Biografie
Mieczysław Tarnawa postawił wszystko na jedną kartę, czyli na zabawki (fot. Tomek Kaczor)
Mieczysław Tarnawa postawił wszystko na jedną kartę, czyli na zabawki (fot. Tomek Kaczor)

Dwudziestodwuletni Antoni Tarnawa mógł być z siebie dumny. Po czterech latach praktyki zdał egzamin mistrzowski i otworzył własny zakład tokarski w Białej Krakowskiej. Był rok 1934, Bielsko i Biała dopiero po wojnie miały połączyć się w jedno miasto, a tymczasem w obu zaczynał rozwijać się przemysł – powstawały fabryki, które dawały zatrudnienie nie tylko robotnikom, lecz także okolicznym rzemieślnikom. Młody mistrz Tarnawa był pracowity i sumienny, szybko przybywało mu zamówień – m.in. na drewniane szpule, niezbędne w przemyśle włókienniczym. Sporo zleceń dostawał od okolicznych modystek – najmodniejsze w drugiej połowie lat trzydziestych toczki i kapelusze z szerokim rondem powstawały na toczonych z drewna modelach.*

Początek

Któregoś dnia Antoni pojechał na spotkanie do jednej ze swoich klientek. W jej pracowni spotkał młodziutką Walerię. Ślub wzięli jeszcze przed wojną.

Pod koniec 1940 roku Antoniemu i Walerii urodziły się bliźnięta, Bolesław i Mieczysław. Trzeci syn, Kazimierz, przyszedł na świat już po wojnie. Wszyscy chłopcy poszli w ślady ojca.

W zakładzie Antoniego Tarnawy toczyło się: figury szachowe, puzderka, talerze, świeczniki (fot. Tomek Kaczor) , Zarządzał firmą głównie zza tego biurka oraz z Warszawy, gdzie spędził blisko dekadę jako poseł na sejm (fot. Tomek Kaczor)

W zakładzie Antoniego Tarnawy toczyło się: figury szachowe, puzderka, talerze, świeczniki. Moździerze, młynki do pieprzu, misy. Elementy balustrad i kołowrotki. I zabawki. W 1953 roku Antoni przebudował mały wiejski dom w Wilkowicach – miejscowości niedaleko Bielska-Białej. Dodał piętro, przy domu postawił warsztat, a rodzinną firmę rozdzielił pomiędzy trzech synów. Kiedy zmarł, w kondukcie pogrzebowym poszło niemal całe Bielsko-Biała, z prezydentem miasta włącznie. Synowie Tarnawy prowadzili własne warsztaty. Najmłodszy Kazimierz zmarł tuż po czterdziestce, Bolesław prowadził swój zakład w Bielsku. W Tarnawówce, czyli przydomowym warsztacie w Wilkowicach, stery przejął Mieczysław.

Swój dyplom mistrzowski Mieczysław Tarnawa odebrał równo trzydzieści lat po ojcu. Nad masywnym biurkiem w gabinecie powiesił ten dokument obok portretu Antoniego. Zarządzał firmą głównie zza tego biurka oraz z Warszawy, gdzie spędził blisko dekadę jako poseł na sejm (w latach 1976–1985). Działalność społeczna była dla niego równie ważna, jak rzemiosło – kiedy w 2018 roku spisał i wydał kronikę rodziny Tarnawów, działalności politycznej i kwestiom społecznym poświęcił niemal tyle samo miejsca, co drewnu i rodzinnej tradycji.

Mieczysław Tarnawa postawił wszystko na jedną kartę, czyli na zabawki (fot. Tomek Kaczor)

Mieczysław Tarnawa przeprowadził firmę przez stan wojenny i transformację. Jeszcze w latach osiemdziesiątych, kiedy polski rynek zalały pierwsze fale tanich produktów z Chin, wiele małych zakładów musiało się zamknąć. Tarnawie udało się przetrwać, ponieważ większość produkcji wysyłał na Zachód.

Wtedy też zakład odszedł od produkcji świeczników, kołowrotków i pater. Mieczysław Tarnawa postawił wszystko na jedną kartę, czyli na zabawki. Dziś mówi: "Przeżyliśmy Hitlera i Stalina, trwaliśmy, kiedy robiono z nas wrogów ludu i kiedy pogardliwie nazywano prywaciarzami, nie daliśmy się zalać taniemu plastikowi przede wszystkim dlatego, że ojciec był przyzwoitym człowiekiem i tego uczył swoich synów".

Mieczysław Tarnawa ma dwoje dzieci. Córka założyła Klub Gaja – znany w Polsce z ratowania zwierząt przeznaczonych na rzeź. Syn był w młodości obiecującym inkrustatorem: drewniane stoły, talerze i inne przedmioty codziennego użytku zdobił misternymi rysunkami zwierząt i abstrakcyjnymi wzorami. Ale to wnuk Mieczysława, Mariusz, przejął rodzinną firmę, pozwolił jej stanąć pewnie na nogi i odświeżył nie tylko markę, lecz także klasyczne wzory zabawek pod szyldem Tarnawa Toys. Zrobił to blisko osiemdziesiąt lat po tym, jak jego pradziadek Antoni zawiesił na ścianie swój dyplom mistrzowski.

To wnuk Mieczysława, Mariusz, przejął rodzinną firmę, pozwolił jej stanąć pewnie na nogi i odświeżył nie tylko markę, lecz także klasyczne wzory zabawek pod szyldem Tarnawa Toys (fot. Tomek Kaczor)

Szkoła w warsztacie

Mariusz pamięta wielkie sztaple drewna, rozstawione po całym ogrodzie na tyłach Tarnawówki. Z braku suszarni musiało być tam sezonowane, a on i kuzyni – łącznie szóstka dzieciaków – znikali w tym labiryncie na całe dnie. Z desek wycinali pistolety, skakali na złamanie karku z dachu na stertę trocin, schodzili do piwnicy, gdzie pod ścianą piętrzyła się góra drewnianych ścinków – odpadów powstałych podczas produkcji zabawek, szykowanych do spalenia w piecu. "To były nasze ulubione klocki. Na półkach stały nowiutkie drewniane zabawki, wysyłane w wielkich pakach do sklepów w Niemczech, ale my nawet nie spoglądaliśmy w ich stronę" – opowiada. Z drewnem oswajał się stopniowo. Nikt siłą go do maszyn nie ciągnął. "Dziadek nie pracował przy tokarce, zarządzał firmą i zatrudniał majstra, bardzo dobrego fachowca. To on mnie wszystkiego nauczył. Nie mam dyplomu mistrzowskiego tak jak dziadek i pradziadek, ale nasiąkałem tym fachem od dziecka. Moją szkołą był nasz przydomowy warsztat" – opowiada Mariusz.

Wszystkie zabawki Mariusza i Kamili mają kojarzyć się z bezpiecznym, analogowym dzieciństwem (fot. Tomek Kaczor)

Od samego początku sam stawał przy maszynach, codziennie jest w warsztacie i pracuje. Tarnawa to firma rodzinna. Siostra Mariusza maluje zabawki, jej mąż pracuje na tokarce, tak samo jak brat Kamili, żony Mariusza. Wciąż, już prawie od trzydziestu lat, jest też z nimi pan Sławek – zatrudniony jeszcze przez Mieczysława. Do tego kuzyn i drugi brat Kamili. Ona sama od kilku lat zajmuje się w firmie kontaktem z klientami i promocją. "Długo zajmowałem się wszystkim sam. Do popołudnia toczyłem, potem wskakiwałem na rower, żeby się trochę przewietrzyć, a wieczorem siadałem do komputera: odpowiadałem na zamówienia, przygotowywałem i porządkowałem dokumenty. Długo bym tak nie dał rady" – dodaje. Dzisiaj już może dzielić się zadaniami. W firmie odpowiada za realizację zamówień, ale przede wszystkim za produkcję. "Potrafię obsłużyć każdą maszynę w naszym warsztacie, dlatego wiem, co się da, a czego się nie da zrobić. Ani na chwilę nie straciłem kontaktu z drewnem" – podkreśla.

Własne ślady

W czasie naszej rozmowy pada dużo słów takich jak "produkcja" i "zakład". Mariusz śmieje się, że dzisiaj rzemiosło jest przez ludzi idealizowane, a to przede wszystkim ciężka praca. "Nigdy nie czułem przymusu, żeby przejąć stery w firmie, ale było to po prostu dla mnie naturalne" – mówi. Na regale w pokoju biurowym obok starych, kilkudziesięcioletnich modeli zabawek stoją te współczesne, projektowane już przez Mariusza. Hitem są modułowe samochody i pociągi, które składają się z pojedynczych klocków o różnych kształtach, nakładanych na podwozia. "Kiedy pracowałem nad tym projektem, zaprosiłem znajomych na imprezę. Gdy przyszli, rozsypałem na dywanie klocki i powiedziałem: »Układajcie!«. W ten sposób powstały gotowe prototypy" – mówi Mariusz. Wszystkie zabawki Mariusza i Kamili mają kojarzyć się z bezpiecznym, analogowym dzieciństwem. Dlatego równie chętnie odświeżają projekty dziadka Mieczysława. Kaczka na kółkach to klasyk, podobnie jak drewniane abecadło i ptaki mobile do podwieszania pod sufitem. "Chcemy, żeby nasze zabawki dawały dzieciom to, co my wynieśliśmy z dzieciństwa: impuls dla wyobraźni" – mówią.

Mieczysław Tarnawa podkreśla: "Wiedziałem, że nie mogę i nie chcę wnuka do niczego przymuszać. Ale widziałem, że ma to coś, że rozumie i docenia to, co w rodzinie zbudowaliśmy. I że dobrze rozumie drewno". "Dziadek długo patrzył nam na ręce, trochę taki »szef wszystkich szefów«, ale teraz go rozumiem. Chciał mieć pewność, że nie zmarnujemy pracy trzech pokoleń. Kilka lat temu powiedział: »Robisz to dobrze«" – mówi Mariusz, który na ścieżkach wydeptanych przez dziadka zostawia własne ślady.

* Fragmenty książki "Ręcznie robione" Doroty Borodaj