Biografie
Anna Kiełbasińska podczas Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce, Doha 2019 (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)
Anna Kiełbasińska podczas Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce, Doha 2019 (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Gwiazda. Kiedyś unikałam tego słowa, ponieważ w naszym środowisku kojarzy się głównie z "sodówką". Z wiekiem nieco zmieniłam zdanie. Każdy z nas, sportowców, wychodząc na arenę, aby walczyć, chce się pokazać z jak najlepszej strony. Każdy chce błyszczeć i każdy ma w sobie pierwiastek gwiazdy. Na moim dystansie bezdyskusyjnie gwiazdą jest Justyna Święty-Ersetic. Słowo "gwiazda" ma tu zdecydowanie pozytywne znaczenie i jest synonimem sukcesu. Justyna nigdy nie dała mi odczuć, że jestem gorsza, przeciwnie. Jesteśmy sobie równe. To świadczy o wielkości sportowca. W życiu nie widziałam osoby tak ciężko pracującej i jednocześnie potrafiącej tak dobrze wykorzystać swoje umiejętności na bieżni. To tytan pracy o niesamowitej wytrzymałości. Z tym trzeba się urodzić.*

Jeśli chodzi o mnie w szkole średniej, to owszem, miałam wyniki, zostałam wicemistrzynią Europy na 200 metrów, ale traktowałam to normalnie, jako rodzaj pewnej aktywności i tyle. Długo nie zaznałam popularności. Kiedy zaczęłam biegać 200 metrów regularnie na wysokim poziomie i zostałam któryś raz mistrzynią Polski, zauważyłam, że jestem rozpoznawalna wśród młodzieży trenującej lekkoatletykę. Nie wiem, czy szeptali o mnie, kiedy się zbliżałam, ale na pewno czułam na sobie ich spojrzenia. Początkowo bardzo mnie to zaskakiwało, ale to miłe uczucie. Odkąd biegam w sztafecie, zdarza się, że ktoś pozna mnie na ulicy czy w sklepie i się odezwie, ale to sporadyczne sytuacje. Nie sposób się przyzwyczaić.

Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce, Berlin 2018 (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

(…)

Czterysta metrów to morderczy dystans

Trzy minuty po przekroczeniu mety wszystko cię zaczyna boleć. Naprawdę. Czujesz się tak źle, że rozglądasz się za karetką, zastanawiając się, czy wezwać pomoc. Nie potrafisz do końca trafnie określić swojego stanu, nie wiesz, czy jest jeszcze okej, czy jest daleko od okej. I nie wiesz, czy masz siedzieć, czy leżeć. Wiesz tylko, że nie masz siły stać. W końcu się kładziesz na bok i czujesz, że coś cię boli. Zmieniasz pozycję – kłuje gdzie indziej. Jak leżysz za długo, zaczyna ci się kręcić w głowie, a potem w głowie pojawia się ból. Boli też brzuch.

Czujesz skurcze mięśni. Kobiety – skurcze macicy. Twoje ciało krzyczy, bo wykonało ekstremalny wysiłek. Zalał je kwas mlekowy. U mnie jego wyrzut następuje po czterech–sześciu minutach po zakończeniu biegu. Aby złapać równowagę i wrócić do żywych, potrzebuję pół godziny. Najpierw jednak staram się przetrwać. Leżę, bo na nic nie mam siły. I trochę jęczę.

Wy nas widzicie, jak wpadamy na metę. Jeszcze chwilę rozdajemy uśmiechy, machamy, potrafimy się nawet cieszyć. Nie jestem tak zaprawiona w boju jak pozostałe dziewczyny ze sztafety. One mają siłę stać na bieżni, okrywając się polską flagą, a ja gdzieś tam z tyłu pochylona z trudem trzymam się na nogach. Ale gdy znikamy wam z oczu, chowając się w pomieszczeniach dla zawodników, to nagle uderza nas fala kwasu mlekowego. Na dużych, mistrzowskich imprezach, gdy dochodzą emocje, tę falę można jeszcze opóźnić, ale zatrzymać się jej nie da.

Wy nas widzicie, jak wpadamy na metę. Jeszcze chwilę rozdajemy uśmiechy, machamy, potrafimy się nawet cieszyć (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Potem wszystkie idziemy do tak zwanej zony i tam większość umiera. To nawet śmieszny obrazek, gdy na międzynarodowych zawodach wszyscy jednoczymy się w tym stanie. Dookoła słychać jęki. Sportowcy z wielu krajów leżą i jęczą. Człowiek ma w dupie, czy tam, gdzie się położył, jest mokro czy zimno – liczy się tylko to, czy można wyżej ułożyć nogi. Umieramy, słysząc stękanie z każdej strony. To jest hardcorowy dystans. Każdy się go boi. Czytałam kiedyś wywiad z Shaunae Miller-Uibo [mistrzynią olimpijską na 400 metrów z Rio – przyp.aut.], w którym przyznała, że go nienawidzi. Pod jej słowami pewnie podpisałby się każdy czterystumetrowiec, bo organizm w naturalny sposób broni się przed tak ekstremalnym wysiłkiem.

Po biegu satysfakcja jest ogromna. Sama często tego doświadczam. Ulga i wyrzut endorfin, świadomość, że mam to już za sobą, że przez to przeszłam, że się odważyłam i od tej pory mogę robić same przyjemne rzeczy. Często, gdy boję się przed startem, powtarzam sobie: "Ania, daj spokój, przeżyłaś to ileś tam razy i zawsze po tym wszystko toczy się normalnie". Tak, kiedy pomyślę sobie w ten sposób, jest mi raźniej i łatwiej.

(…)

Choroba i ja

Nawet jak wpiszesz w Google nazwisko Kiełbasińska, pierwsze wyniki dotyczą choroby. Zdawałam sobie sprawę, że tak będzie, i to jedyna rzecz, której żałuję w całym coming oucie. Moje osiągnięcia, sukcesy, a nawet zainteresowania czy hobby są nieważne, jestem tylko ja i choroba. Mogłam się tego spodziewać. Przecież właśnie tak funkcjonują i świat, i społeczeństwo. Wszystko bazuje na sensacji. Tego chcą dziennikarze i często mnie wkurzają, gdy rozpoczynają rozmowę nieprzygotowani i zadają w kółko te same pytania. A ja naprawdę nie chcę wałkować wciąż swojego problemu, trudno jest do niego wracać przy każdej okazji. Chociaż mówienie o tym, jak sobie poradziłam, sprawia, że jest mi raźniej, lepiej i łatwiej. Oswoiłam się.

Chorobę mam w sobie od zawsze. Przez długi czas byłam zbyt mała, żeby zorientować się, że coś jest nie tak. Pierwsze objawy zauważono, gdy miałam pięć lat. W tym wieku dziecko nie zna jeszcze poczucia wstydu, więc i ja nie przejmowałam się, że w jednym miejscu nie mam włosów. Biegałam, bawiłam się, działałam całkowicie nieświadoma swojej choroby. Lekarze zapisali mi wcierkę wzmacniającą włosy, zatrzymującą ich wypadanie i pobudzającą je do wzrostu. Aplikowała mi ją mama.

Chorobę mam w sobie od zawsze. Przez długi czas byłam zbyt mała, żeby zorientować się, że coś jest nie tak (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Łykałam też cynk. To były jedyne niedogodności. Choroba wracała, raz mniej, raz bardziej intensywnie, i znowu się wyciszała, a włosy odrastały. Wtedy problem przestawał dla mnie istnieć.

Nawroty były uzależnione od poziomu stresu oraz spadku odporności. Nie towarzyszyło im złe fizyczne samopoczucie czy osłabienie. Nigdy nie wiedziałam, kiedy choroba zaatakuje. Teraz jestem znacznie mądrzejsza, mam doświadczenie i mniej więcej potrafię przewidzieć, kiedy się pojawi. Jeśli na przykład ciężko trenuję, nie wysypiam się, źle się odżywiam, stresuję, nie dbam o relaks i psychiczny wypoczynek, kumuluję w sobie emocje, zamiast dać im upust, to mogę się spodziewać, że po dwóch, trzech miesiącach takiego życia włosy zaczną wypadać.

Wcześniej było to dla mnie zagadką. W szkole podstawowej czy średniej nie przyznawałam się do choroby. Ukrywałam ją. O wszystkim wiedziała tylko rodzina. Małe ogniska, niewielkie łyse plamki można było zresztą z powodzeniem zamaskować. Nigdy w tej kwestii się nie otworzyłam. Może byłam za młoda, za mało dojrzała?

Nie czułam potrzeby mówienia o tym, przede wszystkim jednak, przebywając w towarzystwie rówieśników, widziałam ich reakcje na odmieńców. Szydera i podśmiewanie się były na porządku dziennym. Jak w takiej sytuacji się ujawnić? W tym wieku szukasz raczej akceptacji w grupie, nie chcesz odstawać i się wyróżniać. Nikt mnie palcami nie wytykał i nigdy nie usłyszałam niczego przykrego, ale czułam na sobie spojrzenia. Ludzie mi się przyglądali i to było chyba najgorsze. Wściekałam się bardzo i na wielu osobach się zawiodłam. Na szczęście otaczali mnie również dobrzy ludzie, z którymi łączyły mnie dobre, głębokie i prawdziwe relacje. Na nich zawsze mogłam liczyć i dzięki nim nie czułam się wykluczona.

Przełom nastąpił w 2016 roku wraz z początkiem sezonu halowego. Zaczęłam się spóźniać na treningi – pół godziny, a czasem nawet godzinę. Wcześniej stałam przed lustrem i trzymając w dłoni drugie lusterko, układałam włosy, starając się zasłonić ubytki. Ale było już tak źle, że kiedy zasłaniałam jedną łysą część, to odsłaniałam drugą. Z bezsilności płakałam. Chciałam uciec, ukryć się i wszystko przeczekać. Niech choroba odejdzie, wyciszy się, a wtedy wrócę i będę mogła dalej udawać, że wszystko jest okej. Całkiem poważnie rozważałam przerwę w karierze. Uprawiam przecież dynamiczny sport, przy którym trudno ukryć to, co ukryć chciałam. Wyobrażałam sobie, że ludzie wszystko zobaczą, ponieważ wychwyci to kamera lub fotoreporter zrobi nieodpowiednie zdjęcie. A potem zobaczę siebie w internecie. Koszmar. Przeżywałam to już wcześniej i nie chciałam powtórki.

I jeszcze jedno. Nie chciałam tłumaczyć się każdemu z osobna i tysiąc razy mówić tego samego, tym bardziej że sporo mnie to jeszcze wtedy kosztowało.

XIX Grand Prix Sopotu im. Janusza Sidły, 2016 rok (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Chciałam zamilknąć i zniknąć

Na szczęście najbliżsi mi na to nie pozwolili, przekonując, że efekt może być dokładnie odwrotny. Zamknięcie w domu, izolacja od ludzi i rezygnacja ze sportu, który daje mi szczęście, wcale mnie nie uratują i nie spowodują, że poczuję się lepiej. Przeciwnie, będzie jeszcze gorzej.

Przekonywali mnie, że problem urósł do ogromnych rozmiarów tylko w mojej głowie, a wcale taki wielki nie jest. Mama, siostry i pewien kolega, który – mam wrażenie – pojawił się w moim życiu tylko po to, by pomóc mi w tej sytuacji, mówili jednym głosem: "nie wolno się poddać". I powiedziałam: "Dość. Coś musi się zmienić", tym bardziej że sportowo wszystko wyglądało znakomicie, miałam za sobą jeden z najlepszych sezonów w życiu i szkoda byłoby to rzucić.

Zbliżały się mistrzostwa Polski, w których bardzo chciałam wystąpić. Wstydziłam się tego, co mam na głowie, i ten wstyd mi przeszkadzał. Pragnęłam skupić się na sporcie, na bieganiu, a nie wyjaśniać, dlaczego teraz założyłam na głowę chustkę, której wcześniej nie miałam. Dlatego pojawił się pomysł, żeby na Facebooku zamieścić wpis i przekazać w nim tyle informacji, ile sama chcę. Wyszłam na start w chustce. Oczywiście mogłam zgolić się na łyso albo założyć perukę, ale wtedy czułabym się jak w nie swojej skórze. Rozmawiałam później z psycholożką, według której moje poczucie własnej tożsamości jest prawdopodobnie tak silne, iż nie dopuszczam możliwości przyjęcia czyichś włosów. Stanęło na chustce. Pod nią miałam jakieś włosy, ale nie było ich za dużo. Potem niemal wszystkie straciłam. Pierwsze dwa tygodnie po wpisie wspominam strasznie. Dzwonili do mnie dziennikarze, niektórzy łysienie plackowate zmienili w nowotwór.

Pojawiły się kąśliwe i przykre komentarze. Ludzie pisali straszne głupoty, więc na jakiś czas przestałam zaglądać do internetu, i tak nie miałam na to żadnego wpływu. A od czytania tylko się dołowałam. Dręczyły mnie koszmary, budziłam się w nocy przerażona. To była dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Przez dwadzieścia sześć lat o mojej chorobie wiedziała wyłącznie najbliższa rodzina, a teraz pisano o niej w internecie. Musiało minąć trochę czasu, żebym się z tym oswoiła.

* Fragmenty książki Jacka Kurowskiego "Medal będzie mój"