Na odchodnem z Wilna Danusia kupiła obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ikonę ukazano na nim bez metalowej sukienki. Spakowała prezenty od Ksany Dauguvietyt-Šniukštien: kilim i kupon materiału na ślubną sukienkę. Ruszyli pieszo. Za miastem spalone wsie; kikuty domów, pogorzeliska. W sadach drzewa uginające się pod dorodnymi jabłkami; nie było już komu ich zebrać. Nad martwym pejzażem królowała woń rozkładających się, niepochowanych zwłok. Żadnych żywych ludzi aż po horyzont. Szła boso. Jak wtedy, w dzieciństwie, na Kosarzyskach. Szosą z rzadka przejeżdżały niemieckie samochody. Po południu zmęczenie już jej bardzo dokuczało. Nadjeżdżał właśnie konwój ciężarówek. Podniosła rękę.
- Heil Hitler! - odparł żołnierz przez uchylone okno i też uniósł rękę.
Samochody pojechały dalej. Kiedy zobaczyła następny konwój złożony z trzech wielkich wozów ciężarowych Kruppa, już nie unosiła ręki pionowo, pomachała. Samochody się zatrzymały. W pierwszym siedziało dwóch Niemców w mundurach Wehrmachtu. Zapytała po niemiecku, dokąd jadą - Do Warszawy.
- Możemy się z wami zabrać?
- Oczywiście! - uśmiechnął się Niemiec.
W budzie ciężarówki były trzy miejsca i dwóch żołnierzy. Wsiadła do pierwszego samochodu, Ekiera (wtedy narzeczonego aktorki - przyp. Redakcja) skierowano do drugiego. Za kierownicą w wozie Danusi siedział Johan z Berlina. Imienia drugiego mężczyzny nie zapamiętała; to tylko utkwiło jej w pamięci, że pochodził z Bawarii. Zaczęła się rozmowa. Niemcy jechali spod Leningradu. Wieźli ciężarówki do warsztatu w Warszawie. O Leningradzie mówili: "piekło, bomby i bomby".
- Nie mieli wrogiego nastawienia do Polaków. Natomiast bardzo wrodzy byli wobec swoich dowódców i wobec Hitlera. Pokazywali nam fotografie żon i dzieci. Martwili się, czy żyją. Nie wiedzieli, co się tam, w Niemczech, dzieje. Podczas postoju podzielili się konserwami. Konwój dotarł do Małkini, do granicy Generalnej Guberni.
- Stoi oficer, ma trupią czaszkę na czapce. Wysiedli ci nasi dwaj Niemcy. I widzę, że składają ręce i proszą, a ten z trupią czaszką mowi: "Nein! Zuruck!", czyli "z powrotem".
Wyskoczyłam z samochodu. Wzięłam się pod boki, bo jak jestem zła i chcę zrobić awanturę, to się biorę pod boki. I mówię do niego: "Jakie ?zuruck?? Dlaczego?! Jestem aktorką z Warszawy! Mam rodzinę w Polsce. A tutaj byłam dwa lata w piekle bolszewickim. I teraz, kiedy wreszcie przyszliście, ja nie mogę wrócić do Warszawy?!". Po niemiecku mówiłam, tylko "piekło bolszewickie" powiedziałam po polsku, bo nie wiedziałam, jak to będzie po niemiecku. Na to Niemiec: "Proszę bardzo"!. Dla porządku żandarm zarządził rewizję Danuty, ale gdy ta rozłożyła ręce w geście zgody na przeszukanie, machnął ręką. Pojechali dalej.
Na Pradze kierowca prosił. - Pokażcie nam Warszawę!
Nie byli tu nigdy wcześniej. Sporo się namęczyła, żeby przekonać niemieckich żołnierzy, że wycieczka z polskim przewodnikiem byłaby dla nich źródłem kłopotów. Tego, że dla Polaków haniebne jest pokazywanie się z Niemcami, nie miała sumienia im wyjaśniać. Traf chciał, że nazajutrz na Puławskiej wpadła na tych samych Niemców. Udała, że ich nie poznaje; uciekła. Później w rożnych strasznych chwilach nieraz modliła się, żeby przeżyli.
Getho, Pawiak, aleja Szucha
Jeszcze ćwierć wieku temu wystarczyło powiedzieć - Warszawa, okupacja - i rozpościerał się patchwork skojarzeń: łapanki, Pawiak, Palmiry, aleja Szucha, sacharyna, gliniasty chleb, getto2, właściwie wtedy: "getho" albo "geto", odmieniało się: "Gdzie on umarł? W gecie".
Obrazami okupacji nasycała nas po części kinematografia PRL (fałszująca sprawy generalne, ale zwykle wierna szczegółowi), lecz przede wszystkim - wspomnienia jeszcze żyjących świadków.
Umowną linią, poza którą już nie sięga moc tamtych skojarzeń, może być sztuka Doroty Masłowskiej Między nami dobrze jest, w której Danuta Szaflarska zagrała swoją ostatnią ważną rolę. W dramacie Masłowskiej, Metalowa Dziewczynka (w tej roli Aleksandra Popławska) słucha okupacyjnych opowieści Staruszki (Szaflarska) jak bajań o wojnach peloponeskich. Tym nużących, że powtarzanych w kółko. Niezdarne, uporczywe próby pomalowania jej świata w barwy, które już dawno wyblakły. Trwający obecnie renesans zainteresowania II wojną światową i okupacją, wzmacniany państwową polityką historyczną, ma w sobie bardziej coś ze świeżej fascynacji pierwszych czytelników Trylogii Sienkiewicza epoką potopu szwedzkiego, niż z uczestnictwa w losie żywych ludzi. Oddały nasze babcie i prababcie, nasi dziadkowie i pradziadkowie, swoje miejsce bohaterom kultury masowej i powoli, acz konsekwentnie wycofały się do wieczności. Teraz o wojnie i okupacji Polacy opowiadają sobie poprzez kreacje Jana Wieczorkowskiego Antoniego Pawlickiego, Macieja Zakościelnego i Magdaleny Rożczki, by wymienić gwiazdorską część obsady tylko jednego serialu. (...)
"Tylko świnie siedzą w kinie. Bogatsze - w teatrze"
Na niemieckich obwieszczeniach o egzekucjach naklejki: "Marszałek Piłsudski powiedziałby: "A my was w dupie mamy?". Na murach napisy "Polska Walczy", "Tylko świnie siedzą w kinie. Bogatsze - w teatrze". Świń trochę było. Po dwóch, trzech latach okupacji bilety do licencjonowanej przez Niemców operetki trzeba było zamawiać z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Najbardziej znany z jawnych teatrów - Komedia pod dyrekcją Romana Niewiarowicza - z początku gromadził niewielką widownię, ale z czasem doczekał się kompletów. Bohdan Korzeniewski podaje, że wystawioną u zarania dziejów Komedii, a więc w 1940 roku, sztukę Niewiarowicza Gdzie diabeł nie może... obejrzało niespełna półtora tysiąca widzów, ale już w 1942 roku w tejże Komedii inną farsę Niewiarowicza, Znajdę, oglądała publiczność dziesięciokrotnie większa. Rok później na jej wznowienie przyszło ponad dwadzieścia tysięcy widzów. Nawiasem mówiąc, dla Niewiarowicza Komedia była genialną przykrywką, aktor bowiem w konspiracji pełnił funkcję szefa jednej z brygad kontrwywiadu ZWZ.
Podziemny ZASP kategorycznie określił zasady. Wszelkie występy w filmach i teatrach licencjonowanych przez Niemców ściągają na aktora karę infamii. Wyjątek: ratowanie życia swojego lub innej osoby albo polecenie podziemia - tylko w takiej sytuacji można się pokazać na jawnej scenie. Żeby dać aktorom szansę zarobienia na utrzymanie, zezwala się im na występy w "przyzwoitym repertuarze" w lokalach gastronomicznych. W podziemiu teatr ma przeczekać wojnę, ale nie bezczynnie. Organizuje się podziemny PIST, trwają przygotowania tekstów i spektakli, które artyści pokażą publiczności po wyzwoleniu. Próby czytane, spektakle dla wtajemniczonych będą pokazywane w prywatnych mieszkaniach.
Aktorzy, a zwłaszcza aktorki, zamieniają się w ludzi biznesu. Ruszają sklepiki, szmuglerskie interesy, ale nade wszystko - kawiarnie. Tych lokali jest kilkanaście. Najsłynniejszy - U Aktorek - został założony przez Krystynę Severin-Zelwerowicz, żonę mistrza Aleksandra, początkowo działał przy Pięknej, w Pałacyku Radziwiłłów, potem, gdy Piękna znalazła się w dzielnicy niemieckiej - przy Mazowieckiej. Przewiną się przez lokal dziesiątki artystów - jako udziałowcy, jako kelnerzy; aktorki Janina Romanówna, Elżbieta Barszczewska, Zofia Małynicz, śpiewaczka Ewa Bandrowska-Turska i pani Miecia, Mieczysława Ćwiklińska, gwiazda przedwojennych komedii.
Ćwikła krąży po lokalu z blaszaną tacą; sprzedaje papierosy na sztuki. Dobrze zna niemiecki, szpieguje. Zawija do rewiru dla Niemców, bo jest w lokalu część "Nur fur Deutsche"; bywa - taca brzdęk o podłogę: "Przepraszam, przepraszam...".
Ćwikła zbiera papierosy. Ten, kto miał zrozumieć sygnał, zrozumiał. Wstaje pośpiesznie od stolika, wychodzi. Obowiązki są płynne: dzisiaj roznosisz kawę i ciastka, jutro dajesz recital na małej estradzie w kącie sali. To niezły interes. Pieniądze na inwestycję pochodzą od przyjaciół inwestorów albo z kredytów bankowych; banki są w zarządzie niemieckim, ale podziemie wszędzie ma swoich ludzi. Jest instrukcja, żeby aktorom pomagać.
Pod Znachorem firmuje Junosza-Stępowski, niezapomniany profesor Wilczur z ekranizacji Znachora. Przy placu Napoleona, w gmachu Prudentialu, przedwojennym drapaczu chmur, w Cafe-Bar Sztuka kelnerują studenci zlikwidowanego PIST. Część z nich uczy się nadal, w podziemiu. W tym samym domu ma apartament Schiller. Zagląda na małą czarną, częściej jej namiastkę; prawdziwa kawa w okupowanej Warszawie jest na wagę złota. Przygrywa gościom na pianinie. (...)
Pośrodku miasta wzniesiono mur. Latem 1941 roku stłoczono za nim już prawie pół miliona ludzi. Połowa z nich to Żydzi warszawscy; pozostałych Niemcy zwieźli z mniejszych, likwidowanych gett na terenie Generalnej Guberni; cztery tysiące Żydów - z Niemiec. Miesiąc w miesiąc umiera tu z głodu i chorób od trzech do pięciu tysięcy osób. Nikogo nie dziwią zwłoki rozkładające się na ulicy. Podkopami pod murem szmugluje się do getta chleb, leki, materiały opatrunkowe. Za mało, o wiele za mało. Ale zarazem dużo, skoro za każdy przejaw współczucia wobec mieszkańców getta grozi śmierć.
"Może się przyzwyczaję"
Z Warszawy, nieco tylko rozpatrzywszy się w życiu przyjaciół i bliskich, przeprowadziwszy wojenne rachunki, kto przeżył, kto w obozie, a kto zaginął, Danuta i Jan pojechali do Krakowa. Obrączki domagały się skwitowania przed ołtarzem. A tu - wszystko inaczej. O ile w Warszawie podziemie działa niemal jawnie, akcjami sabotażu nie daje Niemcom ani na chwilę zapomnieć, że podbój narodu nie zakończył się sukcesem, o tyle w Krakowie jest jak w grobie. Tyle że ten grób kwitnie. Z wysokości Wawelu generalny gubernator Hans Frank kieruje wielkimi pracami budowlanymi. "Norymberga Wschodu" - opowiada delegacjom z Rzeszy. Kocha to miasto. Kraków, prastary germański gród. Do reprezentacyjnych dzielnic wprowadzają się Niemcy. Niedługo usunie się stąd wszystkich Polaków. Na razie jeszcze nie można, zaplanowane z rozmachem inwestycje nie obejdą się bez taniej lub darmowej siły roboczej. Na drugim biegunie Krakowa jest Pałac Pusłowskich, Polska. Ale Polska inna niż ta w Warszawie. Rezyduje tu hrabia Adam Ronikier, prezes Rady Głównej Opiekuńczej Koordynuje akcją "ratowania substancji". W tysiącu siedmiuset jadłodajniach RGO w całym kraju codzienny posiłek otrzymują setki tysięcy ludzi zepchniętych przez wojnę i okupację na krawędź nędzy, działają sierocińce, Rada zawiaduje punktami pomocy medycznej. Hrabia jeździ do Warszawy i zżyma się na przywódców podziemia. Pisze noty protestacyjne wobec aktów sabotażu ściągających na Polaków krwawe represje, niewspółmierne do strat niemieckich. W Warszawie nie wiedzą, czy mieć go za tchórza, czy za zdrajcę. W końcu dochodzą do wniosku, że jeśli nawet Ronikier jest zdrajcą, to niezbyt szkodliwym. Wprawi jeszcze Państwo Podziemne w osłupienie. W lipcu 1944 zacznie przekonywać Niemców, żeby w razie powstania w Warszawie, nie stawiali oporu. Chce pośredniczyć w negocjacjach. Wśród Niemców znajdzie rozmówców, wśród Polaków - nie.
Poszli do kościoła Świętego Kazimierza. Dowiedzieli się, że tu nie Warszawa ani tym bardziej Werona, że miejscowy proboszcz to nie ojciec Laurenty i ani myśli omijać formalności. Ślub - owszem, ale najpierw zapowiedzi, które przez trzy kolejne niedziele będzie się ogłaszało z ambony: "Ktokolwiek wiedziałby o przeszkodach w zawarciu związku małżeńskiego...".
- Ja mogę żyć z moim mężem i bez ślubu! - zezłościła się Danusia. Lada dzień trzeba było wracać do Warszawy. Na Ekiera czekały konspiracyjne koncerty.
- Żaden ślub mi niepotrzebny! Obejdzie się!
Podziałało. Ksiądz zrezygnował z zapowiedzi. Oznajmił tylko zbolałym głosem:
- Proszę przyjść jutro. Będzie ślub dla konających.
Na ceremonię jechali tramwajem. Miała na sobie pożyczoną suknię teatralną, w dłoniach bukiet gladioli. Po ślubie płakała przez trzy dni.
- O co ci chodzi?! - pytał Ekier.
- O to, że mam ten papier, że muszę z tobą być...
Wrócili do Warszawy. Gdy o ten płacz siedemdziesiąt lat później zapyta ją dziennikarka katolickiego miesięcznika "W drodze", odpowie:
- Od dziecka kocham swobodę i mam wielkie poczucie niezależności. Teraz podpisałam i coś musiałam.
A męża uspokajała: - Może się przyzwyczaję.
Nie przyzwyczaiła się. Małżeństwo rozpadło się niedługo po wojnie.
Premiera książki już 7 czerwca. Możecie ją kupić w sklepie Kulturalny Sklep >>>
Biografia Danuty Szaflarskiej została wydana nakładem Wydawnictwa Agora.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU