Biografie
Joe Biden w 2014 roku (fot. Shutterstock)
Joe Biden w 2014 roku (fot. Shutterstock)

Nigdy później nie pragnąłem, żeby czas przyspieszył, ale nie mogłem się doczekać, aż skończę trzydzieści lat i będę wreszcie w wieku wymaganym konstytucyjnie, by zasiąść w Senacie. W moje urodziny, 20 listopada, dwa i pół tygodnia po wyborach, urządziliśmy huczne przyjęcie w Pianni Grill w śródmieściu Wilmington. Trzydziestka stała się dla mnie ważnym wydarzeniem, jakby oficjalnym przypieczętowaniem wyborów. Był tort, który pokroiliśmy z Neilią razem, tak jak tort weselny, tyle że teraz byli z nami Beau i Hunt – a także ekipa telewizyjna i fotoreporterzy prasowi. Następnego dnia lokalna gazeta zamieściła artykuł o mnie i o tym, że na pewno zmierzam do Białego Domu. A nawet jeszcze nie zostałem zaprzysiężony do Senatu! Pamiętam, że myślałem, że to nie jest dobry znak. Może to w końcu odezwały się nerwy, ale wydawało mi się, że przyszłość nadciąga w pełnym pędzie, i nie byłem pewny, czy jestem gotowy.*

(…)

W niedzielę wieczorem, gdy dzieci spały na górze, nad naszymi głowami, usiedliśmy z Neilią w samotnym fotelu uszaku, przed kamiennym kominkiem, z którego bił ciepły blask ognia, w chwili niemal idealnego spokoju. Ten moment przeszedł wszystkie moje romantyczne młodzieńcze wyobrażenia.

W wieku trzydziestu lat byłem senatorem elektem. Miałem ze sobą, pod jednym, wspaniałym dachem, naszą rodzinę. Właśnie zaczęły się otwierać drzwi do naszej dalszej przyszłości. Neilia i ja dokonaliśmy tego niezwykłego wyczynu razem i zrobimy jeszcze o wiele, wiele więcej. Żadne z nas nie było pewne, co przyniesie nam reszta życia, ale nie mogliśmy się doczekać, żeby się przekonać.

***

Następnego dnia rano pojechałem do Waszyngtonu, żeby prowadzić rozmowy kwalifikacyjne, ale Neilia postanowiła zostać w Wilmington. Za tydzień były święta, nie mieliśmy czasu jeszcze niczego przygotować, więc Neilia miała zjeść śniadanie z Jimmym, a potem zrobić duże zakupy i pojechać po choinkę. Nie chciała wracać do domu bez drzewka.

Joe Biden i Jimmy Carter w 1979 roku (fot. Domena publiczna)

Siedziałem z Val w biurze udostępnionym przez senatora Byrda, kiedy Jimmy zadzwonił z Wilmington. Poprosił Val. Gdy odłożyła słuchawkę, była blada.

Zdarzył się mały wypadek – oznajmiła. – Nic poważnego. Ale powinniśmy jechać do domu.

Czy wychwyciłem coś w jej łamiącym się głosie? Coś w sposobie, w jaki zaciskała usta? Przeszył mnie niepokój silniejszy niż zwykłe przeczucie. To było fizyczne doznanie, jak ukłucie szpilką w środek piersi. Już czułem nieobecność Neilii.

– Nie żyje – powiedziałem – prawda?

Val milczała. Pamiętam, że wyszedłem z biura senatora Byrda i znalazłem się w pustym ogromie rotundy Kapitolu. Pod strzelistą kopułą czułem się… mały.

Załatwili nam samolot do Wilmington, ale nie wiedziałem nic pewnego, dopóki nie dotarłem do szpitala. Przez całą drogę powtarzałem sobie, że wszystko będzie dobrze, że daję się ponieść wyobraźni, jednak kiedy tylko znalazłem się w szpitalu i zobaczyłem wyraz twarzy Jimmy’ego, wiedziałem, że stało się najgorsze.

Beau, Hunt i Naomi byli w samochodzie z Neilią, gdy zdarzył się wypadek. Neilia zginęła, podobnie jak nasza mała córeczka. Obaj chłopcy żyli, ale Beau miał dużo połamanych kości, a Hunt obrażenia głowy. Lekarze nie mogli wykluczyć trwałego uszkodzenia.

Nie byłem w stanie wykrztusić słowa, tylko w piersi rosła mi pustka, jakby miała mnie wessać czarna dziura. Przez pierwszych kilka dni czułem się uwięziony w mrocznym wirze, jak we śnie, kiedy nagle spadamy… Tyle że ja spadałem bez przerwy. W chwilach niespokojnego snu majaczyła mi możliwość, że się obudzę i okaże się, że to wszystko nieprawda. Potem jednak otwierałem oczy, widziałem swoich synów w szpitalnych łóżkach – Beau od stóp do głów w gipsie – i rzeczywistość wracała. A gdy odzyskiwałem świadomość, zawsze czułem w pokoju czyjąś fizyczną obecność – i dostrzegałem Val, mamę albo Jimmy’ego. Nie opuszczali mnie ani na chwilę. Nie pamiętam, żebym został kiedyś sam.

Przemówienie Joe Bidena podczas podpisywania ustawy w 1994 r. (fot. Domena publiczna)

Głównie trwałem w odrętwieniu, lecz czasem przebijał się przez nie ból, jak ostry kawałek stłuczonego szkła. Zacząłem rozumieć, jak rozpacz może prowadzić ludzi do tego, że po prostu się poddają, że samobójstwo wydaje im się nie tylko jakimś wyjściem, ale wręcz wyjściem racjonalnym. Patrzyłem jednak na śpiących Beau i Huntera i zastanawiałem się, jaka nowa groza czai się w ich snach i kto wyjaśniłby moim synom, że mnie też już nie ma. Wiedziałem, że nie mam wyboru, że muszę walczyć, by pozostać przy życiu.

Z wyjątkiem pogrzebu cały czas byłem z synami w szpitalu. Moje życie skurczyło się do ich potrzeb. Pomyślałem, że gdyby udało mi się skupiać na tym, czego potrzebują minuta po minucie, może nie pochłonie mnie czarna dziura. Moja przyszłość się zapadła i został z niej tylko wysiłek stawiania kolejnego kroku. Horyzont zniknął z pola widzenia. Waszyngton, polityka, Senat nic dla mnie nie znaczyły. Miałem zostać zaprzysiężony za dwa tygodnie, ale nie potrafiłem sobie wyobrazić tej sceny bez Neilii. Starałem się mówić otwarcie: Delaware zawsze może wybrać innego senatora, lecz moi chłopcy nie mają innego ojca. Poinformowałem liderowa większości w Senacie Mike’a Mansfielda, że nie będę sprawować mandatu. Jednak senator Hubert Humphrey, były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, dzwonił prawie codziennie. Chciał tylko zapytać, jak sobie radzę, ale na ogół odbijał się od Jimmy’ego, który odbierał telefony i wiedział, że nie bardzo mam ochotę rozmawiać z kimkolwiek spoza rodziny. Jimmy kontaktował się też z gubernatorem elektem Delaware, który musiał mianować nowego senatora na moje miejsce.

Mike Mansfield nie dawał jednak za wygraną. Ciągle dzwonił, żeby sprawdzić, jak się czuję. Przypomniał mi, że powołał mnie do Demokratycznego Komitetu Sterującego, grupy wybierającej skład komisji. Przydzielanie nowym senatorom takich funkcji było w tamtych czasach niespotykane. Szykowała się walka o miejsce do obsadzenia w Senackiej Komisji do spraw Finansów i Mansfield liczył na moją pomoc. Nic mnie to nie obchodziło.

Przyszły dobre wieści: lekarze zapewnili nas, że Beau i Hunter w pełni wrócą do zdrowia. Beau zrosną się kości. Hunter nie miał uszkodzonego mózgu. Święta jednak spędziliśmy z chłopcami w szpitalu, a ja zacząłem czuć złość. Kiedy synowie spali albo gdy Val czy mama czuwały przy ich łóżkach, wychodziłem połazić po pobliskich ulicach. Jimmy szedł ze mną, a ja bez słowa kierowałem się w najmroczniejsze, najbardziej szemrane okolice, jakie mogłem znaleźć. Najchętniej wyruszałem tam nocą, bo wtedy, jak sądziłem, miałem większe szanse wdać się w jakąś bójkę. Cały czas szukałem do nich okazji. Nie wiedziałem, że jestem zdolny do takiej wściekłości. Czułem się oszukany, jakby ktoś zabrał mi nie tylko przyszłość, ale także przeszłość. Zawaliły się fundamenty mojego życia… I nie chodziło tylko o stratę Neilii i Naomi. Całe życie uczono mnie o naszym dobrym Bogu. Oto Bóg wybaczający, Bóg sprawiedliwy, Bóg, który wie, że ludzie popełniają błędy. Oto Bóg tolerancyjny. Bóg, który dał nam wolną wolę, byśmy mogli wątpić. Bóg kochający, Bóg niosący pocieszenie.

No cóż, nie chciałem słuchać o miłosiernym Bogu. Żadne słowa, modlitwy, kazania nie przynosiły mi ukojenia. Czułem, że Bóg okrutnie ze mnie zakpił, i byłem zły. Nie znajdowałem pociechy w Kościele. Włóczyłem się więc po ciemnych ulicach, starając się wyładować wściekłość.

Joe Biden podczas wystąpienia na Ukrainie w 2015 roku (fot. Shutterstock)

Senator Mansfield nie odpuszczał. Dzwonił codziennie do szpitala, żeby mi powiedzieć, że jestem mu potrzebny w Senacie, i żeby informować mnie na bieżąco w sprawie Komitetu Sterującego. Pamiętałem, jak niezwykle istotne wydawało mi się kilka tygodni wcześniej własne członkostwo w komisjach. Czy uda mi się przekonać przewodniczącego Fulbrighta, żeby rozważył moją kandydaturę do Komisji Spraw Zagranicznych? Czy świeżo upieczony senator ma szansę w Komisji do spraw Sądownictwa? Co mnie to teraz obchodziło? Mansfield jednak nie przestawał mówić. Walka między Lloydem Bentsenem a Adlaiem Stevensonem o miejsce w Komisji do spraw Finansów zbliżała się do punktu krytycznego, informował mnie, a ja będę mieć decydujący głos w Komitecie Sterującym.

Przewodniczący, Russell Long z Luizjany, naciskał, by w jego komisji zasiadali członkowie ze stanów, w których produkuje się ropę i gaz. Liberałowie z północnego wschodu uważali, że Komisja do spraw Finansów powinna mieć szerszą reprezentację stanów konsumenckich, takich jak Illinois Stevensona. Nie była to błaha kwestia. Nadciągał kryzys energetyczny. Dysponując odpowiednią liczbą głosów, senator Long mógł z łatwością zablokować wszelkie ustawy, które uznawał za szkodliwe dla swoich wyborców naftowców z Luizjany. Mansfield mówił i mówił. Bardzo się starał zaangażować mnie w coś poza szpitalem, ale nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Co mnie, u diabła, obchodzi Senacka Komisja do spraw Finansów?

Mansfield nadal się nie poddawał. Pewnego wieczoru siedziałem na parapecie w szpitalnej sali, ze słuchawką telefonu przy uchu. Było późno, chłopcy spali, więc głównie słuchałem, jak lider senackiej większości mówi mi, że powinienem zostać jednym z tysiąca sześciuset osiemdziesięciorga mężczyzn i kobiet zaprzysiężonych do Senatu Stanów Zjednoczonych, bo jestem to winny Neilii. Moja żona zbyt ciężko pracowała, żebym to zaprzepaścił. Byłem jej to winny. Byłem to winny moim synom. Daj mi sześć miesięcy, Joe, powtarzał senator Mansfield. Daj mi pół roku. No i się zgodziłem. Pół roku.

*Fragmenty książki "Spełniając obietnice" Joe Bidena, tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska, Marcin Sieduszewski