Biografie
Zofia Czerwińska w 2010 roku (fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)
Zofia Czerwińska w 2010 roku (fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)

Największą rolą Zofii Czerwińskiej u Stanisława Barei jest oczywiście Balcerkowa z serialu "Alternatywy 4" (1983). Sama Czerwińska, w wywiadzie przeprowadzonym przez Mariusza Kurca i Krzysztofa Tomasika dla dwumiesięcznika "Replika", mówiła: "U mnie trochę szwankuje poczucie własnej wartości, ja naprawdę nie rozumiem, że mnie ludzie tak pamiętają… Jestem z tego powodu szczęśliwa, tylko zdziwiona. Balcerkowa najbardziej popularna jest wśród młodych. Pytają, jak to jest zagrać w kultowym filmie. A bo ja wiem? Przecież jak się gra, to się nie wie, że będzie kultowy".*

Czerwińska nawiązała współpracę z Bareją na początku lat 70., pierwszy raz pojawiła się u niego w filmie "Poszukiwany, poszukiwana" (1973). Rozpoczynający swoją "karierę" gosposi Marysi Stanisław Rochowicz (Wojciech Pokora) negocjuje warunki zatrudnienia ze swoimi pierwszymi chlebodawcami, państwem Karpielami (Maria Chwalibóg i Wiesław Gołas). Uzyskuje całkiem przyzwoite warunki (pięćset złotych miesięcznie, utrzymanie i mieszkanie) oraz zakres obowiązków: gotowanie, sprzątanie, pranie i opiekowanie się Sonią, czyli niezbyt przyjaźnie nastawioną do świata potężną suczką, która "bardzo lubi kobiety", co Rochowicza nie nastawia zbyt optymistycznie. Gdy Karpielowie wychodzą na chwilę, by się naradzić, bohater zamierza uciekać, ale zostaje powstrzymany. Karpielowie postanawiają zatrudnić "Marysię". Gdy wypytują przyszłą służącą, gdzie wcześniej pracowała, drzwi mieszkania nagle otwierają się i wchodzi przez nie grana przez Zofię Czerwińską kobieta – odziana w ekstrawaganckie fiolety i szary sweterek. "Aaaa, więc to jest ten skarb" – stwierdza ironicznie na widok Rochowicza. "Zdecydowaliście się wreszcie" – dodaje i żwawym krokiem rusza w kierunku drzwi jednego z pokoi. Nie zadowala się jednak dotychczas wysączonym jadem, bo w drzwiach odwraca się jeszcze i dodaje: "Najlepiej to to nie wygląda, moje gratulacje, wychodne pewnie będzie mieć w nocy" – i ze śmiechem znika za drzwiami.

Zobacz wideo



Gdy Rochowicz informuje chwilę potem Karpielów, że z powodu utraty dokumentów nie będzie się mogła zameldować, zdenerwowany Karpiel, przekonany, że przyszłej gosposi zależy na meldunku, chce natychmiast zerwać świeżo zawartą umowę. Prowadzi Rochowicza do drzwi pokoju, za którymi zniknęła lokatorka, i mówi ze złością: "Proszę pani, ta pani… pięć lat temu przyjęliśmy ją do pracy. Zameldowała się w ciągu miesiąca. A potem rzuciła pracę. Ale mieszkania nie rzuciła! Cały czas jest z nami. Wyprowadzilim się na Kruczą – była z nami. Na Wilczą – była z nami. Teraz jest – z nami!". W tym momencie otwierają się drzwi i sprytna była gosposia rzuca: "A kupcie mi mieszkanie, to was wyswobodzę" – i zatrzaskuje za sobą drzwi, zanim Karpiel zdąży ją dopaść w bezsilnej złości. Gospodarz po chwili odchodzi, mrucząc pod nosem: "Ja ją kiedyś zamorduję".

Pierwszy dzień zdjęciowy serialu 'Dylematu 5', kontynuacji 'Alternatywy 4' (fot. Wojciech Surdziel / Agencja Wyborcza.pl)

Bareja i współautor scenariusza, Jacek Fedorowicz, drwią w tej scenie, rzecz jasna, z absurdalnych peerelowskich przepisów mieszkaniowych. Są one w "Poszukiwanym, poszukiwanej" jedynie wątkiem pobocznym, bo zasadniczy przedmiot drwin to fakt, że pomoc domowa zarabia więcej niż dyplomowany historyk sztuki. Wątek idiotyzmów meldunkowych Bareja i Fedorowicz rozwiną dopiero w swoim następnym (i zarazem ostatnim) wspólnym filmie – "Nie ma róży bez ognia" z 1974 roku, w którym główną rolę męską zagra sam Fedorowicz. Na marginesie – to właśnie on, a także Janusz Gajos byli konkurentami Wojciecha Pokory do roli "Marysi". Ostatecznie Gajos okazał się mieć zbyt męską sylwetkę, by wiarygodnie wyglądać w damskim kostiumie, zaś Fedorowicz pytany później, czy nie żałuje, że nie zagrał tej roli, odrzekł: "Po bardzo starannym upiększaniu i ukobiecaniu twarzy moja Marysia wyglądała na starą, kobietę lekkich obyczajów. Ja bym na pewno żałował, gdybyśmy […] w jakimś geście samobójczym, czy w wyniku chwilowego zaćmienia umysłu, zdecydowali, że jednak ja to zagram".

"Dziką sublokatorkę" Karpielów spotykamy raz jeszcze, gdy Rochowicz rozmawia z mieszkania chlebodawców ze swoją żoną (Jolanta Bohdal). Czerwińska, znów odziana w fiolety, wychodzi ze swojego pokoju. "Słyszałam jakieś głosy, kto u was jest?" – pyta "Marysię". Gdy Rochowicz zaprzecza, lokatorka upiera się: "No słyszałam przecież, ktoś jest". Gdy zaś pan Karpiel postanawia w nocy udać się do pokoju "Marysi" w celu przeżycia erotycznej przygody z gosposią, postać grana przez Czerwińską wygląda zza drzwi swojego pokoju, bo słyszy hałasy. To już ostatnie spotkanie z byłą gosposią, a obecnie sublokatorką państwa Karpielów. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności wyjdzie bowiem na jaw, że "Marysia" jest mężczyzną, i wtedy erotycznych apetytów nabierze (i po części nawet je zaspokoi) pani Karpielowa. Rochowicz uzna, że tego już za wiele, i przeniesie się do państwa Góreckich (Krystyna Borowicz i Witold Kałuski) i ich nieznośnego synalka (Filip Łobodziński).

Do kolejnej współpracy Czerwińskiej z Bareją doszło na planie "Bruneta wieczorową porą" (1976). Wystąpiła tu w epizodzie pani Joli, z którą łączy się omyłkowo Michał Roman (Krzysztof Kowalewski), gdy dzwoni do Kazika (Wiesław Gołas), aby po wizycie "Cyganki" zapytać go, czy to możliwe, by dało się komuś przepowiedzieć przyszłość. "Halo, słucham?" – zaczyna słodkim głosem Czerwińska.

"Halo, Kazik?" – pyta Kowalewski. "Nie, nie Kazik. Jola" – gniewnie odpowiada Czerwińska. "Przepraszam, pomyłka". "No to po co pan dzwonił?". "To po co pani podnosi słuchawkę?". "Bo zadzwonił telefon!" – tak oto dialogują między sobą Czerwińska i Kowalewski.

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2013 roku (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)

Wreszcie przyszedł czas na dwie najbardziej znane role Czerwińskiej w filmach Stanisława Barei: Irenę, kandydatkę na Irenę Ochódzką (poszukiwaną przez Ryszarda Ochódzkiego po to, by na jej dokumenty podjąć z londyńskiego konta tak pożądane pieniądze), oraz Balcerkową w serialu "Alternatywy 4". Ujęcia z roznegliżowaną Czerwińską to jedne z najsłynniejszych fotosów z "Misia" (1980), a sama Czerwińska w kilku wywiadach swoją rolę w tym filmie określiła dosadnym mianem "rzucania cycami po ekranie". Podobnie znany jest jej tekst "A Irusia będzie teraz całować oczka Misia--Rysia. Prawe oczko Misia-Rysia i lewe oooo…" – tu słowo "oczko" przerywa dzwonek do drzwi. "Ja pójdę. Chyba mam prawo?" – mówi Irusia-Czerwińska, czując się już narzeczoną Ochódzkiego. Gdy zaś okazuje się chwilę później, że Ochódzki swoje plany matrymonialne wobec "Irusi" określa jako żart, puentuje ona swoje amory z prezesem klubu "Tęcza" siarczystym spoliczkowaniem go, na tyle mocnym, że Ochódzki pada na plecy.

Równie znane jak "całowanie oczek Misia-Rysia" są słowa granej przez Czerwińską Balcerkowej z "Alternatywy 4", wyrażające tragedię przeprowadzki z Targówka na nowo wybudowany Ursynów: "Proszę pana, jak ktoś całe życie mieszkał w mieście, to się za Chiny do wiochy nie przyzwyczai".(…) Wspominając pracę nad tą postacią, wielokrotnie przypisywała większe zasługi właśnie ekranowemu partnerowi niż reżyserowi. Ale i o Barei mówiła ciepło i serdecznie. W wywiadzie dla "Gazety Telewizyjnej" z 2001 roku wspominała:

"Miał zabawną przywarę. Gdy się go pytało: «Stasiu, jak ta scena wypadła?», to on, mówiąc «Może być», krzywił się. A to był jego tik. Był reżyserem pomysłowym i bezkonfliktowym. Zdawałoby się – dobroduszny, a stawiał na swoim. Dla niego zrobiłabym wszystko".

Pisanie o Zofii Czerwińskiej jako o aktorce jest i łatwe, i trudne. Łatwe – ponieważ wystąpiła ona w kilkuset rolach teatralnych, filmowych i telewizyjnych, z których wiele pozostało w pamięci widzów. Aktorka debiutowała na ekranie jako barmanka Lola w "Pokoleniu" (1954) Andrzeja Wajdy. Cztery lata później znów wystąpiła u Wajdy, w "Popiele i diamencie" (także jako barmanka, choć tym razem nie Lola, lecz Lili). Kolejną Lolę – tym razem telefonistkę – zagrała w "Eroice" (1957) Andrzeja Munka. Nawet jeśli były to wszystko role epizodyczne, to trudno wyobrazić sobie ciekawszy początek kariery filmowej. W latach 60. regularnie pojawiała się na trzecim i czwartym planie, grała bufetowe, kelnerki, kasjerki, sąsiadki głównych bohaterów… W latach 70. i 80. zagrała swoje legendarne, omówione powyżej role w filmach Barei, ale pojawiała się także w wielu innych kultowych filmach i serialach komediowych, by wspomnieć tu choćby "Rejs" (1970) Piwowskiego (…), "Nie lubię poniedziałku" (1971) Tadeusza Chmielewskiego czy serial Jerzego Gruzy "Czterdziestolatek" (1974 – 1977). Wreszcie, pod koniec kariery, weszła na stałe do obsady niezwykle popularnego sitcomu "Świat według Kiepskich" (2010 – 2019), w którym wcielała się w niejaką Malinowską – sprzedawczynię w sklepie monopolowym.

W latach 60. regularnie pojawiała się na trzecim i czwartym planie, grała bufetowe, kelnerki, kasjerki, sąsiadki głównych bohaterów. (fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Wyborcza.pl)

Biografowi sprzyja też fakt, że aktorka w wywiadach bardzo szczerze mówiła zarówno o swoim życiu, jak i aktorstwie. Nie kryła się także ze swymi poglądami na rzeczywistość społeczną i polityczną. Jednak pisanie o Czerwińskiej bywa też trudne – gdyż mimo niewątpliwych zawodowych osiągnięć jeszcze bardziej niż jako aktorka dała się zapamiętać jako osobowość. Postać. Niebanalny człowiek.

(…)

Spróbujmy najpierw uporządkować fakty. Zofia Czerwińska urodziła się w Poznaniu 19 marca 1933 roku. Była córką znanego lekarza Mariana Czerwińskiego i Anny Czerwińskiej z domu Krakus. Jak wspominała Zofia – był to tak zwany "dobry dom", a ona sama jako dziewczynka miała najpierw nianię, a potem guwernantkę, która często prowadziła ją do kina. Pytana przez Igę Nyc w rozmowie dla miesięcznika "Pani", czy to właśnie te wizyty w kinie stały za wyborem zawodu aktorskiego, odpowiedziała: "Tak, ale nie tylko. Tatuś, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Poznaniu, był lekarzem tamtejszych gwiazd opery i baletu. Rodzice bywali na wszystkich premierach, kochali teatr. Były też trzy szalone siostry mojej mamy, które uciekły z domu do baletu Feliksa Parnella, najpopularniejszego zespołu baletowego w Europie".

Atmosfera rodzinnego domu obudziła w Czerwińskiej nie tylko miłość do sztuki scenicznej, ale i do zwierząt. W tej samej rozmowie aktorka wspominała, że pierwszego psa – spanielkę – dostała od ojca, gdy miała zaledwie półtora roku. "Od tej pory zawsze towarzyszył mi zapach psiej sierści" – twierdziła. Czerwińscy jeszcze przed wybuchem wojny przeprowadzili się do Warszawy. W 1942 roku doktor Czerwiński przyniósł do domu nietypowego lokatora: "Usłyszałam dzwonek do drzwi, otworzyłam, a tam stał tatuś z zakrwawionym rannym wilczurem na rękach. Asystowałam mu, kiedy zszywał rany. Następnego dnia przeczytaliśmy w niemieckiej gadzinówce, że zaginął gestapowski pies, tresowany, by łapać Żydów, za znalezienie oferowano wielką nagrodę. Dla nas było oczywiste, że Niemcom go nie oddamy" – mówiła Czerwińska.

Przyszła aktorka miała jedenaście lat, gdy wybuchło powstanie warszawskie, i wskutek zbiegu okoliczności znalazła się sama w ogarniętym walkami mieście. Pierwszego sierpnia była akurat z mamą i Irem (bo takie imię otrzymał uratowany wilczur) w podwarszawskim Józefowie, a doktor Czerwiński był w tym czasie w Sochaczewie, wezwany pilnie do pacjenta. Tyle tylko, że Zosia miała tego dnia po południu lekcję gry na pianinie, więc matka puściła ją do Warszawy tylko w towarzystwie Ira, bo wiedziała, że pies nie pozwoli zrobić dziewczynce krzywdy. Rodzicom jedenastoletniej Zosi nie udało się już powrócić do ogarniętego walkami miasta, a ona sama ukrywała się wraz z sąsiadami w piwnicy, jednak mimo niebezpieczeństwa regularnie wyprowadzała psa na spacer. Tragiczny dzień nadszedł 21 sierpnia. "Mieszkałam na rogu Piusa i Mokotowskiej i akurat tego dnia był atak na Małą PAST-ę, przy ulicy Piusa, dzisiaj Pięknej. W pewnym momencie pies mnie przewrócił i zakrył sobą. Dostał kulę albo dwie przeznaczone dla mnie. Gestapowski pies uratował mnie, bo do tego był szkolony" – opowiadała Czerwińska Olimpii Wolf w wywiadzie dla "Wysokich  Obcasów".

Znieruchomiał, a ja słyszałam, jak przestaje bić jego psie serce. Przez chwilę skamlał cichutko, a potem zapadła cisza. Tego dnia osiwiałam. Kiedy po upadku powstania z Pruszkowa uratował mnie ojciec, a potem zobaczyła mnie mama, powiedziała: "Dziecko, jakie ty masz zakurzone włosy!". A one były po prostu białe. Powstanie to był koniec mojego dzieciństwa. Straciłam Ira, mojego przyjaciela, omal sama nie zginęłam, dwie osoby w naszej piwnicy umarły, jedną wywleczono siłą i zastrzelono. Miałam jedenaście lat i stałam się dojrzałym człowiekiem.

Te wydarzenia na zawsze ukształtowały stosunek Czerwińskiej do zwierząt. W wywiadzie, którego udzieliła w 2011 roku "Gazecie Sołeckiej", w czasie, gdy trwały akurat dyskusje na temat zaostrzenia kar dla oprawców zwierząt, wypowiedziała się na ten temat z aż nietypową dla siebie brutalnością:

Jeśli chodzi o kary za znęcanie się nad zwierzętami, to jestem nieprzejednana. Zwierzę jest bezbronne, więc jeśli człowieczeństwo zawiedzie, to sprawca powinien być bezwarunkowo karany. Tymczasem orzeka się "małą szkodliwość społeczną czynu". To jest skandal i hańba wymiaru sprawiedliwości. Taki bydlak powinien być bezwzględnie pozbawiony wolności, a w celi to już zostanie odpowiednio potraktowany, bo tam współwięźniowie bardzo źle się obchodzą z dzieciobójcami i takimi zwyrodnialcami. I na takie właśnie potraktowanie drania liczę.

 * Fragmenty książki "Mój mąż jest z zawodu dyrektorem. Czyli jak u Barei 2" Rafała Dajbora