Biografie
Adolf Dymsza to jedna z najważniejszych postaci polskiego kina (fot. Edward Hartwig / Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Adolf Dymsza to jedna z najważniejszych postaci polskiego kina (fot. Edward Hartwig / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

*Przypominamy najchętniej czytane artykuły*

To przypadek biografii, w której nic wielkiej kariery nie zapowiadało. Ojcem Adolfa Bagińskiego, bo tak naprawdę nazywał się Dymsza, był kolejarz. Matka, Matylda z domu Połądkiewicz, zajmowała się domem i dziećmi. Przyszły aktor przyszedł na świat 7 kwietnia 1900 roku w Warszawie. Chciał wyrwać się z małego mieszkanka w ubogiej dzielnicy. Chociaż ukończył szkołę handlową, szansy na to upatrywał raczej na scenie teatru. Jak pokazał czas, miał rację.

Jego debiut był fiaskiem - Adolf wypadł na tyle źle w jednoaktówce "Hotel Wanz", że spektakl szybko zdjęto z afisza Qui Pro Quo. Żeby się utrzymać, musiał dorabiać jako kelner czy wodzirej. Dyrektor teatru Qui Pro Quo postanowił jednak dać mu jeszcze jedną szansę i tej już początkujący aktor nie zmarnował. Wymyślił sobie nawet pseudonim artystyczny - ponoć chciał się nazywać Scipio del Scampio, ale jego roztrzepana siostra Zuzanna kartkę z nazwiskiem zgubiła, więc kiedy w teatrze trzeba było podać pseudonim na afisz, na szybko wymyśliła Dymszę. Później aktor utrzymywał, że pseudonim stworzył sam, inspirując się nazwiskiem posła do carskiej Dumy, Leopolda Dymszy, znalezionym w kalendarzu "Kuriera Porannego". Niezależnie od tego, która wersja była prawdziwa, sceniczne nazwisko przylgnęło do Adolfa.

Adolf Dymsza (z lewej) i Tadeusz Olsza w skeczu 'Sznycel' w kabarecie Qui Pro Quo w Warszawie (fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji/NAC sygnatura 1-K-11406a)

Talent młodego aktora docenił współpracujący z teatrem Julian Tuwim. Szybko się z Dymszą zaprzyjaźnił i zaczął pisać role specjalnie dla niego. To on stworzył jego najsłynniejszą kreację z Qui Pro Quo - postać Teofila Winegreta, ekscentryka z gęstą czarną brodą i krzaczastymi brwiami, groźnie łypiącego okiem i wygłaszającego groteskowe monologi.

Stały etat w Qui Pro Quo, z którym Dymsza był związany aż do jego likwidacji w 1931 roku, zapewnił mu pieniądze i popularność. Ale nie tylko. To na deskach teatru poznał swoją żonę - młodziutką Zofię Olechnowicz, początkującą aktorkę, która po ślubie zrezygnuje z kariery na rzecz domu i dzieci. Pobrali się w 1929 roku, po wielu perturbacjach - ze względu na niepełnoletniość panny młodej narzeczeni potrzebowali tzw. indultu, czyli zgody biskupa na odstąpienie od przepisów kanonicznych. O ich ślubie mówiła cała Warszawa. Dodek opłacił kolegów, żeby pod kościołem krzyczeli: "Szkoda Dodka, taki ładny!", a żonę i gości, zamiast na wystawne przyjęcie, zabrał na parówki i wódkę. Talent komediowy jak widać wykorzystywał nie tylko na scenie.

A jednocześnie los go nie oszczędzał. Najstarsza córka zmarła tuż po przyjściu na świat, a w kilka lat później bliźnięta - dziewczynka i chłopiec - zaraziły się od niani grypą i nie udało się ich uratować. Pozostałe przy życiu dziewczynki, Zosię, Jadzię i Janeczkę, Dymsza kochał do szaleństwa. Ich towarzystwo przedkładał nad bankiety w towarzystwie gwiazd, na które był zapraszany. Często więc zamiast bawić się z Hanką Ordonówną czy Mirą Zimińską, spędzał czas z córkami - uczył je jazdy na łyżwach, robił im zdjęcia czy realizował się jako szewc amator, robiąc dla nich buciki. Nie był jednak ideałem i zdarzało mu się ulec wdziękom wielbicielek, które zakradały się do jego garderoby po zakończonym spektaklu. Romanse nie trwały długo. Ponoć pani Dymsza szybko się o nich dowiadywała, a rywalki przeganiała parasolką.

Adolf Dymsza z żoną Zofią i córkami na pokazie samochodów w parku im. Ignacego Jana Paderewskiego w Warszawie (fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / NAC / 1-S-2860-5)

Król Komedii

Córki Dymszy miały nie tylko troskliwego ojca, ale też wszystko, o czym zamarzyły. Aktor był bajecznie wręcz bogaty. U schyłku lat 30. zarabiał miesięcznie ponad 5 tysięcy złotych -  podczas gdy przeciętna pensja nie przekraczała wówczas 200 złotych. Stać go było na spełnianie wszystkich zachcianek żony i córek, ale też własnych - korzystał z usług luksusowego szewca, szyjącego garnitury i koszule na miarę krawca, kupował drogie auta, stołował się  w najwykwintniejszych restauracjach. Bawił się też na torze wyścigów konnych i dyplomatycznych rautach.

Za tymi pieniędzmi stał ogromny talent komediowy. Biografowie są zgodni, że gdyby Dymsza urodził się w USA, zrobiłby karierę niczym Charlie Chaplin czy Buster Keaton, a może i większą. Antoni Słonimski w "Wiadomościach Literackich" zachwycał się: "Dymsza jest genialny, bo nie jest podobny do nikogo. Nie przypomina w niczym żadnego z komików europejskich, a jego podobieństwo do ekscentryków amerykańskich ogranicza się prawie wyłącznie do mistrzowskiej ekwilibrystyki, do absolutnej zręczności ciała, tak absolutnej, jak istnieje słuch absolutny".

Na scenie i przed kamerą Dymsza był najczęściej beztroskim łotrem o złotym sercu, który zawsze spada na cztery łapy. Prawdziwą sławę przyniosło mu to, co dla wielu aktorów, tak polskich, jak i zagranicznych, oznaczało koniec kariery - początek filmu dźwiękowego. W udźwiękowionych produkcjach talent Dymszy mógł w pełni się rozwinąć - jedna jego mina, wypracowany gest, nawet tak drobny, jak ruch brwi, wywoływały salwy śmiechu widowni. Po roli w "Stu metrach miłości" przylgnęło do Dymszy przezwisko bohatera, w którego się wcielił - Dodek.

Na scenie czy planie filmowym Dymsza lubił robić kolegom psikusy. Na początku kariery, kiedy grał jeszcze w filmach niemych, w jednej ze scen obrazu "Miłość przez ogień i krew" miał wygłosić do żołnierzy przemówienie. Jednak ponieważ wiedział, że i tak w filmie jego słów nie będzie słychać, zamiast patriotycznej mowy rzucił stek przekleństw. Dodek nie przewidział jednak, że na premierę filmu przyjdzie grupa głuchoniemych uczniów, którzy z ruchu warg odczytali, co faktycznie mówił, i zaczęli się śmiać w momencie, który zabawny miał nie być. Ich zbulwersowany wychowawca ponoć powiedział: "Nie do wiary, z ust pana Dymszy takie słowa!".

Adolf Dymsza jako Dodek w jednej ze scen filmu 'Sto metrów miłości' (fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / NAC / 1-K-12345-5)

Niezapomniane role aktor stworzył też u boku swojego rywala - jedynego, który w ówczesnych czasach mógł równać się z nim sławą, Eugeniusza Bodo. To właśnie z nim zagrał w "Pawle i Gawle", komediowym hicie z 1938 roku. Piosenka "Ach śpij, kochanie", autorstwa Henryka Warsa i Ludwika Starskiego, którą dwaj panowie śpiewają wcielającej się w rolę Violetty Helenie Grossównie, stała się najbardziej znaną polską kołysanką. Wielu pokochało go też za rolę Antka Policmajstra z filmu "Antek Król" z 1935 roku (zwanego Rokiem Dymszy ze względu na sukcesy, jakie odnosiły produkcje z jego udziałem) i Dodka z "Dodka na froncie" z 1936 roku. Do 1939 roku Dymsza zagrał w 28 filmach. Kres jego bajecznej popularności i dotychczasowemu życiu położył wybuch II wojny światowej.

Kolaborant czy troskliwy ojciec?

Wielu aktorów w czasie niemieckiej okupacji zaprzestało wykonywania zawodu. Aby utrzymać siebie i swoje rodziny, imali się różnych prac - bywali na przykład kelnerami czy portierami. Adolf Dymsza nie zastosował się do wydanego przez Związek Artystów Scen Polskich (ZASP) w 1940 roku zakazu występów w tak zwanych "gadzinowych" teatrach, działających pod niemiecką egidą. Później tłumaczył, że był zbyt znany, żeby się nie zarejestrować jako aktor czy po prostu odmawiać Niemcom wyjścia na scenę. Obawiał się konsekwencji, jakie mogłyby spaść na jego rodzinę. Chciał też zapewnić żonie i córkom w miarę dostatnie życie, szczególnie że sytuacja w domu daleka była od sielanki. Teściowa nie wytrzymała horroru wojny, wpadła w chorobę psychiczną, w konsekwencji której popełniła samobójstwo. Śmierć matki wpędziła w depresję żonę Dymszy. W dodatku dwie z trzech córek zachorowały na zapalenie płuc. Aktor, który pochował już trójkę dzieci, panicznie bał się o pozostałe. Jego żona w czasie wojny znów zaszła w ciążę i w 1944 roku na świat przyszło czwarte dziecko, Anita.

Dymsza nie zastosował się do zakazu ZASP z 1940 r., dotyczącego występów w 'gadzinowych' teatrach, bo bał się o swoją rodzinę. Na zdjęciu podczas występu w Teatrze Komedia (drugi z prawej) (fot. J. Łuczyński / NAC / sygn. 2-10441)

Jak pisze Roman Dziewoński, autor biografii "Dodek Dymsza", aktor bał się, że jeśli nie zapewni dzieciom odpowiednich warunków, czeka je śmierć. Że jeśli nie pójdzie Niemcom na rękę, dzieci zostaną wywiezione do obozu. Dlatego grał, gdzie mu kazano. Ale nigdy nie występował w sztukach o zabarwieniu antypolskim czy antysemickim. Dymsza od 1940 do 1944 roku występował na scenach takich teatrów jak Komedia, Niebieski Motyl, Nowość, Maska, Jara i Miniatury. Na jego spektakle przychodzili niemieccy oficerowie, a on jednocześnie ukrywał w domu znajomego Żyda. Doprowadził do zwolnienia Czesława Skoniecznego, również aktora, z którym był zaprzyjaźniony, z gestapowskiego więzienia przy alei Szucha. Dymsza odmówił też zagrania w jednym spektaklu z kolaborantem - Igo Symem, a nawet w czasie występów przemycał antyniemieckie aluzje. Ale koledzy po fachu nigdy nie zapomnieli mu, że kiedy oni pracowali jako kelnerzy, on grał dla niemieckich okupantów.

Trzy gwiazdki

W lipcu 1944 roku w wydawanej przez podziemie "Rzeczpospolitej Polskiej" pojawiła się informacja o naganie udzielonej kilku artystom, w tym Dymszy, "za utrzymywanie zażyłych stosunków z Niemcami oraz za skuteczne przełamywanie niechęci Polaków do widowisk organizowanych przez propagandę niemiecką na skutek podawania swego nazwiska w tytułach wielu rewii, wykorzystując swą popularność przedwojenną". Po zakończeniu wojny Dymsza został przez ZASP ukarany m.in. zakazem gry na scenie do 1946 roku oraz zakazem występowania w Warszawie. Wraz z wciąż zmagającą się z depresją żoną i córkami wyjechał do Łodzi, gdzie występował m.in. na deskach Teatru Powszechnego. Pomimo scenicznych sukcesów tam również nazywano go publicznie zdrajcą i kolaborantem, wciąż na nowo roztrząsano jego sprawę. Kara obejmowała również obowiązek przekazywania 15 proc. wynagrodzenia na Dom Aktora w Skolimowie, a nazwisko Dymszy przez pewien czas zastępowano na afiszach trzema gwiazdkami.

Gdy w 1951 roku Dodek wraz z rodziną wrócił do stolicy, związał się z Teatrem Syrena, z którym współpracował już do końca kariery. Występował też w filmach, m.in. w niezapomnianym "Skarbie", komedii z 1949 roku, gdzie wcielił się w rolę pracującego w radiu imitatora głosów natury, oraz w "Sprawie do załatwienia" z 1953 roku, w której zagrał osiem skrajnie różnych postaci, pokazując tym samym, że potrafi się zmieniać jak kameleon. W 1956 roku brawurowo stworzył kreację Nikodema Dyzmy w ekranizacji powieści Tadeusza Dołęgi- Mostowicza.

Adolf Dymsza w garderobie Teatru Syrena, z którym był związany do końca swojej kariery (fot. Edward Hartwig / NAC sygn. 42-L-609-1)

Dymsza po wojnie realizował się nie tylko jako aktor - swoje barwne, zaprawione typowym dla niego humorem wspomnienia publikował na łamach "Przekroju". W późniejszych latach opiekował się też wnukami. Jedna z anegdot z tego okresu mówi, że pewnego razu Dodek wybrał się z wnukiem do Zakopanego, gdzie zamówił dla dziecka u rzemieślnika małe narty. Kiedy je odebrał i szedł z nimi przez Krupówki, spotkał znajomego, który z ironią zapytał: "Co ty, Dodek, takie krótkie te narty masz?". Na co Dymsza z kamienną twarzą odparł: "Bo widzisz, ja tu na krótko przyjechałem". 

Pod koniec kariery aktor stopniowo zaczął tracić słuch. Uczył się więc na pamięć również ról partnerów, czytał z ruchu ich warg, co pozwalało mu włączać się ze swoimi kwestiami w odpowiednim momencie. Ale to nie głuchota była największym zmartwieniem Dymszy - aktor miał alzheimera. Choroba postępowała. W końcu ani żona, ani żadna z ukochanych córek nie była w stanie zaopiekować się schorowanym Dodkiem. Brakiem odpowiednich specjalistów wymówił się też Dom Aktora w Skolimowie - ten sam, na który aktor przez lata przeznaczał sporą część swojego wynagrodzenia. Ostatecznie Dymsza trafił do prowadzonego przez siostry zakonne domu opieki w Górze Kalwarii, gdzie w 1975 roku zmarł. Na pogrzeb Dymszy, podobnie jak kiedyś na filmy czy spektakle teatralne, przyszły tłumy.

Środowisko aktorskie zrobiło kozła ofiarnego z najmłodszej córki aktora, Anity. Wyrzucano jej, że zamiast zająć się ojcem, oddała go do przytułku. Anitę bardzo bolały te słowa i ostracyzm środowiska. Znajomi wspominają, że wielu kolegów po fachu odmawiało podawania jej ręki, a kiedy dosiadała się do ich stolika, wstawali i wychodzili. Wreszcie, w latach 80. wyjechała z Warszawy, mieszkała m.in. w Szczecinie. Przez lata zmagała się z chorobą alkoholową.

Można przypuszczać, że nie takiego traktowania chciałby dla najmłodszej córki ojciec. Przecież dzieci były dla niego całym światem.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Natalia Jeziorek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ i Wydziału Form Przemysłowych ASP. Na florenckiej Polimodzie studiowała fashion marketing i organizację eventów. Obecnie współpracuje z magazynem "K MAG", portalami Sezon, Pride i Enter the Room.