Biografie
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Pierwszy raz wybraliśmy się na Maderę w listopadzie 1994 roku. Nasze zmysły doznały szoku – soczyście zielone wybrzeże, wąziutkie drogi przyklejone do klifów, portugalscy wieśniacy podejrzliwie przyglądający się naszym deskom, fale wzbierające potężnie z głębokiego oceanu. Jechaliśmy przez wąwozy i lasy, przyprawiającymi o zawroty głowy grzbietami wysokich gór. W przydrożnych barkach jedliśmy prego no pão (kanapki z mocno czosnkowym stekiem) i na jeden raz wypijaliśmy espresso. Wspinaliśmy się po opaskach brzegowych i gramoliliśmy w dół z nasypów. Byliśmy jedynymi surferami w okolicy. Na północnym wybrzeżu, przy wiosce Ponta Delgada, znaleźliśmy wielką lewą falę. Była nieuporządkowana i – tak jak na wszystkich spotach [miejsca do surfowania - przyp.red.], jakie do te pory widzieliśmy – załamywała się zbyt blisko żarłocznie wyglądających skał. Jednak po zawietrznej stronie cypla fala się czyściła, a wewnętrzna ściana była długa, szybka i mocna.*

(…)

Któregoś ranka wybraliśmy się w kilka osób do Paul do Mar. Fale miały dwa i pół metra i były wystrzałowe. Już w pierwszej godzinie Peter połamał deskę, paskudnie rozcinając sobie stopę, a Jamesa, innego Amerykanina, powaliła krawędź łamiącej się fali, tak że złamał kostkę. Razem pojechali do szpitala w Funchalu, stolicy wyspy oddalonej o trzy godziny drogi. Dwa dni później, znowu na Paul, stopa uwięzła mi między skałami na shore breaku [fale załamujące się przy samym brzegu - przyp.red.]. Trafiłem do tego samego szpitala na prześwietlenia (nie wykazały złamania) i przez następny tydzień surfowałem ze stopą i kostką mocno owiniętą taśmą klejącą w charakterze stabilizatora. Peter zawyrokował, że Paul do Mar to żadna miejscówka, tylko po prostu bardzo malowniczy, samobójczy close-out [fale, które załamują się na jeden raz i nie nadają do jazdy - przyp.red.].

Paul do Mar, Madera (fot. Shutterstock)

Nie zgodziłem się z nim. Tamtejsza fala mnie urzekła. Choć oczywiście była przy tym absurdalnie niebezpieczna. Po pierwsze, dzika, nieokiełznana moc, po drugie – linia brzegowa. Skały były w większości zaokrąglone, ale graniczna strefa shore breaku, którą trzeba było pokonać, żeby wejść do wody, rozciągała się po prostu zbyt szeroko, zwłaszcza przy mocnych falach. Nawet jeśli wszystko się dokładnie wyliczyło, odczekało do okresu ciszy, pozwalając fali wytracić energię, i popędziło ile sił w nogach z deską po mokrych głazach, czasem nie udawało się dotrzeć na wodę na tyle głęboką, żeby wiosłować, bo następna fala już uderzała, powalając na skały – kończyło się poturbowaniem deski, ciała i dumy, często bardzo poważnym. To nie był normalny problem spotykany w oceanach. Miało się wrażenie błędu w obliczeniach – z jakiegoś zrozumiałego tylko dla samej Madery powodu czas nie zgrywał się z odległością.

Nigdy wcześniej nie widziałem spotu z tak zniechęcającym wejściem. A wyjście, czyli powrót na suchy ląd, bywało jeszcze gorsze. Break znajdował się góra trzydzieści metrów od brzegu, ale czasem wolałem bardzo długo wiosłować okrężną drogą, wokół opaski brzegowej na wschodnim krańcu wioski, niż stawić czoła shore breakowi.

Piękno tej fali leżało w prędkości jazdy równolegle do brzegu. Woda na Paul często była idealnie przezroczysta, co powodowało bardzo niepokojące zjawisko w chwili startu. Czasami, kiedy złapało się falę, skoczyło na nogi i – zakładając, że wszystko potoczyło się zgodnie z planem – zrobiło szybki skręt w prawo, dno w ogóle się nie ruszało. Wielkie białe głazy pod wodą tkwiły w miejscu, a nawet zdawały się nieco cofać. Dlaczego? Tak wielka masa wody wzbierała w górę frontu fali, że niezależnie od tego, jak szybko deska przesuwała się po powierzchni, z punktu widzenia lądu stało się bez ruchu. To również nie było normalne zachowanie oceanu.

Potem, po kilku chwilach tego ściskającego w dołku uczucia zawieszenia, nagle zaczynało się pędzić w dół wybrzeża, a kamienie zmieniały się w długą białą smugę pod błękitną wodą. Jechało się tak szybko, że przy mocno zachodniej fali dało się przebyć w ten sposób sto metrów, ani trochę nie zbliżając się do brzegu. Peter miał rację, było w tym coś samobójczego. Fale były tubowate, płytkie, często robiły się close-outy. Ale nawet jedna odpowiednia fala na Paul do Mar była moim zdaniem warta kosztów podróży z Nowego Jorku i z powrotem.

Surfer na Maderze (fot. Shutterstock)

Pewnego szarego poranka udało mi się trafić ich aż trzy, jedną po drugiej. Peter o świcie wyruszył na północne wybrzeże, niewłaściwie oceniwszy zamiary wiatru i rozkołysu. Poprzedniej nocy znaleźliśmy na północy spot, który z powodów obecnie dla mnie niejasnych nazwaliśmy Madonną. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy w tym miejscu innych surferów. Była tam jedwabista, osłonięta od wiatru lewa, u podnóża przeciętego wodospadem klifu – fala jak żywe srebro, przyjemna i szybka. Codziennie słyszałem jej zew i zastanawiałem się, jak dziś wygląda. Tamtego ranka Peter, wiedziony jakimś przeczuciem, pojechał właśnie na Madonnę. To było jednak daleko, na Paul do Mar przyszedł właśnie porządny swell [od ang. swell – pofałdowanie oceanu, rozkołys, "martwa fala" - przyp.red.], a pierwsza zasada podążania za falami głosi, żeby nigdy się od nich nie oddalać, więc zostałem. Peter zabrał jakiegoś innego faceta.

Shore break na Paul wyglądał zbyt groźnie, dlatego przedarłem się mozolnie naokoło, od wschodu. Paul do Mar było długim, wąskim, zakurzonym, częściowo przemysłowym miasteczkiem – zupełne przeciwieństwo Jardim, stojącej na pięknym cyplu wioski gęsto zabudowanej krytymi dachówką domami. Przede wszystkim w Paul strasznie śmierdziało. Na wschodnim końcu miasta, przy nabrzeżu dla kutrów, cuchnęło rybami. Na zachodzie, tam, gdzie fale, smród przybierał charakter fekalny – skały na brzegu powszechnie wykorzystywano jako toaletę na świeżym powietrzu.

Wzdłuż drogi nad morzem stał szereg baraków pracowniczych. Brudne, półnagie dzieci gwizdały na obce samochody. W niektóre popołudnia mniej więcej połowa dorosłej populacji Paul do Mar się zataczała. Z czasem dowiedziałem się, że mieszkańców Jardim (Jardimeiros) uważano w Paul za snobów, a z kolei ci z Jardim traktowali sąsiadów (Paulinhos) jak hołotę. Dwie miejscowości patrzyły na siebie przez parę kilometrów wody, oddzielone górą, jedyne osady w zasięgu wzroku. Rywalizacja sięgała wiele wieków wstecz. Z czasem polubiłem obie te wioski.

Tego szarego poranka wypłynąłem daleko za przybój, a potem równolegle do wybrzeża, próbując się zorientować w poczynaniach fali. Była duża, gładka, z wyraźnym peakiem, zajadła. Zobaczyłem paru gości, młodych szpanerów z Portugalii, na malutkich deskach. Zatrzymałem się przy nich i przez jakiś czas jeździliśmy razem. Byli świetnymi surferami, lecz zachowywali ostrożność, ujeżdżali ramiona fal, które łamały się, na długo zanim je nawet zauważaliśmy. Słowem, zadowalali się ochłapami – wspaniałymi ochłapami, rzecz jasna. Ale ja miałem guna [długie, ciężkie, specjalistyczne deski nazywane elephant guns - przyp.red.]. Stresowałem się, jednak nie obezwładniał mnie strach, nawet kiedy ciężkie odcinki fal setu [seria fal - przyp.red.] gwałtownie upadały w przód z głośnym hukiem. Zacząłem zapuszczać się głębiej, wiosłując na zachód. Jako znaczniki line-upu wykorzystywałem zwykle dwa ceglane kominy, ale uświadomiłem sobie, że tego dnia się nie nadają. Dzisiaj główny peak znajdował się znacznie dalej na zachód.

Widok na Maderę (fot. Shutterstock)

W końcu wylądowałem na szczycie fali dość niedaleko od brzegu, po zachodniej stronie kanału, którego nigdy wcześniej nie widziałem – prostego kawałka usianego wypiętrzeniami, gdzie rwący prąd odprowadzał do oceanu ogromne ilości wody. Musiałem ustawić się pod kątem skierowanym ku brzegowi i mocno wiosłować, żeby pokonać kanał, który najwyraźniej nie odzwierciedlał ukształtowania dna. Wszystko wskazywało na to, że ta pędząca ku otwartemu morzu rzeka powstała wyłącznie w wyniku siły, kąta i objętości dzisiejszego swellu. Za kanałem znalazłem przerażający i kompletnie niezrozumiały – wyjątkowo niezrozumiały – spot: wielki, czysty, szybki, klasyczny szczyt fali w kształcie podkowy. Wiedziałem, gdzie się kierować – do miejsca, z którego się wznosił – i tak właśnie zrobiłem.

Złapałem trzy fale w odstępie kilku minut, każdą z samego serca peaku. To były fale jak z podręcznika: potężne dropy, ziejące beczki, solidne ramiona, niezbyt długie jazdy. Woda była dość mętna, turkusowoszara, więc nie mogłem sprawdzić, czy podczas take-offu głazy na dnie przesuwają się do tyłu. W głębi serca jednak czułem, że wszystko z tymi falami jest nie tak. Woda zbyt szybko wzbierała na froncie, górna krawędź zbyt mocno wyrzucała do przodu. Każdy z choćby śladowym doświadczeniem zorientowałby się, że prawa fizyki działają na tych falach jakoś dziwnie. Ewidentnie było zbyt płytko. Te fale były zdecydowanie zbyt wielkie jak na ilość wody, w jakiej się załamywały. To dlatego załamywały się tak mocno i ciskały mną w stronę ramienia jak zbyt lekką zabawką.

Żeby zrównoważyć złowrogie siły natury, zacząłem jeździć wyjątkowo agresywnie, zignorowałem instynkty towarzyszące mi zwykle przy starcie, no i miałem odpowiednią deskę. Idealną deskę.

Trzecia fala miała dłuższą ścianę niż poprzednie. Dojechałem dalej wzdłuż fali, opuszczając tę nieobliczalną strefę take-offu i beczek i wypływając na względnie płaski front, z którego zepchnęła mnie łapa grzywacza. Trochę mną porzucało, ale wreszcie wypłynąłem na spokojne wody, blisko brzegu, tuż za potężnym prądem odpływowym. Postanowiłem wykorzystać okazję, rzuciłem się sprintem w stronę lądu i walnąłem w skały stopami na grzbiecie fali z shore breaku, która postanowiła oszczędzić mi życie, choć odnosiłem wrażenie, że wcześniej władczo się nad tym namyślała. Cofnęła się, nie zwalając mnie z nóg, ja przytrzymałem się kurczowo skały i kilka sekund później stałem już na suchym lądzie, w słabym słońcu, machając do grupki dzieciaków, które przez cały ten czas obserwowały mnie z betonowego murka, wrzeszcząc i gwiżdżąc po każdej jeździe. Teraz milczały i tylko odmachały mi niezobowiązująco.

*Fragmenty książki "Dni barbarzyńców. Życie na fali" Williama Finnegana, tłumaczenie: Agata Ostrowska