. Jak to Franio pięknie w Ranczu powiedział. "Co czytasz – pyta go Michałowa, czyli żona grana przez Martę Lipińską. – Znowu «Trylogię»?". Odpowiada: "Bo wiesz, w moim wieku, kiedy kończę ostatnią kartkę, to już niedobrze pamiętam, co było na początku". Podobny stosunek mamy z żoną do Rancza. Przy każdej powtórce odkrywamy nowe wspaniałości fantastycznie napisanego scenariusza, reżyserii i bardzo często znakomitych ról. 

Franciszek Pieczka godzi się wejść 'na zastępstwo' z błogosławieństwem Niemczyka. Grają razem w kilku odcinkach, potem Leon Niemczyk umiera (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

Trudno powiedzieć, że to była życiowa rola Franka, ale jest w roli Stacha nadzwyczajny. On gra, prawie nic nie grając. Mówi tekst świetnie dla niego napisany. Zauważam każde drgnienie jego brwi, mlaśnięcie, mruknięcie, sposób chodzenia, no i słuchanie. Z wybitnych aktorów mało który potrafi tak słuchać partnera jak on. Widać, że tekst partnera przechodzi przez niego całego, i tylko jesteśmy ciekawi, jak na to zareaguje: jak chrząknie, zmruży oko, jak machnie ręką. Miał to szczęście, że w wieku bardzo poważnym dostał rolę równoległą do własnych lat i potrafił o człowieku, o pewnym środowisku, ale zarazem o Polsce opowiedzieć przez swoje aktorstwo i osobowość. Bo to jest nierozerwalnie z nim związane. Nie widać, że on gra. Nie wiadomo też, jakich środków używa, ale za każdym razem to jest nadzwyczajnie trafi one. 

Rola Stacha Japycza wiąże się z Michałową, czyli Martą Lipińską. I choć aktorka znana jest z ról eterycznych piękności, nie miałaproblemu z tym, żeby dla postaci gospodyni księdza nałożyć chustkę na głowę i dać się oszpecić. 

Na planie Rancza spędziliście państwo kawał życia. Kiedy zaczynaliście w 2005 roku, Polska była inna. Czy zmieniliście się, grając w tym serialu?  

Jak najbardziej, ale głównie zmieniał się nasz kraj. Świetnie to wymyślił scenarzysta, on wszystko widział i wyczuwał. Robert Brutter to był niesłychanie utalentowany facet. Przez wiele lat pracował w Sejmie, więc politykę znał bardzo dokładnie od drugiej strony. Nie wymyślał specjalnie, nie fantazjował, tylko rozumiał pewne mechanizmy i umiał je przewidzieć. Poza tym każdy człowiek dojrzewa – tylko głupek zupełny tego nie robi. Dzięki temu inaczej widzimy świat, inaczej się zachowujemy. Myślę, że na przykład moja postać zmieniała się w widoczny sposób. Stawała się coraz bardziej świadoma wszystkiego. Może mniej krzykliwa i kłótliwa, choć zawsze się awanturowała w słusznej sprawie, walczyła nawet z biskupami. Świetna rola. Nie wiedziałam, że do tego stopnia nadal lubią ją widzowie. Bo przecież starałam się zagrać ostrą osobę, która nie jest łagodną trusią. Moja Michałowa to jest fest baba.

A jak to się stało, że duet pani i pana Franciszka tak wybrzmiał? 

Po prostu życie wkroczyło, zmarł Leon Niemczyk. Trzeba było coś wymyślić. Scenarzysta Rancza wpadł na pomysł, że bohater Franka przyjeżdża do brata, z którym przez lata nie utrzymywał kontaktów. Skłóceni byli. Zjawia się i postanawia osiąść na starość w Wilkowyjach. No i tak się zaczął nasz wątek. Raz i drugi się spotkali. Ona mu wpadła w oko, ale też zobaczyła, że to jest kawał fajnego chłopa, tylko musi się wyzbyć jednego z nałogów. Piękne są napisane nasze sceny tego jednak romansu. Najpierw stają się sobie bliżsi przy zbieraniu grzybków, potem dzięki rybkom złowionym, w końcu jakieś wycieczki do lasu. No coś cudownego. Mieliśmy tam co grać. 

I tak przez dziesięć lat? 

Dzień w Ranczu wyglądał tak, że samochód, który zabierał nas na zdjęcia, zajeżdżał po mnie, a potem jechaliśmy pod dom Franka w Falenicy. Czekałam, Franio przychodził, wpuszczałam go na przednie siedzenie. Mówił: "Nie", jak to dżentelmen. Na to ja: "Siądź z przodu". "Nie, nie, ty masz takie długie nogi, musisz jechać na przednim siedzeniu". Troszkę się przekomarzaliśmy, bawiliśmy tym, a potem jechaliśmy spokojnie do Wilkowyj, czyli Jeruzala. Byłam tam na odciśnięciu swojej dłoni w alei gwiazd serialu, nie poznałabym tego miasteczka, tak się zmieniło. Ile wycieczek, a ilu wielbicieli. Boże słodki, co się tam dzieje teraz, jak kwitnie handel. Nie tylko słynnym mamrotem. Z tej miłości do człowieka ściskają go prawie na śmierć. 

Wieś Jeruzal (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl) , Franciszek Pieczka w 2007 roku (Fot. Adam Kozak / Agencja Wyborcza.pl)

A co robiliście państwo w czasie podróży na plan? 

Godzinna jazda samochodem to była sama rozkosz. Bo myśmy o wszystkim mogli rozmawiać. Wtedy widziałam, jaki Franio ma bystry umysł, a przecież swoje lata już miał. I poglądy takie, które mi się podobały, wobec tego mogliśmy się wymieniać spostrzeżeniami. Jaki on był au courant tego, co się dzieje na świecie! Śledził wszystko, wiedział, więc politykowaliśmy sobie. On był wiernym czytelnikiem "Gazety Wyborczej", zawsze omawialiśmy to i owo. Jest głęboko wierzący, ale wzburzał się na Kościół, że to niesamowite… pewne sprawy nie podobały mu się. I mnie też. 

Obejrzałam finał trzeciego sezonu i oświadczyny Stacha w lesie. Zagraliście państwo subtelnie, bez jednej fałszywej nuty. A przecież grając miłość starszych ludzi, łatwo popaść w patos czy śmieszność. 

To się cieszę, że się pani podobało, bo ja podobnie odbierałam nasz duet. Ale myśmy też mieli fajne porozumienie z reżyserem Wojciechem Adamczykiem. Akceptował nasze granie, mało się wtrącał, a myśmy trafiali w jego oczekiwania. Inna sprawa, że zawsze byliśmy gotowi do ujęcia. Jesteśmy zawodowcami. Ja bym się wstydziła przyjechać nienaumiana tekstu, że tak powiem. Kiedy już dojeżdżaliśmy na plan, czasem zaglądałam do scenariusza, a Franio już miał wszystko w głowie. Nauczył się w domu. On traktował swoją pracę bardzo serio. Fajny… Mało jest takich. I jeszcze jest bardzo lojalny. 

A co to znaczy w pani zawodzie? 

To znaczy na przykład, że nie rzuca się do przodu, przed kogoś, zwłaszcza w aktorstwie to jest ważne. Gramy wspólnie dla dobra sceny, a nie żebym tylko ja zaistniał. Znam kolegów, którzy przed kamerą myślą tylko o sobie. A Franiowi zawsze zależało, żeby wszystko dobrze wypadło. 

Siedzi na ławeczce i jest jak filozof – wszystkich puentuje. 

Tak, a jego Stach to bardzo prosty człowiek. Szanują go. Zwracają się do niego po radę i w kłopotach. Choć jest trochę z boku i nikomu się nie narzuca. 

Pieczka też taki był! 

Zawsze po skończonych zdjęciach do nowego sezonu spotykaliśmy się na bankiecie. Zdjęcia odbywały się najczęściej latem, żebyśmy my wszyscy, czyli duża obsada serialu, mieli wolne w teatrach i byli dostępni. Musieliśmy spory kawałek urlopu poświęcić, i tak przez dziesięć lat. Bankiety były organizowane w jakiejś knajpie w Warszawie. Fajnie było popatrzeć, jak wszyscy odpicowani przychodzą, dziewczynki w pięknych fryzurach, wystrojone, umalowane. I nigdy nie było pana Frania. Może kiedyś był bardziej zabawowy, nie wiadomo. 

'Franiowi zawsze zależało, żeby wszystko dobrze wypadło' (Fot. Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)

A dostała pani od niego jakiś prezent, zrobił pani niespodziankę? 

Nie, to ja mu zrobiłam. Proszę sobie wyobrazić, że w jakichś rupieciach znalazłam płytkę z przedstawieniem Kowal, pieniądze i gwiazdy na podstawie sztuki Jerzego Szaniawskiego. I tam on bardzo ładną rolę grał. Reżyserował mój mąż dla Teatru Telewizji. Mąż to przegrał i ja mu pewnego dnia zaniosłam. Jedyne, co powiedział po tym, jak obejrzał, bo wziął płytkę do domu: "Powinni puścić spektakl w telewizji, to świetne jest". No ale nie mamy na to wpływu. To jedyny prezencik, który ja mu zrobiłam. Podziękował i już. 

A, jeszcze raz spotkaliśmy się przed Kowalem… Franio mi przypomniał kiedyś. Wystąpiliśmy w sztuczce niedużej według Sztaudyngera, Wygnańcy raju. Ja grałam rolę Ewy i byłam prawie goła, on grał diabła. Miałam na sobie kombinezonik z pończochy i tylko na sutki były przyczepione stokrotki, nic pod spodem. Na owe czasy to była sensacja. Jeszcze nie byliśmy razem z Englertem, ale on był okropnie o to przedstawienie zazdrosny. Kiedyś przyszedł do telewizji załatwiać swoje sprawy, wszedł do studia, gdzie monitor zawsze wisiał, przed którym nagle tłok się zrobił. A tam jego miłość prawie goła występowała. Wszyscy mężczyźni się patrzą, to było takie sexy i odważne… Ale on był naprawdę zły. Nigdy potem tego spektaklu nie zobaczyłam. Nie wiem, co się z nim stało. 

Franio napomknął kiedyś o roli Ewy. Ale słówkiem tylko, pod wąsem się uśmiechnął, czy pamiętam. Mówię: "Pamiętam, Franiu". On mnie kusił w raju, a ja byłam rozebrana. Spektakl się pewnie zmarnował, bo taśmy filmowe nie wytrzymują tak długo. 

*Fragment książki "Ty pieronie! Biografia Franciszka Pieczki"