Biografie
Wisława Szymborska (fot. Z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej)
Wisława Szymborska (fot. Z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej)

Wisława Szymborska i Adam Włodek pobrali się w kwietniu 1948 roku. Wiemy dzisiaj to, czego oni wtedy wiedzieć nie mogli: związek przetrwał tylko kilka lat. Z taką świadomością patrzy się na ich szczęście trochę innym wzrokiem. Nie sposób jednak nie podzielać ich ówczesnej radości: listowną informację o ślubie, wydrukowaną na kremowym kartoniku, rozesłali do znajomych i krewnych. "Wisława Szymborska i Adam Włodek zawiadamiają, iż ślub ich odbył się dnia 10 kwietnia 1948 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego w Krakowie". Taka forma powiadamiania o zmianie stanu cywilnego pozwalała uniknąć urządzania wesela - na co większości nowożeńców wówczas nie było po prostu stać - przy zachowaniu dobrych relacji z osobami nie zaproszonymi na ślub.*

Świadkami podpisania ślubnego kontraktu byli Tadeusz Kwiatkowski i Helena Gruszczyńska, oboje związani z krakowskim środowiskiem literackim. Nie było sukni z trenem, welonu, tłumu gości i zjazdu rodzin, nie było przyjęcia, prezentów i toastów.

Ślub był cywilny. Co prawda oboje wychowali się w rodzinach katolickich, byli ochrzczeni, przyjęli pierwszą komunię, ale - jak mówiła Wisława Szymborska - jej religijność rozwiała się wraz z osiągnięciem dojrzałości. Wojna i okupacja mogły naruszyć wiarę w Bożą opiekę, a tradycyjny model religijności, jeśli nie poparty głębszym przeżywaniem, dla wielu osób tracił znaczenie.

Adam Włodek też nie był w tym czasie człowiekiem wierzącym (mimo że w latach okupacji napisał kilka patetycznych wierszy religijnych). Miał wręcz niechętny stosunek do Kościoła (albo powtarzał w listach do Wisławy propagandowe frazesy na temat kleru). Ani on, ani Szymborska nie należeli jeszcze do partii, ale Włodek traktował bardzo poważnie ideologiczne prerogatywy, a ateizm czy bodaj laickość były jednymi z ważniejszych haseł na socjalistycznych sztandarach. Najpewniej więc świadomie zrezygnowali z kościelnej ceremonii. Cztery lata później, w czerwcu 1952 roku, Włodek (już wówczas członek partii) ze zgrozą pisał w liście do Wisławy o ślubie Leszka Herdegena, który - jak podejrzewał - mógł się odbyć przed ołtarzem, zapewne pod presją rodziny. Jego poglądy wyraźnie się zradykalizowały, choć i wcześniej był entuzjastą "nowoczesnej" świeckości.

Fot. Z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej

"A jeśli tak - pisze o Herdegenie i ślubie kościelnym - to na najbliższym zebraniu, w imieniu Twoim i moim, jako tych, którzy go wprowadzili, stawiam wniosek o skreślenie go z listy kandydatów. Zgoda?" Chodziło oczywiście o zebranie partyjne. W imię zasad - a może już pod presją partyjnego rygoru? - Włodek skłonny był wycofać swoją rekomendację dla przyjaciela. W następnym liście uspokaja adresatkę, że jednak ślub nie był kościelny, a Leszek w ogóle nie powiedział rodzicom, że się ożenił. Włodek przykazuje mu zrobić to jak najszybciej, "żeby ojciec >stary burżuj nie miał argumentów przeciw partii". I dodaje: "Członek partii winien być przede wszystkim odważny wobec najbliższego, choćby wrogiego otoczenia". Ideologia szybko przeformułowała i sformatowała jego system wartości.

Nic nie wskazuje, by nastawienie obu rodzin - rodziców Adama i matki Wisławy - do ich małżeństwa było negatywne, choć stosunek wierzącej pani Anny do ślubów cywilnych musiał być co najmniej ambiwalentny. Skoro jednak ślub się odbył, związek zaakceptowano. Pani Szymborska darzyła "Adasia" wyraźną sympatią, zapraszała na obiady, kontaktowała się z nim w czasie wyjazdów Wisławy. Nawet po ich rozwodzie pozostawała z nim w jak najlepszych stosunkach, gościła go wraz z kolejnymi jego kobietami i otaczała macierzyńską opieką. Relacje Wisławy z teściami nie były aż tak serdeczne, ale na pewno poprawne - pisała z każdego wyjazdu kartki z pozdrowieniami, przesyłała życzenia świąteczne i imieninowe również wiele lat po rozwodzie.

Bogumiła Ścibor-Pacholska, kuzynka Włodka, która uczestniczyła w spotkaniu Szymborskiej z teściami, była pod jej urokiem. "Wiedziałam, że przyszedł do matki z nowo poślubioną żoną. Z wielką ciekawością wpatrywałam się więc w osobę, która Mu towarzyszyła. Była to wysoka, smukła pani, miała długie do ramion włosy z przepaską nad czołem i barwną, zawiązaną wokół szyi gawroszkę. Wydała mi się bardzo radosna, lekka i miła. Wisełko - mówił do niej Adam".

Małżeństwo przypieczętowało (choć pewnie nie w oczach mamy) dorosłą samodzielność Ichny. Możliwość uniezależnienia się i wyprowadzenia z domu rodzinnego była dla niej ważna z kilku powodów. Jednym z nich było przeludnienie mieszkania na Radziwiłłowskiej. W drugiej części podzielonego w czasie okupacji mieszkania również po wojnie mieszkali lokatorzy. W dwóch pokojach z kuchnią (bez łazienki) gnieździli się: pani Anna, Nawoja i jej mąż, kuzyn Jaś Rottermund, studiujący medycynę w Krakowie, i Wisława. No i oczywiście służąca, która związana była z rodziną od dzieciństwa córek na prawach (pracującego) domownika. Sześć osób w dwóch pokojach to może nie był rekord powojennego "dogęszczania" mieszkań, ale na pewno trudno było o samotność i spokój, których zawsze potrzebowała Ichna.

Fot. Z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej

Mocnym impulsem do opuszczenia domu były też nieporozumienia z panią Anną. Ichna szanowała mamę i na pewno bardzo ją kochała, jednak nie podzielała jej poglądów i nie miała ochoty podporządkowywać się jej pomysłom na życie. O tych problemach dowiedziałam się z listów Zygmunta Szymczaka, który zanim wyjechał do Gdańska, bywał na Radziwiłłowskiej. Pisząc do Ichny, przesyła ukłony dla pani Anny: "mimo że aż nadto wyraźnie >po przeciwnych stronach barykady stoimy, żywię jednak [do niej] dużo serdeczności! (Na złość i już!!!)". Nie ma wątpliwości, że jego strona barykady to strona Ichny.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych, mimo oficjalnie reklamowanej nowoczesności w podejściu do małżeństwa, panowało powszechne przekonanie, że wyjście za mąż i urodzenie dzieci jest zasadniczym celem życia kobiety. Było tak zresztą nie tylko w Polsce. Socjalistyczne założenia równości płci niewiele zmieniły. Ideolodzy podkreślali dostępność każdej pracy dla kobiet - pracy gwarantującej niezależność. Plakaty z traktorzystkami i murarkami wywołują dzisiaj uśmiech, w latach pięćdziesiątych były raczej świadectwem determinacji - kobiety wobec braku innych możliwości podejmowały się często zajęć ponad siły.

Wisława była zapewne zwolenniczką socjalistycznej emancypacji kobiet - pisała o "nowoczesnych" robotnicach czy szwaczkach z patosem, wysoko oceniając ich wkład w "budowanie ojczyzny". Nie znaczy to jednak, że nie podlegała w domu presji zatroskanej o jej przyszłość matki: powinna mieć męża. Nie ulegała tej presji, nawet przeciwstawiała się jej. Niemniej temat "zagrożenia samotnością" pewnie powracał. Tym silniej, że sama pani Anna przeszła przez doświadczenie wojennego panieństwa, zakończonego aranżowanym związkiem.

W poszukiwanie męża dla "nieznośnej" Ichny angażowała się również Nawoja - ślad siostrzanych nieporozumień odnalazłam w liście Zygmunta Szymczaka, któremu najwyraźniej znękana Ichna zwierzała się ze swoich domowych problemów. "Gdybym przypuszczał, że list będzie czytała Nawoja, wyraziłbym zastanowienie (co za polszczyzna nudna), czy i jak byśmy się >nadali na małżeństwo, i dodałbym, że mimo wszystkich Twoich walorów nie uważam, żebym (ja) w najbliższej przyszłości nadawał się na ten >szlachetny cel" - pisał jesienią 1945 roku. Każdy pojawiający się na horyzoncie młody mężczyzna przymierzany był do roli małżonka.

Fot. Z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej

To nie mogło się Ichnie podobać. Ceniła wysoko przyjaźń i obracała się w gronie znajomych, którzy mieli pozostać jedynie przyjaciółmi. Podobnie nie mogło się jej podobać podczytywanie przez siostrę korespondencji adresowanej do niej.

Małżeństwo Nawoi nie było szczególnie udane. Można się tego domyślić również na podstawie korespondencji Szymczaka, który znał Szymańskiego. Pisał do Ichny: "Dziś w nocy zdawało mi się, że na dworcu w Sopocie chodzi, czekając na pociąg katowicki, pan Szymański (ten), wysnobizowany na podróżowo i już przeżywałem radość uniknięcia spotkania, aż tu raptem, w pełnym świetle, pan ten okazał się człowiekiem o całkiem miłej ludzkiej twarzy". Widać, że nie przepadał za szwagrem Ichny; można podejrzewać, że i ona miała ten problem. Szymański był dla nich mieszkańcem świata mieszczańskiego, z którym się nie utożsamiali. Wiążąc się z Włodkiem, Szymborska opuściła ten świat zdecydowanym krokiem.

W tym samym liście Zygmunt zdradza też inne tajemnice życia uczuciowego Ichny; dziękując za dedykację, dodaje w nawiasie: "nie wyobrażaj sobie, że jak się próbnie pobrałaś z kimś-tam, to możesz mnie przez >przypadkowo traktować!". Nie ma szans dociec, kim był ten mąż na próbę; prawdopodobnie nie był to Adam Włodek, o którym parę akapitów dalej Szymczak wspomina zupełnie bez związku z Ichną: "Bardzo interesująco zapowiada się narybek krakowskiej literatury. Ten Włodek, mimo że się nie pozbył kompleksu sztubaka i niedorostka [...] jest bardzo zdolnym chłopakiem. Ma dosyć tupetu, żeby się zdobyć na nonszalancję (taką zieloną i dosyć naciągniętą) czy zgoła bezczelność. Są to >zjawiska, które go moim zdaniem >obciążają. Niechże będzie wreszcie sobą, a nie >młodszym czy >starszym. Ale utalentowany jest i >pożonny chopok". W 1945 roku Włodek znajdował się w orbicie literackich przyjaźni Szymborskiej - i na razie tyle.

Rok później, 21 listopada 1946 roku, pisze Szymczak: "Adresuję na starego Radziwiłła, bo tego nowego nie rozumiem. Rozwód z panią Anną?". Wygląda na to, że Ichna zmieniła adres do korespondencji, być może nawet wyprowadziła się od mamy. Musiał to być trudny moment w jej życiu, co jej korespondent od razu zauważył, bo pisze: "Ostatnio w Twoich listach uderza jakiś, pod maską beztroski i wspaniałego humoru, jakiś ton grobowy. Katastrofizm?".

Czy miało to związek z rozstaniem Ichny z Arturem? Czy wtedy już zdecydowała się na przeprowadzkę na Krupniczą do Włodka - który, dodajmy, był zaangażowany w inny związek? A może przeniosła się do jakiegoś wynajętego pokoju czy mieszkania? Nie bez powodu zapytana po wielu latach o to, czy chciałaby mieć znowu dwadzieścia lat, odpowiedziała spontanicznie i zdecydowanie: "nigdy!". Jeszcze raz przeżywać te rozterki, rozstania, zawody miłosne?

*Fragmenty książki "Szymborska. Znaki szczególne" Joanny Gromek-Illg

Joanny Gromek-Illg, autorka książki 'Szymborska. Znaki szczególne' (fot. Joanna Helander)