Biografie
Robin Williams na gali nagród LA Britannia Awards w 2011 r. (fot. Shutterstock)
Robin Williams na gali nagród LA Britannia Awards w 2011 r. (fot. Shutterstock)

Najlepszy kumpel

Robin wydawał się oscylować między skrajnościami - odbył podróż z krainy oślepiającego słońca i gorącego piasku do miejsca, gdzie panował tęgi mróz i piętrzyły się śnieżne zaspy. Wiosną 2004 roku znów znalazł się za północną granicą USA, na planie "Ciała za milion". (...) Obie współpracownice wiedziały już wówczas, że Robin znów zaczął pić. Nawet gdyby się zmieniały, nie byłyby w stanie upilnować go przez cały czas na planie i po zakończeniu zdjęć, a kiedy aktor decydował się wyjść samemu wieczorem na gościnne występy do klubu komediowego, sprawa była przegrana. Po takich popisach Robin zostawał sam, a sympatyczny, towarzyski charakter, jego najcenniejszy skarb, stawał się największym zagrożeniem. Minns: "Sprawiał, że wszyscy naokoło niego czuli się jak jego najlepsi przyjaciele, więc kiedy go widzieli - a oczywiście znali go i wiedzieli, że jest tak cholernie zabawny - chcieli nacieszyć się jego towarzystwem, a on im na to pozwalał. Potrafił zaprzyjaźnić się z całkowicie nieznajomymi ludźmi, którzy myśleli sobie: 'Wow, właśnie zakumplowałem się z samym Robinem Williamsem!'. Nie, tak naprawdę żaden z nich nie był jego kumplem. Cały czas miałyśmy ten problem. Mówiłyśmy wtedy razem z Rebeką: 'Błee, jego nowy najlepszy przyjaciel' albo 'O, nowy świetny kumpel!'. Musieliśmy się ich potem jakoś pozbyć. Robin po prostu nie chciał zrażać do siebie ludzi".

Matt Damon, Robin Williams i Ben Affleck na 70. gali rozdania Oskarów w 1998 roku (fot. Shutterstock)

Robinowi podczas takich spotkań zwykle stawiano alkohol i nie tylko. Minns relacjonowała: "Oferowali mu wszelkie narkotyki, jakie można sobie wyobrazić. Wszystko. A jeżeli zdążył sobie już trochę popić, przyjmował każdą propozycję. Okropne". Wówczas najbliższe współpracownice zrozumiały, że wrócił na złą drogę. Minns kontynuowała opowieść: "Podczas kręcenia Ciała za milion pił już bardzo dużo, naprawdę, to była jazda bez trzymanki. Właśnie wtedy stało się jasne, że stracił nad tym kontrolę. Tak naprawdę musiał stracić ją już wcześniej, ale wtedy zaczął pić publicznie, nie krępował się, że ktoś zobaczy jego wyczyny".

Sam Robin twierdził, że kroczył drogą trzeźwości przez blisko dwie dekady, a pierwsze kroki na ścieżce zbaczającej z tej drogi postawił podczas zdjęć w Skagway na Alasce. Nie mając tam nic do roboty, a dysponując nadmiarem czasu, uległ obsesji rozpamiętywania swoich dokonań, analizując jedną przegraną za drugą, podliczając pomyłki i przekonując sam siebie, że tym razem już nic mu nie pomoże. Później wspominał: "Moja kariera filmowa nie rozwijała się w dobrym kierunku. Pewnego dnia wszedłem do sklepu i zobaczyłem małą butelkę Jack Daniel's. Wtedy ten głosik - nazywam go siłą niższą - szepnął mi: 'Hej, spróbuj łyczka. Tylko jednego'. Wypiłem tę butelczynę i nastąpił krótki moment, kiedy poczułem się naprawdę wspaniale". Opowiadał: "Kiedy tylko pociągnąłem łyk, poczułem, jak mi ciepło i cudownie A potem wszystko potoczyło się szybko - znów miałem problem i zostałem z nim sam. W ciągu tygodnia zacząłem kupować tyle alkoholu, że gdy wracałem z zakupów, moja siatka brzmiała jak dzwony rurowe".

Czasami Robin żartował, ponieważ humor pomagał mu w kłopotliwych sytuacjach. Zdarzało się też, że uciekał się do dowcipów, kiedy był wściekły. A czasem opowiadał je, ponieważ był przerażony.

Powrót nałogu nastąpił podczas kręcenia filmu 'Człowiek za milion'. Po lewej Robin z żoną Marshą, po prawej na gali Oskarów z Robertem Duvallem (fot. Shutterstock)

Upadek

Ze wszystkich nagród, które Robin zdobył w karierze, ta była wyjątkowa. Kiedy w wieku pięćdziesięciu trzech lat wręczono mu nagrodę im. Cecila B. DeMille'a, przyznawaną za osiągnięcia całego życia, podczas uroczystości Złotych Globów 16 stycznia 2005 roku, miał dość czasu, żeby przygotować podziękowanie. Zaczął przemowę z udawanym zagranicznym akcentem, dziękując Hollywoodzkiemu Stowarzyszeniu Prasy Zagranicznej w różnych językach "po pierwsze, za bar z darmowymi drinkami". Od razu ocenił też nową statuetkę "z małym sutkiem na wierzchu", a następnie przyłożył ją sobie do piersi, wspomnianą wypustką na zewnątrz, i ogłosił, że nazywa się Janet Jackson.

Następnie już z większą powagą podziękował trójce swoich dzieci, które tego wieczoru były wraz z nim na sali: Cody'emu, który miał wówczas trzynaście lat, a którego nazwał "poetą ninja"; piętnastoletniej Zeldzie, "fotografce, aktorce i wielkiej fance Hello Kitty" oraz Zakowi, dwudziestojednolatkowi, "lingwiście, który niedługo otworzy zakład naprawy składni". Każde z dzieci musiało wytrzymać krótką chwilę, podczas której pokazywała je kamera. Było widać, że chcieli wesprzeć ojca, ale jednocześnie ze skrępowania najchętniej zapadliby się pod ziemię. Robin ciągnął: "Chciałbym także podzielić się tą nagrodą z wyjątkową kobietą - osiągnięciem mojego życia - z Marshą. Najchętniej przyznałbym ci Krzyż Walecznych za życie z komikiem. To interesująca praca, prawda? Jesteśmy teraz troszkę nie w sosie. Mamy gorszy moment. Ale dziękuję, że dałaś mi schronienie w samym środku schadenfreude".

Marsha dmuchnięciem posłała mu pocałunek z koniuszków palców, ale jej spojrzenie pozostało poważne. Niedawno przeżyła trudne chwile i tylko ona oraz kilku ludzi na sali wiedziało, jak trudne. Rodzina przechodziła kryzys, który w ostatecznym rozrachunku niestety miał ich wiele kosztować.

Robin zdobył wiele nagród. Z lewej ze statuetką People's Choice Awards w 2007 r., a z prawej z nagrodą Cecile'a B. DeMille'a w 2005 r. (fot. Shutterstock)

Robin znowu zaczął pić - a jego żona i dzieci o tym wiedziały. Nie żeby zadawał sobie jakikolwiek wysiłek, by to przed nimi ukryć. Próbował przekonać sam siebie, że jeśli chce, to potrafi uniknąć pułapek wynikających z przedawkowania alkoholu, mimo to doskonale wiedział, że sprawy mają się bardzo źle. Później wyjaśniał: "Myślałem sobie: 'Dam radę. Kontroluję się'. Tak, na jakiś dzień, nie dłużej. No, może tydzień. Nie piłem przez tydzień, a potem: bang! I przez kolejny tydzień wracałem do punktu wyjścia. A potem jeszcze raz".

Robin sądził, że na dobre poradził sobie z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków już wiele lat wcześniej, kiedy zakończono produkcję "Morka i Mindy", a kiedy urodził się Zak. Ponieważ jednak rzucił wówczas picie i ćpanie bez fachowej opieki czy też leczenia, nie zastanawiając się nawet nad czynnikami, które mogły go doprowadzić do nadużywania alkoholu i narkotyków, powrót do starych nawyków po latach był o wiele bardziej bolesny. Stwierdził: "Przez dwie dekady byłem czysty, ale gdzieś z tyłu, w tle cały czas czaił się ten głos, który kusił mnie do złego. Dlatego, kiedy znów zacząłem, poszedłem na całość".

Robin był w pełni świadomy, że alkoholizm realnie i trwale niszczy jego relacje z rodziną, do tego stopnia, że nie da się ich uzdrowić już nigdy, nawet gdy on sam wytrzeźwieje na stałe i wyrazi skruchę z powodu niewłaściwego postępowania. Powiedział: "Zachowałem się karygodnie. Robiłem naprawdę niesmaczne rzeczy, a z tego trudno się otrząsnąć. Można powiedzieć: 'Przebaczam ci i tak dalej', ale to nie to samo, co podniesienie się po takim upadku. Trudno jest wrócić do siebie".

Robin z córką Zeldą na premierze filmu 'Old Dogs' w 2011 roku (fot. Shutterstock)

Śmiech przez łzy

W tym czasie jego aktorska kariera sięgnęła dna, tak jak się tego obawiał przez wiele lat. "Wersja ostateczna" okazała się klapą; nie wypalił eksperyment z cyfrową dystrybucją i po wyświetlaniu w zaledwie stu piętnastu kinach film zniknął z ekranów. Robin otrzymał niezłe cięgi od krytyków za występ w produkcji "Głowa do góry". W tym osadzonym w latach siedemdziesiątych komediodramacie, napisanym i wyreżyserowanym przez Davida Duchovnego, Robin zagrał upośledzonego w rozwoju sprzątacza (jak wyraził się jeden z recenzentów "kolejna z jego wzbudzających mdłości ról uroczych dziwaków"), a Zelda - małą rolę drugoplanową. "Ciało za milion", film, którego kręcenie w ponurych arktycznych okolicach sprawiło, że Robin wrócił do nałogu, przepadł w pomroce dziejów. (...)

Mimo opłakanej sytuacji jego zachwyt całym światem, wyrażający się odczuwaniem złośliwej przyjemności z rzeczy, których uprzejmi ludzie nie powinni uznawać za zabawne, miał się nieźle. Musiał tylko znaleźć dla niego jakieś ujście. Kiedy latem 2004 roku zmarł Ronald Reagan, Billy Crystal oglądał w telewizji transmisję z jego pogrzebu. Wówczas rozległ się dzwonek telefonu, to był Robin, który jednak nie mówił własnym głosem, ale suchym szeptem Reagana, tak jakby dzwonił on z zaświatów. Crystal szybko podchwycił żart. Po latach wspominał: "Zaczęliśmy bawić się konwencją wywiadu. Zapytałem, czy tam na górze jest pięknie, a on odpowiedział: 'Noo, tak, ale strasznie tu gorąco'. Ale tam nie powinno być gorąco. 'Och. Może to dlatego, że mam na nosie jaja Nixona'. Ciągnęliśmy tę rozmowę przez dłuższą chwilę, tak była zabawna. A potem zastanawialiśmy się nawet, czyby nie wejść do studia, nie upuścić sobie trochę pary i nie poświntuszyć we dwóch".

Szczyt kariery Williamsa przypadł na lata 90. Z lewej Robin na festiwalu w Cannes w 1997r., z prawej ceremonia wręczenia gwiazdy w Alei Gwiazd w Los Angeles w 1990r. (fot. Shutterstock)

Wówczas jednak Robin poniósł wielką osobistą stratę, która okazała się być początkiem fatalnej passy w jego życiu. Jego serdeczny przyjaciel Christopher Reeve nabawił się wyjątkowo poważnych powikłań po odleżynach, dotykających zwykle osób spędzających życie na wózku, zapadł w śpiączkę i 10 października 2004 roku zmarł. Przez dziewięć lat od upadku z konia, którego rezultatem był paraliż niemal całego ciała, Reeve nie porzucił nadziei, że któregoś dnia znów będzie chodził. Stopniowo odzyskiwał władzę nad niektórymi częściami ciała - palcem wskazującym czy płucami - a dla Robina był uosobieniem wiary, heroizmu i potęgi ludzkiego mózgu. Robin, który obserwował, jak Reeve zmaga się z powikłaniami związanymi z paraliżem - i zwykle zwycięża - na wieść o śmierci przyjaciela przeżył wstrząs, który kilka miesięcy później pogorszyła jeszcze informacja, że Dana, żona Reeve'a, ma raka płuc. Zmarła w 2006 roku.

Najmocniejszym ciosem była jednak dla Robina świadomość, że Reeve, któremu wypadek odebrał tak wiele siły i witalności, mimo ogromnej determinacji nie był w stanie pokonać następstw swojej kontuzji. Po śmierci przyjaciela Robin przyznał: "Nie zdawałem sobie sprawy, że pozostawał przy życiu tylko cudem. Wielu ludzi mówiło mi, że żył i tak dużo dłużej, niż się spodziewali, a ja odpowiadałem, że nie wiedziałem, iż jego zegar biegnie szybciej niż dla każdego z nas. Chris wydawał się niezniszczalny, przynajmniej w części". (...)

Wszyscy zrozumieliby, gdyby Robin wyjaśnił, że wrócił do nałogu,by odreagować wszystkie te nieszczęśliwe wydarzenia, ale on zaprzeczał takiej interpretacji: "To był z mojej strony wyraz skrajnego egoizmu. Bardzo się bałem, a potem myślałem: 'Och, to nieco złagodzi strach'. I piłem, ale alkohol w niczym nie pomagał". Na liście jego obaw figurowała tylko jedna pozycja, jak sam stwierdził: "Wszystko. Wszystko naokoło sprawia, że trzęsę się ze strachu. Wprawia mnie to w stan ciągłego niepokoju".

Robin Williams, Whoopi Goldberg i Billy Crystal na gali w Nowym Jorku w 2010 r. (fot. Shutterstock)

W 2005 roku podczas kolacji z okazji Święta Dziękczynienia obchodzonego wraz z rodziną Robin tak się urżnął, że musiał zostać odprowadzony na górę i zapakowany do łóżka. Wydarzenie to nie zmieniło jednak jego postępowania. Wiosną 2006 roku przy okazji festiwalu filmowego w Cannes zorganizowano imprezę charytatywną na rzecz chorych na AIDS. Robin pojawił się tam czerwony jak burak, chwiejąc się na nogach, a połowę twarzy zasłaniały mu dizajnerskie okulary przeciwsłoneczne. Podczas imprezy zapłacił osiemdziesiąt tysięcy dolarów za występ Wyclefa Jeana, a czterdzieści tysięcy za naszyjnik Armaniego z diamentami (w tym czasie zdarzyło mu się również wyznać: "Właśnie kupiłem fiolkę koki za czterdzieści tysiaków").

Tamtego dnia Robin myślał, że zostanie publicznie upokorzony przed całym światem. Później relacjonował: "Zdałem sobie sprawę, że jestem nieźle upalony. Patrzę, a tu nagle przede mną wyrasta ściana paparazzich. Pomyślałem wtedy: 'No dobra, teraz się wydało'". To jednak również nie skłoniło go do poważniejszej refleksji nad swoim życiem. (...)

Interwencja

A potem - przynajmniej w oczach członków swojej rodziny - Robin upadł jeszcze niżej. Zak opowiadał: "Doszło do tego, że w ogóle już nie funkcjonował na jakimkolwiek poziomie. Szczerze mówiąc, sprawy potoczyły się bardzo źle, i to w bardzo szybkim tempie". Trzeba było dopiero interwencji - a ostatecznie postawienia ultimatum - ze strony pozostałych członków rodziny, by Robin zaakceptował fakt, że potrzebuje pomocy w związku ze swoim alkoholizmem, a rodzina nie jest w stanie skutecznie mu pomóc. Musiał udać się do ośrodka leczenia uzależnień i tam przejść terapię. Później Robin chętnie przyznawał się do autorstwa tej decyzji: "To ja ją podjąłem, chociaż cała moja rodzina również miała na to wpływ. Powiedzieli: 'Musisz iść do kliniki', a ja na to: 'Macie rację. Nie powinienem wam wciskać kitu. Wiem, że potrzebuję pomocy'. I tak, dzięki rodzinie i przyjaciołom, poszedłem na odwyk".

Książka Davida Itzkoffa ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Wikipedia / mat. prasowe)

Niektórzy z jego przyjaciół czuli jednak, że dowiedzieli się o wszystkim dopiero wtedy, gdy uzależnienie Robina osiągnęło naprawdę niebezpieczne stadium. Billy Crystal stwierdził: "Ukrywał przede mną różne rzeczy, aż któregoś dnia się załamał i wszystko opowiedział. Wyjaśnił, że znów zaczął pić, że spieprzył sprawę, zranił w ten sposób wszystkich, a teraz ma zamiar iść na odwyk. Trudno mu było zaakceptować oburzenie, jakie wówczas wzbudzał, ale rozumiał, że musi zapłacić cenę za swoje wyskoki".

Crystal powiedział także, że nigdy nie odmówiłby pomocy Robinowi, gdyby przyjaciel jej potrzebował: "Choroba to choroba, tym właśnie był jego alkoholizm. Nie jest to jednak żadne usprawiedliwienie jego zachowania. A my byliśmy do dyspozycji, również ze względu na Marshę i dzieci". Po czym dodał: "To była próba naszej przyjaźni. Uwielbialiśmy całą rodzinę, w tym dzieci, a działa im się krzywda. To był najbardziej ponury okres w naszej przyjaźni".

*Fragmenty biografii Robina Williamsa autorstwa Dave'a Itzkoffa w przekładzie Macieja Studenckiego. KSIĄŻKĘ MOŻNA KUPIĆ W PROMOCYJNEJ CENIE>>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>