Biografie
Wojciech Mann podczas spotkania na temat wystawy Kazimierza Manna (fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta)
Wojciech Mann podczas spotkania na temat wystawy Kazimierza Manna (fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta)

Chciałby pan być ponownie dzieckiem?

Nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie, bo od razu włączają się moje kłębiące myśli. Pytanie, czy chciałbym być dzieckiem w takiej sytuacji, w której nim byłem, czy też dzieckiem w ogóle?

W tej sytuacji, w której pan był.

To udzielę pani odpowiedzi standardowej.

Błagam, nie.

A to dlatego, że wspomnienie o sobie, gdy się było dzieckiem, jeżeli nie żyło się przypadkiem w patologicznej rodzinie, zawsze jest przyjemne. Czas usuwa wszystkie - czy większość - rzeczy niedobrych. W pierwszym odruchu mogę powiedzieć, że byłem dzieckiem zadowolonym z bycia dzieckiem, mimo że mieszkaliśmy w sublokatorskim pokoju, w częściowo zburzonym domu.

Warszawa, przedwojenny budynek przy ulicy Dobrej 22/24.

Cała rodzina mieszkała w czterech ścianach, to było zintensyfikowane bycie razem. Z dzisiejszej perspektywy to wszystko było kołchozowo-byle jakie, ale wtedy przyjmowałem to jako stan naturalny.

Wiedziałem, że w bajkach są książęta i królowie żyjący w pałacach o wielu komnatach. Ale w prawdziwym życiu ludzie mają jeden pokój.

Byłem dzieckiem zadowolonym z bycia dzieckiem, mimo że mieszkaliśmy w sublokatorskim pokoju, w częściowo zburzonym domu (fot. Archiwum prywatne Wojciecha Manna)

Są plusy rodzinnego siedzenia sobie na głowie?

Plusy? Teraz się mądrzę, ale gdy byłem mały, to prawdopodobnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo dobrze się, dzięki ciasnej przestrzeni, poznawaliśmy. Minusy były takie, że - jak to przy każdym długotrwałym obcowaniu tete-a-tete - człowiek zaczyna się denerwować rzeczami, które normalnie niespecjalnie zaprzątają jego uwagę: drobnymi nawykami i sytuacjami, które przy rzadszym kontakcie w ogóle nie ważą.

U nas problemem było palenie papierosów w jednym pokoju przez oboje rodziców. Czasem to przeszkadzało. Oczywiście sam prędko się tego nauczyłem.

Rodzice nie wychodzili zapalić na balkon?

Nie wychodzili, bo gdyby wyszli, toby nie wrócili - nie mieliśmy balkonu.

A bycie razem sprowadzało się też do zwykłej potrzeby kontaktu. Kiedy wyjeżdżałem na obóz harcerski - bo i to mi się zdarzało - to chciałem, by o pewnych sytuacjach, w których biorę udział, wiedzieli rodzice i babcia. To musiało się ograniczać do pisania kartek. Miałem bardziej przedsiębiorczych kolegów, którzy kartki z tekstem "Bardzo za wami tęsknię, tu wszystko w porządku, jem zdrowo, śpię, kiedy trzeba" pisali przed wyjazdem. Taki cwaniak napisał tych kartek sześć, przykleił znaczki i potem co dwa, trzy dni wrzucał do skrzynki. I miał z głowy.

A pan pisał z obozów?

Pisałem. Miałem tendencję, która potem pomogła mi w radiu: lubiłem opowiadać. Mam jedno wspomnienie, z dzisiejszej perspektywy abstrakcyjne, kiedy jako harcerz pojechałem z druhami i druhnami na pięćset pięćdziesiąte obchody rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Tam odbyła się premiera filmu Krzyżacy.

Czyli to był rok 1960, miał pan dwanaście lat.

Był taki tłum, że nie widziałem filmu, tylko słyszałem ścieżkę dialogową, muzykę i odgłosy walk. Lecz byłem tak potwornie przejęty, że wszystko opisywałem babci. Mało tego! Rozpierała mnie duma, ponieważ przy okazji obchodów rocznicy w kiosku z pamiątkami kupiłem, co było wielkim rarytasem, pocztówki ze zdjęciami aktorów z Krzyżaków. I jak wysłałem do babci Danuśkę, to cała rodzina oglądała to dziwo. A z drugiej strony Danuśki znajdował się mój opis pobytu.

Miałem tendencję, która potem pomogła mi w radiu: lubiłem opowiadać (fot. Archiwum prywatne Wojciecha Manna)

Babcia też pisała do pana z epickim rozmachem?

Babcia uważała, że skoro ja opisuję, to już wystarczy. Pytała troskliwie, czy wszystko w porządku, i po cichu, bocznym torem, z pominięciem rodziców, interesowała się, czy nie potrzebuję pieniędzy. Była fantastyczna, bo z zupełnie dziadowskiej renty potrafiła wysupłać parę groszy, by mi wsunąć do kieszeni.

A pan kiedy ostatnio napisał jakiś list?

Podłe pytanie! Ja potwornie bazgrzę. Pisanie odręczne to mój okropny wstyd. Zawsze miałem fatalny charakter pisma, ale teraz to lekarz jest przy mnie kaligrafem. Już lata temu przestawiłem się na pisanie na maszynie.

Kupiłem ją nielegalnie, spod lady, od pana, który reperuje maszyny w centrum Warszawy. W latach 70. trzeba było mieć zgodę na posiadanie tego rodzaju rzeczy, a ja nie miałem.

To była maszyna czechosłowacka marki Consul, na której nauczyłem się pisać. Była dość toporna, więc musiałem walić w klawisze. Efekt był taki, że po tym, kiedy przeszedłem na komputer, to pierwszą jego klawiaturę zdemolowałem, bo waliłem jak w tę maszynę.

Wróćmy jeszcze do pańskiego domu, proszę opowiedzieć więcej.

Były najróżniejsze kłopoty, począwszy od finansowych, ale pamiętam siebie jako dziecko zadowolone, bo nikt mi niczego nie odebrał. Absolutnie przełomowy moment w moim okresie już nie dziecięctwa, lecz nastoletniości był związany z wyniesieniem się rodziny z sublokatorskiego pokoju do własnego mieszkania. Nie zapomnę uczucia trudnego do wyobrażenia luksusu. Rodzice zapowiedzieli, że będę miał własny pokój i wydało mi się to opowieścią bajkową. A to było tak; ponieważ zdecydowanie nie spaliśmy na pieniądzach, to mama na przełomie lat 50. i 60. nakłoniła ojca, by się zapisał do spółdzielni mieszkaniowej i wpłacał konkretne sumy. To mogło oznaczać, że poczekamy na mieszkanie ze dwadzieścia lat. Właściwie nie paliłem się do przeprowadzki, bo jako dziecko w poukładanym miniświatku dobrze sobie radziłem. Tym bardziej że przyszła hiobowa wieść: spółdzielnia będzie budować na Sadybie.

Wojciech Mann i Anna Świątczak podczas finałowego koncertu 'Szansa na sukces' (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Pamiętam opis Sadyby z powieści Bahdaja "Uwaga, czarny parasol".

Dla mnie to było równoznaczne z tym, że będą budować w Skierniewicach - a ja zostanę wyrwany z moimi wątłymi korzonkami z Powiśla i wszystko szlag trafi. Tym bardziej nie chciałem się wynosić. Zmiana otoczenia, szkoły, kolegów, tego, co zdążyłem opanować, pojąć i polubić. Potem przyszła druga wiadomość - jak cud z nieba - że będą jednak budować po drugiej stronie ulicy. Niesamowite! Mogłem wyjść z domu, w którym mieszkałem, i zobaczyć, jak budują dom, w którym będę mieszkać. W 1963 roku weszliśmy do nowego mieszkania po raz pierwszy - wrażenie ogromu potęgowało to, że było ono jeszcze nieumeblowane. Te przestrzenie! Pani sobie wyobraża, że oddzielnie była ubikacja i oddzielnie łazienka? A w łazience okno!

A balkon?

A balkony to były dwa! Sześćdziesiąt parę metrów: trzy pokoje, jeden luksusowy, z loggią, szafy w korytarzu, pawlacze, kuchnia, w ogóle niesamowicie! Siódme piętro najwyższego budynku w okolicy. Kiedy wyszło się na jeden z balkonów, można było zobaczyć panoramę Powiśla i kawałek Śródmieścia. Byłem wstrząśnięty! A jeszcze ojciec nieopatrznie powiedział, bym sobie wybrał pokój. Więc ja wybrałem ten z loggią. Nie byli za szczęśliwi, ale dali słowo. Dostałem pokój luksusowy.

Jak go pan urządził?

Zgodnie z tym, co najbardziej było mi potrzebne. Musiało być miejsce na książki, płyty i sprzęt grający. W sprawie łóżka byłem nieugięty, ponieważ chciałem mieć nowoczesne meble, a nie byle jakie buble. I udało mi się kupić - przy pomocy rodziców - meble malowane białym, utwardzanym lakierem. To wyglądało niezwykle luksusowo. Do tego zestawu nie było łóżka.

Więc osobiście dokupiłem coś, co uznałem za bardzo dobre uzupełnienie łóżka, a mianowicie skręcane z trzech kwadratowych segmentów takie coś do siedzenia. Oczywiście też białe - wszystko idealnie pasowało - tylko nie wziąłem pod uwagę, że miejsca skręcenia, na łączach, drewniane i puste w środku, będą się wbijały w ciało. Kładłem na to trzy koce. Poduchy były wykonane z gównianej gąbki, więc zaraz się zapadły. Dobrych parę lat, a może i więcej spałem na tym czymś - nauczyłem się układać moje kruche ciało, by łączenia wchodziły w trochę bardziej miękkie jego elementy. Opanowałem technikę przewracania się z boku na bok w taki sposób, by nie zrobić sobie krzywdy.

To dobra lekcja, bo w ogóle życie na tym trochę polega.

Oczywiście! A w swoim pokoju poupychałem, co się dało. Kupowałem wtedy książki, maniakalnie.

I maniakalnie czytał pan wszystko, jak leci?

Maniakalnie to czytałem we wcześniejszym okresie mojego życia, kiedy nie miałem przewodnika, który by mi coś podsunął.

Wojciech Mann i Anna Gacek podczas spotkania w sali Tiereszkowej w Pałacu Kultury i Nauki w 2014 roku (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

A rodzice?

Ojciec zbierał albumy i książki historyczne, a te mnie nudziły. Współczesna literatura nie bardzo go wciągnęła, ale może mu robię krzywdę, bo nigdy specjalnie go nie egzaminowałem, patrzyłem na to, co trzyma na półkach. Moja mama natomiast czytała dużo i nie pojmowałem, dlaczego podoba jej się na przykład "Witaj, smutku" Saganki czy "Zielone lata" Cronina.

Ale rzeczywiście, w pierwszym okresie czytałem wszystko i gdy wyjeżdżaliśmy do dziadków do Komorowa, to zapisałem się do lokalnej biblioteki, skąd wypożyczałem książki w ciemno. Było więc i coś dla dzieci, i coś o zwierzętach, i kryminał, i obyczaj. Poznałem wtedy autora Tadeusza Kosteckiego, prawnika, który na boku bawił się w pisanie kryminałów. Zafascynowałem się jego książkami. Postanowiłem, że przeczytam wszystko, co napisał. Proszę sobie wyobrazić moje rozczarowanie, kiedy przeczytałem wszystko Kosteckiego i dowiedziałem się, że on też sporo wydał pod pseudonimem.

A nawet pod wieloma pseudonimami: Krystyn T. Wand, Tadeusz Kryswan, W.T. Christine.

I dawaj teraz szukać! Niczym myśliwy zacząłem go tropić. Zachwyciłem się też Agathą Christie, wchłonąłem całego Sherlocka Holmesa Doyle'a. Przeczytałem wszystkie dostępne kryminały, z niezbyt dobrymi włącznie, hurtem, bez żadnej selekcji. Później babcia od strony mamy kupiła mi "Zagubioną przyszłość" Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki. To było następne zetknięcie z polskim science fiction, które mnie oszołomiło. Napisali trylogię - pozostałe dwie części babcia mi dokupiła, bo zobaczyła, jaki byłem zachwycony tą pierwszą. Wpadłem w kolejny szał czytania. Choć rodzime SF literacko były takie sobie, bardziej pochłaniała mnie tematyka i inność w stosunku do poetyki i tematyki Puca, Bursztyna i gości. Potem odkryłem Raya Bradbury'ego i przeczytałem wstrząsającą dla mnie książkę: 451 stopni Fahrenheita. Tu dotknąłem czegoś więcej niż tylko przygodówki.

*Fragmenty książki "Głos" Katarzyny Kubisiowskiej

Książka 'Głos. Wojciech Mann' (fot. Materiały prasowe)

Wojciech Mann. Dziennikarz radiowy i telewizyjny. Zaczynał w Rozgłośni Harcerskiej, przez lata związany był z Programem III Polskiego Radia, gdzie prowadził takie audycje, jak "Mój magnetofon", "Bielszy odcień bluesa", "Manniak niedzielny", "Manniak po ciemku". W telewizji prowadził "Magazyn pana Manna" w Studiu 2 i poświęcony muzyce rockowej program "Non stop kolor" wspólnie z Janem Chojnackim. W latach 80. był redaktorem naczelnym miesięcznika "Non Stop". Znany z występów w duecie z Krzysztofem Materną, stworzył m.in. takie programy, jak "Za chwilę dalszy ciąg programu" czy "MdM". Sześciokrotny laureat nagrody Wiktora.

Katarzyna Kubisiowska. Dziennikarka "Tygodnika Powszechnego". Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek "Panorama kina najnowszego. 1980-1995. Leksykon" oraz "Lektury na ekranie, czyli mały leksykon adaptacji filmowych". Autorka książek "Rak po polsku", biografii Jerzego Pilcha "Pilch w sensie ścisłym" i biografii Danuty Szaflarskiej "Grać, aby żyć".