Na szczycie*
Kiedy interes z superbohaterami rozkręcił się na dobre, Lee stworzył system, dzięki któremu mógł kontrolować cały dział komiksu. Część jego zawodowych obowiązków koncentrowała się na tworzeniu komiksów, kierowaniu redakcją i zarządzaniu, ale musiał zająć się innymi sprawami z konieczności, jako że Marvel rozwijał się wraz z rosnącą popularnością. Lee nigdy nie szkolił się ani na menedżera, ani na łowcę talentów, ale wieloletnie doświadczenie w biznesie pozwoliło na doszlifowanie i tych umiejętności.
Lee nie tylko wiedział, którego rysownika przydzielić do danego projektu, jak Steve'a Ditko do Spider-Mana zamiast Jacka Kirby'ego, ale też szanował freelancerów, którzy od zawsze byli filarami świata komiksu. Umiał rozpoznać prawdziwy talent i dzięki temu zebrał zespół, który tchnął w Marvela nowego ducha. Komiks o superbohaterach łączył rysunek i scenariusz w taki sposób, jakiego branża jeszcze nie znała. Trzon wolnych strzelców współtworzył cięte dialogi i różnorodne postaci, z których on i inni scenarzyści budowali komiksowy katalog.
Wyjątkowa umiejętność Lee polegała na naśladowaniu głosu i atmosfery początku lat 60. i przeniesieniu ich na karty komiksu. (...) Zmieniała się cała popkultura. Lee udało się złapać ten rytm dzięki realistycznym postaciom, których ogromną moc równoważyły egzystencjalny ból; idea ta przeniknęła do mediów głównego nurtu. Jak tłumaczył: "Próbowaliśmy pisać i rysować możliwie najlepiej, jak potrafiliśmy, żeby dodać do komiksów nowe konteksty. Cała filozofia polegała na traktowaniu ich niczym baśni dla dorosłych, takich, które sami byśmy chcieli przeczytać".
Jako redaktor i dyrektor kreatywny, to Lee ustalał, jakim głosem będzie mówiło wydawnictwo poprzez dobór zaufanych rysowników i scenarzystów. Gdy trafił na kogoś, kto posiadał nieprzeciętne umiejętności, ukierunkowywał go tak, żeby ten dostosował się do wyjątkowego procesu twórczego Marvela. Przykładowo, Lee szybko poznał się na stylowych pracach rysownika George'a Tuski, który - jak twierdził niejeden zainteresowany - posiadł unikatowe umiejętności w branży komiksowej. Szybko został jednym z jego ulubieńców. Według Gene'a Colana, rysownika Daredevila, "Stan zawsze traktował te prace jako wzór dla nas wszystkich". (...) Sam Colan nie dostał się do DC. Firma trzymała się ciągle tej samej ekipy i nieczęsto przyjmowała nowych. Szacownemu liderowi rynku wydał się po prostu za mało doświadczony. Rysownik opowiadał później: "Stan dojrzał w moich pracach coś, czego nikt inny nie dostrzegł. Dlatego się rozkręciłem, bo wierzył we mnie. Nie wszystko robiłem dobrze, byłem za młody i musiałem się jeszcze sporo nauczyć".
Dowódca
Lee musiał również stawić czoła brutalnej rzeczywistości, która objawiała mu się zwykle jako bezwzględny grafik wydawniczy kładący nacisk nie tyle na szybkość produkcji, ile na jej wydajność. Rysownicy spodziewający się zleceń polegających na zilustrowaniu konkretnego scenariusza (albo przywykli do podobnej organizacji pracy w innych wydawnictwach komiksowych lub magazynach) musieli się przestawić na styl Lee. Colan wspomina, że naczelny dawał im "bezprecedensową swobodę", co przekładało się na większe zadowolenie rysowników. "Zwykle rozmawiałem ze Stanem przez telefon o zarysie fabuły, nagrywając rozmowę, ale najczęściej było to zaledwie parę zdań". Lee mówił mu: "Chcę mieć to na początku, to później, a to na końcu. Reszta należy do ciebie".
Lee był coraz bardziej rozpoznawany w branży komiksowej. Był świadomy zmienności rynku i związanych z tym konsekwencji. Dlatego wielu rysowników stało się jego wielkimi orędownikami, co miało istotne konsekwencje: oni pracowali do późna, aby zaspokoić wszystkie potrzeby firmy, a Lee zapewniał im stałe zlecenia.
Dla O'Neila, Roya Thomasa i innych rysowników Lee był niczym generał, tyle że wykazujący się dobrocią, jakiej po dowódcach raczej nikt z zasady się nie spodziewa. Co prawda nie spędzał zbyt wiele czasu na pogaduszkach ze swoim zespołem - głównie z powodu różnicy wieku - lecz ich podziw dla naczelnego był głęboko zakorzeniony, to oni byli jego pierwszymi "prawdziwymi wyznawcami". O'Neil mówił: "Nauczyłem się podstaw dzięki Stanowi, nie było wtedy na rynku lepszego wzoru do naśladowania". Młodzi scenarzyści realizowali rewolucyjne projekty pod czujnym okiem pioniera tej branży, lub - jak dodawał O'Neil - "najlepszego scenarzysty komiksowego na świecie".
Lee ewidentnie miał nosa do wyszukiwania nowych talentów. Wystarczy prześledzić dalsze losy odkrytych przez niego twórców, aby znaleźć potwierdzenie tych słów. Przez długie lata po sukcesie odniesionym przez Lee, Kirby'ego, Ditko i innych, Marvel funkcjonował jak komiksowy uniwersytet nauczający nowe pokolenie, jak rozwinąć i ulepszyć podejście do procesu twórczego, który zyska później sławę jako "metoda Marvela".
Trzy sekretarki
Sukces odniesiony przez Marvela dzięki superbohaterom wiązał się jednak ze zwiększeniem presji ciążącej na dziale komiksu, oczekiwano bowiem, że będą tyrać jeszcze szybciej, łącznie z Lee, który praktycznie dobił już do limitu prędkości, z jaką można pisać. Podjął wówczas słynną decyzję zatrudnienia aż trzech sekretarek, którym dyktował po kolei szkice fabuł; gdy mówił do jednej z nich, pozostałe dwie przepisywały notatki. "Na samym początku pisałem dla Marvela praktycznie wszystkie fabuły. Nie wyrabiałem" - mówił Lee.
Produkcja komiksowa zakładała, że wszyscy muszą być nieustannie zajęci, ale rysownikami kierowała zdecydowanie bardziej podstawowa potrzeba, bo jeśli nie rysowali strona za stroną, nie dostawali pieniędzy. Lee opracował sposób, aby cały czas mieli co robić. Opowiadał, jak po złożeniu zamówionych prac przestępowali z nogi na nogę, zawsze czekając na więcej. Ale zbyt często Lee nie miał jak zaspokoić tej podaży, dlatego zmienił system: "Lecz nie mogłem przestać robić tego, co robiłem. [dlatego] mówiłem ogólnie, czego oczekuję. Rysownik szedł do domu i rysował tak, jak chciał, przynosił mi ilustracje, a ja pisałem dialogi i nagłówki".
Lee wymyślił "metodę Marvela" spontanicznie bez planowania nowego systemu produkcji komiksowej lub - jak sam tłumaczył - "wynikało to z czystej potrzeby". Nowy proces sprawdził się - wykorzystywał potencjał zatrudnianych przez niego freelancerów. "Byli jak reżyserzy filmowi - wspominał. - Stali się wizualnymi opowiadaczami historii". Lee dawał im sporo interpretacyjnej swobody i rysownicy podchodzili po swojemu do podyktowanego na szybko przez telefon zarysu fabuły. "Gdy rzucałem im pomysł, potrafili go rozbić i napisać początek i zakończenie, wyczuć, gdzie dać te najbardziej interesujące kąski". Kiedy jednak rysownik nie do końca trafił w oczekiwania Lee, ten odkrył, że może podrasować to i owo dzięki efektom dźwiękowym lub dodatkowemu dialogowi: "Było to moje wyjście awaryjne, godziłem się na to, aby chłopcy mieli pracę. Dzięki temu okazało się, że możemy opowiadać lepsze historie".
Więź
Efektem szalonego, czteroletniego pędu Lee była superbohaterska gorączka i kompletne przetasowanie na rynku komiksowym, które wywindowało Marvela na sam szczyt. Firma - podobnie jak i jej redaktor naczelny - stała się wyznacznikiem tego, co jest fajne. Superbohaterowie stali się najgorętszym towarem amerykańskiej popkultury i powoli zdobywali rynki na całym świecie.
W 1965 roku Lee i jego zespół zainicjowali serię zmian i lekkich modyfikacji gatunku superbohaterskiego, co umożliwiło zbudowanie spójniejszego, zunifikowanego kosmosu przy jednoczesnym umocnieniu rozrastającego się grona czytelniczego. Przez parę następnych lat ich celem nie było poszerzanie uniwersum skokami i susami, ale pogłębianie kontekstu i operowanie niuansami. Lee wierzył, że intensyfikacja relacji pomiędzy postaciami i przeplecenie superbohaterskich rzeczywistości umożliwi przyszły rozrost i - co ważniejsze - zbuduje silniejsze więzi pomiędzy komiksowymi postaciami a czytelnikami.
Serce Marvela nadal biło najmocniej, kiedy scenariusze koncentrowały się na autentycznych trudach codzienności, z którymi zmagali się zwyczajni ludzie niespodziewanie obdarowani nadludzkimi mocami. Lee prędko zajął się całym spektrum międzyludzkich relacji - także miłosnymi uniesieniami i udrękami - podobne podejście okazało się naturalne także i dla reszty zespołu, przynajmniej na wysokim szczeblu. (...)
Opera mydlana
Romantycznym interludium, które przyciągnęło największa uwagę, był ślub Reeda Richardsa i Susan Storm na łamach Fantastic Four Annual #3. Kirby olśnił czytelników grubszym niż zwykle zeszytem, zawierającym dodatkowo przedruki dwóch lubianych numerów. (...) Sam Lee entuzjastycznie określił to wydanie mianem "najbardziej sensacyjnego superspektaklu, jaki widziały ludzie oczy!!". (...)
Również w tym roku na stronach The Amazing Spider--Man #25 po raz pierwszy pojawiła się Mary Jane Watson, lecz Ditko strategicznie nie pokazał jej twarzy, pozwalając innym skomentować urodę dziewczyny: "To przyjaciółka Petera? Wygląda jak gwiazda filmowa!". Czytelnicy zobaczyli ją dopiero po paru latach. Pod koniec 1965 roku zadebiutowała blond piękność Gwen Stacy, ale tak jak z MJ nieszczęsnemu Peterowi długo zajęło umówienie się z nią na randkę. Gdy się spotkali po raz pierwszy, Parker był tak zajęty ukrywaniem przed ciocią May swojej sekretnej tożsamości Spider-Mana, że praktycznie zignorował biedną Gwen.
Zespół Marvela wykorzystywał taktyki przypominające te znane z oper mydlanych i inne techniki narracyjne, aby umocnić więzi postaci z fanami. Jako że superbohaterowie Lee byli celowo bardziej realistyczni i przypominali zwykłych ludzi, pomysł uwikłania ich w trudne związki i inne napotykane w prawdziwym świecie wyzwania pogłębiał tę relację.
O uwagę odbiorcy rywalizowało ze sobą zbyt wiele rzeczy, jak chociażby narodowa sensacja, jaką był przyjazd zespołu The Beatles, czy czysto polityczne zdarzenia, na przykład marsz Martina Luthera Kinga w 1965 roku w Alabamie w obronie praw obywatelskich i rosnące zaangażowanie wojsk amerykańskich w Wietnamie. Komiksom niełatwo było przebić tak istotne wydarzenia, ale za to dało się je sprzedawać jako przyjemną odskocznię od ciężaru prawdziwego życia.
Fani polują, fani kupują
Biorąc pod uwagę poprawiającą się w połowie lat 60. jakość marketingu, reklamy i public relations wydawnictwa, Marvel mocno starał się zwiększyć sprzedaż. Ulotka z 1965 roku skierowana do firm dystrybucyjnych wykorzystywała charakterystyczną dla Lee barwną gadkę i usiłowała przekonać potencjalnych kontrahentów krzykliwym: "Fani POLUJĄ, fani KUPUJĄ". O ile niewielu właścicieli punktów z prasą dałoby się przekonać samymi zachętami, o tyle żaden nie mógł negować ogromnego popytu na produkty Marvela. W 1960 roku firma sprzedawała około 16,1 miliona egzemplarzy komiksów, w 1964 roku liczba ta wynosiła już 27,7 miliona, a w kolejnym wydawnictwo spodziewało się zwiększyć sprzedaż do 35 milionów.
Marketingowa broszura podkreślała to, z czego firma zdążyła już zasłynąć i co stanowiło o jej sukcesie: "tajna formuła" superbohaterska opracowana przez Lee i jego zespół znacząco poszerzyła grono czytelnicze, docierając tym samym do starszego odbiorcy, łącznie ze studentami college'u i dorosłymi. Ulotka mówiła, że jednym z głównych założeń Marvela było skoncentrowanie się na tym, aby superbohaterowie "przyciągnęli zupełnie nowy rodzaj czytelnika. fankluby Marvela wyrastają jak grzyby po deszczu w college'ach i na uniwersytetach od wybrzeża do wybrzeża". Marketingowcy Marvela założyli, że sprzedawcom już ta informacja zaimponuje, lecz i tak nie omieszkali się pochwalić, że w ciągu miesiąca zapisało się do nich 50 tysięcy fanów.
Legenda Lee
Wytrwałość i pracowitość Lee stały się wręcz legendarne. Jego postać inspirowała ściąganych do Marvela freelancerów, którzy również harowali od rana do nocy, często na skraju wyczerpania. Nawet awaria prądu nie powstrzymała Lee przed dokończeniem wyznaczonych stron. Podczas pierwszej poważniejszej przerwy w dostawie energii do Nowego Jorku w 1965 roku O'Neil i zastępca redaktora Roy Thomas zrobili sobie wolne, ale Lee pracował w domu przy świecach. "Strony miały plamy z wosku" - wspominał O'Neil, choć trudno powiedzieć, czy to faktycznie prawda, czy może kolejna z otaczających Stana licznych zmyślonych opowiastek.
Rozpisywanie fabuł nie zabierało Lee dużo czasu. Co miesiąc robił różne tytuły - 10, może 12 - i przekazywał je rysownikom. Kiedy ten dostarczył mu swoje prace, Lee wypełniał dymki. Naczelny nadzorował również stronę graficzną komiksów, łącznie z okładkami. "Dopisując tekst - tłumaczył - robiłem notatki na temat tego, co rysownik musi jeszcze poprawić". Czasem odchodził od pierwotnego zamysłu, bo rysownik poprowadził historię nieco inaczej. Kirby na przykład przerabiał scenariusze po swojemu i Lee musiał jakoś wymyślić wszystkie dialogi tak, aby do siebie pasowały, co porównywał do "rozwiązywania krzyżówki".
Spider-Man w Białym Domu
W 1989 roku, kiedy prezydent Ronald Reagan i jego żona Nancy przygotowywali się do powrotu do cywilnego żywota po ośmiu długich latach spędzonych w Białym Domu, dziennikarz Mike Wallace z programu 60 Minutes przeprowadził wywiad z pierwszą parą zaledwie na kilka dni przed ich wyjazdem na kalifornijskie ranczo. Rozmawiali na różne tematy, od trwałości małżeńskich więzi do niełatwego czasu prezydentury spędzonej w stolicy. W pewnym momencie Wallace skierował dyskusję na interesujące, choć niezwiązane z poprzednimi wątkami sprawy, aby przybliżyć widzom codzienną rutynę Reagana. Wallace zapytał prezydenta: "Czy czyta pan rano komiksy?". Reagan opowiedział wtedy, jak wygląda jego poranek, tłumacząc, że faktycznie zaczyna od przeglądania pasków komiksowych, a dopiero potem przerzuca się na "poważniejsze rzeczy" i tak przygotowuje się do rozpoczęcia dnia.
Dziennikarz doprecyzował, że prezydent najbardziej lubi komiks o Spider-Manie, a Reagan rozkręcił się na temat czytania i przyznał, że nie wyobraża sobie nie mieć książki pod ręką. Krytycy prezydenta mogliby sobie pożartować, że potencjał intelektualny pozwalał głowie państwa na zrozumienie jedynie gazetowego paska o Pająku, ale Lee poczuł się wyróżniony, mając świadomość, że Reagan czyta jego komiksy. Nie na darmo Stan na przestrzeni lat użyczył Spidey'ego niejednej kampanii społecznej.
Deklaracja Reagana, który czytywał Spider-Mana do śniadania, pokazywała dobitnie, jakiej pozycji dorobiła się ta postać, Marvel Comics i Stan Lee. Przywódca światowego mocarstwa rozpoczynał dzień od lektury tego, co napisał Lee! Podobne wieści pomogłyby każdemu przetrwać kolejne nudne spotkanie z firmą producencką czy przetrawić myśl, że następna hollywoodzka gwiazda przymierza się do roli superbohatera. Gdy świat odkrył, że prezydent czyta paski Lee, jemu właśnie stuknęła sześćdziesiątka, ale nadal miał energię, której mogliby mu pozazdrościć ludzie o połowę młodsi.
Excelsior!
*Fragmenty książki "Stan Lee. Człowiek-Marvel" Boba Batchelora w tłumaczeniu Bartosza Czartoryskiego. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>