Biografie
Beata Kozidrak podczas koncertu w latach 90. (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)
Beata Kozidrak podczas koncertu w latach 90. (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

13 grudnia 1981 roku wstałam niewyspana, bo moja maleńka córeczka zamieniła sobie dzień z nocą. W ciągu dnia śpiący anioł, w nocy – nieustanny płacz. Ale to nie było istotne. Liczyło się tylko to, że tego dnia swoją premierę miała mieć Telewizyjna Lista Przebojów. A w niej miała się pojawić nasza nowa piosenka.*

"Stało się
Spadło i zbiło się
Jak szklanka
Zgasło coś
Jak lampa w ciemną noc
Nie widzę ciebie
Ani ty mnie
W ciemnościach łatwiej powiedzieć nie…"

Włączyłam telewizor, ale zamiast teledysków zobaczyłam generała w ciemnych okularach mówiącego o jakimś stanie wojennym. Nie wiedziałam, co to oznacza, ale przeczuwałam, że to rzeczywiście może być wojna, tylko domowa. I była. Rozkazy, nakazy, czołgi na ulicach, internowanie działaczy Solidarności. Do tego godzina milicyjna, czyli zakaz poruszania się po mieście po godzinie 22.

Poczułam lęk. Ale nie o siebie. Bałam się o moją małą córeczkę. Jak jej pomogę, jeśli nagle, w nocy zachoruje?

Beata z córką (fot. Archiwum prywatne Beaty Kozidrak)

Dochodziły do nas informacje, że nasza muzyka nie będzie dłużej grana w radiu. Że powinniśmy poszukać sobie innego zawodu. Do tego dwóch naszych muzyków wyjechało do Niemiec po sprzęt muzyczny i tam zastał ich stan wojenny, który oznaczał również zamknięcie granic. O pierwszej płycie mogliśmy na razie zapomnieć. Wszystko szlag trafił!

Jedni artyści byli zawieszeni, za to inni święcili swój wielki powrót. Nigdy szczególnie nie interesowałam się wojskiem i nie znałam twórczości artystycznej związanej z tą dziedziną życia. Jednak dzięki umundurowanej, "zielonej" telewizji mogłam odkryć super mega artystów, którzy śpiewali o chabrach z poligonu i o tym, że najlepiej śpiewa wojsko. Generalnie kolor zielony rządził. Ale czy był kolorem nadziei?

Nasze marzenia i zapał, aby je spełniać, topniały jak nasze finanse. Nie koncertowaliśmy, więc nie zarabialiśmy. Do pewnego momentu żyliśmy z oszczędności, a gdy się skończyły, pojawił się problem. Żeby przeżyć, robiliśmy najdziwniejsze rzeczy. Nie wstydzę się żadnej. W końcu byliśmy rodziną, a nasza Kasieńka zmieniała się z każdym dniem i każdego dnia zaskakiwała Andrzeja i mnie. Zrobilibyśmy dla niej wszystko.

 ***

W tamtych czasach na sklepowych półkach był tylko ocet i makaron, więc żeby nam się od dobrobytu nie poprzewracało w głowach, wprowadzono kartki. Kolorowe, w przeciwieństwie do naszej szarej rzeczywistości. Mogliśmy za nie kupić, stojąc w długich kolejkach, produkty pierwszej potrzeby, a zarazem wyjątkowe, bo wystane. Były kartki na cukier, papierosy, rajstopy, buty, czekoladę, mięso, alkohol…

Po te kartki Andrzej stał w kolejkach w towarzystwie bardzo wyjątkowych osób. Meneli, złodziei, prostytutek. Bo takie zdanie o artystach miała ówczesna władza. Potem Andrzej te wystane kartki na alkohol sprzedawał w melinach, gdzie o każdej porze dnia i nocy można było kupić wódkę, oczywiście po cenach wyższych niż w sklepie.

Ślub Beaty i Andrzeja, 9 czerwca 1979 roku (fot. Archiwum prywatne Beaty Kozidrak)

Poza tym w ciągu dnia tarliśmy chrzan, a Andrzej nim handlował. Sprzedawał też deficytowe towary, które miał w swoim sklepie mój teść. W ogóle było ciężko, ale my Polacy mamy niezwykłą zdolność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Chociażby bimber. Chyba co drugi Polak go wtedy pędził. Teść miał bardzo dobrą aparaturę. Przewoziliśmy ją w różne miejsca, dla bezpieczeństwa. Na przykład do mojej siostry. Zawieźliśmy ją do niej na sankach – trwała wtedy straszna zima, minus 20 stopni i śnieg po pas – a z powrotem jechała maluchem z moim mężem i szwagrem. I to w godzinę milicyjną. Podjechali pod nasz blok, ale kiedy próbowali zaparkować, samochód wpakował się w zaspę i ani rusz. Wtedy nadeszli milicjanci. Andrzej otworzył drzwi – ze środka buchnęło alkoholem. Mój szwagier, lekko wstawiony, wychylił się i rzucił do milicjantów: – Zanim nas aresztujecie, pomóżcie chociaż wypchnąć samochód!

Oglądałam to wszystko z góry, z wysokości naszego balkonu, i widziałam, że milicjanci zdębieli. Zapytali Andrzeja: – A pan nie boi się tak jechać…?

A Andrzej na to: – No co pan, ze szwagrem?

Milicjanci mieli niezły ubaw. Pomogli, a do tego zrezygnowali z kontroli. Nie każdy mundurowy był wtedy służbistą…

W tamtych czasach wszyscy sobie pomagali. Mieszkaliśmy w zwyczajnym bloku, w którym panowała zasada wzajemnej wymiany usług. Sąsiadka miała rodzinę na wsi, więc sprowadzała całe tusze mięsa. Dostawałam porcję, a w zamian kupowałam jej jakieś rzeczy w peweksie. W pewnym momencie moja córka żyła właściwie na cielęcinie, bo innego mięsa nie było, tylko to od sąsiadki.

Przydała się w tym czasie również moja rozpoznawalność. Pewna przyjazna ekspedientka z dużego sklepu spożywczego zostawiała dla mnie różne produkty "pod ladą". Przychodziłam do niej tuż przed zamknięciem sklepu, ale nie mogłam kupić 15 czy 20 deko, tylko całą szynkę. Kupiliśmy więc zamrażarkę, żeby się z tym wszystkim pomieścić.

A więc radziliśmy sobie, jak mogliśmy, tak jak niemal wszyscy w tamtym czasie.

Beata w Sopocie w 1986 roku (fot. Archiwum prywatne Beaty Kozidrak)

(…)

W 1983 roku wyruszyliśmy w bajmową TRASĘ koncertową, zaraz po stanie wojennym. W tym samym roku ukazała się nasza pierwsza płyta, czarna oczywiście. A jeszcze wcześniej kaseta.

To były już zupełnie inne piosenki, zupełnie inny Bajm niż ten, który śpiewał Piechotą do lata. Ja też byłam inna. Chciałam mieć mocniejszy wizerunek i śpiewać stanowczo bardziej rockowo, ekspresyjnie. To był również efekt tego, że moje gusta muzyczne wciąż się zmieniały. Kiedy trafiłam na scenę, miałam przede wszystkim bagaż doświadczeń ze wspólnego słuchania muzyki z rodzeństwem. No i ze studenckich imprez z poezją śpiewaną. Miałam też wysoką barwę głosu, idealną do "krainy łagodności". Nie podobała mi się. Wiedziałam, że muszę nad nią pracować. Chciałam śpiewać nisko, tak jak amerykańskie wokalistki. Ale nie miałam żadnych nauczycieli. Sama pracowałam nad głosem. I nad tekstami.

Chociaż piosenki na ten nasz pierwszy album nagrywaliśmy przez dłuższy czas, w różnych studiach, właściwie wszystkie są mi bliskie. Jednak szczególnie ważna była dla mnie "Różowa kula". Napisałam do niej tekst o relacji ojca i córki. Córki, którą porywa świat, nowe życie, oraz ojca, który nie chce się z tym pogodzić.

"Wybacz mi, ojcze, unosi mnie ten prąd
Za chwilę będę daleko, daleko stąd
Jak najdalej stąd
Różowa kula porwała mnie i spójrz
Nie mogę nawet ci podać ręki, cóż…
Inna jestem już
Powiedz mi…
Jak mam w to wszystko uwierzyć?
Powiedz mi, jak wierzyć?
Jak wierzyć?
Jak?
Wybacz mi, ojcze, nie mogę z tobą być
Ten dawny spokój rozpłynął się i przyjaźni mej
Pękła cienka nić"

Książka 'Beata. Gorąca krew' Beaty Kozidrak (fot. Materiały prasowe)

To jasne, że ten tekst był reakcją na postawę moich rodziców. Trudno im było zaakceptować, że nie zostanę lekarką albo prawniczką. Dawali mi do zrozumienia, że muzyka to nie jest poważne zajęcie, a bycie wokalistką w zespole to już w ogóle podejrzany status. To tata najbardziej żałował, że nie chcę iść na studia, że wolę być piosenkarką. Nie tylko jemu ten zawód w tamtych czasach źle się kojarzył – z lekkim, nieobyczajnym życiem, alkoholem, imprezami. Mojej mamie nie podobały się też moje sceniczne stroje, chociaż powstawały trochę z jej winy, bo to ona nauczyła mnie szyć. A ja nie miałam innego wyjścia. Stylistów w tym czasie właściwie nie było, ciuchów w sklepach jak na lekarstwo, więc uruchamiałam wyobraźnię i maszynę do szycia. Powstawały w ten sposób zwykle sceniczne stroje jednorazowego użytku, ale to mi nie przeszkadzało. Uwielbiałam przebieranki i zmiany.

Teraz wiem, że w reakcji moich rodziców były nie tylko złość, lecz także lęk i szczera troska. Wtedy chciałam tylko, żeby zrozumieli, jak ważna jest dla mnie muzyka i że nie ma już dla mnie żadnej innej drogi. Ale jestem pewna, że Różowa kula, piosenka o konflikcie między generacjami, opowiadała też o bardziej uniwersalnym doświadczeniu. Dlatego trafiała do moich fanów w latach 80. i trafia do tych młodych, których ku mojemu zaskoczeniu jest z roku na rok coraz więcej.

Różowa kula pomogła mi również zrozumieć, że ballady są bliskie mojemu sercu, bo mogę w nich pokazać siłę i skalę mojego głosu.

Oczywiście na naszej pierwszej płycie znalazł się też hit "Nie ma wody na pustyni". To wbrew pozorom nie była piosenka o karawanie, choć miło wspominam nagrywanie teledysku i brodzenie w wydmach nad Wisłą. Powstał jeszcze jeden teledysk do tej piosenki – na zamówienie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jako materiał promocyjny. Ten kręciliśmy na Pustyni Błędowskiej. Była akurat zima, więc po każdym ujęciu z ulgą chroniłam się pod kożuchem. Skończyliśmy, kiedy reżyser rzucił: "Stop! Beata ma sine usta!".

Chociaż piosenki na ten nasz pierwszy album nagrywaliśmy przez dłuższy czas, w różnych studiach, właściwie wszystkie są mi bliskie (fot. Archiwum prywatne Beaty Kozidrak)

"Nasz kapelmistrz pije stare wino
W oczach jego widzę dziki blask
Spił się już dokładnie tak jak świnia
I po tyłkach batem bije nas…"

Oczywiście pisałam tekst z myślą o życiu w ówczesnej rzeczywistości, a nie o brodzeniu w piachu. Chodziło o szarą Polskę, o pustynię naszego życia, o to, że brniemy do przodu, choć to nie my wybieramy kierunek, w którym idziemy. Do wielu jednak nie docierał ten przekaz. Że tekstu nie zrozumieli cenzorzy, to nawet dobrze. Ale w komunistycznej prasie przeczytałam na przykład, że za swoje "odkrycie" – że na pustyni nie ma wody – Kozidrak powinna dostać Nobla!

Nie przejmowałam się specjalnie tymi komentarzami. Cieszyła mnie popularność tej piosenki, a jeszcze bardziej to, że mówiono o niej, że jest majstersztykiem, że na kilku dźwiękach zbudowana jest w niej cała historia, a wokal idealnie ją opowiada i interpretuje. A ja przecież nie miałam wtedy żadnej teoretycznej wiedzy o wokalistyce, śpiewałam tak, jak sobie wymyśliłam, intuicyjnie.

Chociaż czasami nie wszystkie pomysły udawało mi się zrealizować.

Kiedy nagrywaliśmy Proroków świata, coś dziwnego zaczęło się dziać z moim głosem. Nie mogłam wszystkiego wyśpiewać tak jak chciałam. Dramat. Mamy studio wynajęte na krótko, ledwie parę godzin, więc musieliśmy dokończyć to nagranie. Robiłam, co mogłam, z coraz większym bólem i poczuciem porażki. Potem się okazało, że miałam czopy w gardle. Po prostu angina.

*Fragmenty książki "Beata. Gorąca krew" Beaty Kozidrak. Książka do kupienia w Publio w formie ebooka lub w Kulturalnym Sklepie w formie papierowej