Biografie
Danuta Szaflarska (fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Wyborcza.pl)
Danuta Szaflarska  (fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Wyborcza.pl)

Na odchodnem z Wilna Danusia kupiła obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ikonę ukazano na nim bez metalowej sukienki. Spakowała prezenty od Ksany Dauguvietyt-Šniukštien: kilim i kupon materiału na ślubną sukienkę. Ruszyli pieszo. Za miastem spalone wsie; kikuty domów, pogorzeliska. W sadach drzewa uginające się pod dorodnymi jabłkami; nie było już komu ich zebrać. Nad martwym pejzażem królowała woń rozkładających się, niepochowanych zwłok. Żadnych żywych ludzi aż po horyzont. Szła boso. Jak wtedy, w dzieciństwie, na Kosarzyskach. Szosą z rzadka przejeżdżały niemieckie samochody. Po południu zmęczenie już jej bardzo dokuczało. Nadjeżdżał właśnie konwój ciężarówek. Podniosła rękę.

 - Heil Hitler! - odparł żołnierz przez uchylone okno i też uniósł rękę.

Samochody pojechały dalej. Kiedy zobaczyła następny konwój złożony z trzech wielkich wozów ciężarowych Kruppa, już nie unosiła ręki pionowo, pomachała. Samochody się zatrzymały. W pierwszym siedziało dwóch Niemców w mundurach Wehrmachtu. Zapytała po niemiecku, dokąd jadą - Do Warszawy.

 - Możemy się z wami zabrać?

 - Oczywiście! - uśmiechnął się Niemiec.

W budzie ciężarówki były trzy miejsca i dwóch żołnierzy. Wsiadła do pierwszego samochodu, Ekiera (wtedy narzeczonego aktorki - przyp. Redakcja) skierowano do drugiego. Za kierownicą w wozie Danusi siedział Johan z Berlina. Imienia drugiego mężczyzny nie zapamiętała; to tylko utkwiło jej w pamięci, że pochodził z Bawarii. Zaczęła się rozmowa. Niemcy jechali spod Leningradu. Wieźli ciężarówki do warsztatu w Warszawie. O Leningradzie mówili: "piekło, bomby i bomby".

 - Nie mieli wrogiego nastawienia do Polaków. Natomiast bardzo wrodzy byli wobec swoich dowódców i wobec Hitlera. Pokazywali nam fotografie żon i dzieci. Martwili się, czy żyją. Nie wiedzieli, co się tam, w Niemczech, dzieje. Podczas postoju podzielili się konserwami. Konwój dotarł do Małkini, do granicy Generalnej Guberni.

Danuta Szaflarska z Czesławem Kulakiem, dyplom, 1939 rok. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 - Stoi oficer, ma trupią czaszkę na czapce. Wysiedli ci nasi dwaj Niemcy. I widzę, że składają ręce i proszą, a ten z trupią czaszką mowi: "Nein! Zuruck!", czyli "z powrotem".

Wyskoczyłam z samochodu. Wzięłam się pod boki, bo jak jestem zła i chcę zrobić awanturę, to się biorę pod boki. I mówię do niego: "Jakie ?zuruck?? Dlaczego?! Jestem aktorką z Warszawy! Mam rodzinę w Polsce. A tutaj byłam dwa lata w piekle bolszewickim. I teraz, kiedy wreszcie przyszliście, ja nie mogę wrócić do Warszawy?!". Po niemiecku mówiłam, tylko "piekło bolszewickie" powiedziałam po polsku, bo nie wiedziałam, jak to będzie po niemiecku. Na to Niemiec: "Proszę bardzo"!. Dla porządku żandarm zarządził rewizję Danuty, ale gdy ta rozłożyła ręce w geście zgody na przeszukanie, machnął ręką. Pojechali dalej.

Na Pradze kierowca prosił. - Pokażcie nam Warszawę!

Nie byli tu nigdy wcześniej. Sporo się namęczyła, żeby przekonać niemieckich żołnierzy, że wycieczka z polskim przewodnikiem byłaby dla nich źródłem kłopotów. Tego, że dla Polaków haniebne jest pokazywanie się z Niemcami, nie miała sumienia im wyjaśniać. Traf chciał, że nazajutrz na Puławskiej wpadła na tych samych Niemców. Udała, że ich nie poznaje; uciekła. Później w rożnych strasznych chwilach nieraz modliła się, żeby przeżyli.

Getho, Pawiak, aleja Szucha

Jeszcze ćwierć wieku temu wystarczyło powiedzieć - Warszawa, okupacja - i rozpościerał się patchwork skojarzeń: łapanki, Pawiak, Palmiry, aleja Szucha, sacharyna, gliniasty chleb, getto2, właściwie wtedy: "getho" albo "geto", odmieniało się: "Gdzie on umarł? W gecie".

Obrazami okupacji nasycała nas po części kinematografia PRL (fałszująca sprawy generalne, ale zwykle wierna szczegółowi), lecz przede wszystkim - wspomnienia jeszcze żyjących świadków.

Danuta Szaflarska na okładce pierwszego numeru dwutygodnika FILM, sierpień 1946 (fot. Domena Publiczna)

Umowną linią, poza którą już nie sięga moc tamtych skojarzeń, może być sztuka Doroty Masłowskiej Między nami dobrze jest, w której Danuta Szaflarska zagrała swoją ostatnią ważną rolę. W dramacie Masłowskiej, Metalowa Dziewczynka (w tej roli Aleksandra Popławska) słucha okupacyjnych opowieści Staruszki (Szaflarska) jak bajań o wojnach peloponeskich. Tym nużących, że powtarzanych w kółko. Niezdarne, uporczywe próby pomalowania jej świata w barwy, które już dawno wyblakły. Trwający obecnie renesans zainteresowania II wojną światową i okupacją, wzmacniany państwową polityką historyczną, ma w sobie bardziej coś ze świeżej fascynacji pierwszych czytelników Trylogii Sienkiewicza epoką potopu szwedzkiego, niż z uczestnictwa w losie żywych ludzi. Oddały nasze babcie i prababcie, nasi dziadkowie i pradziadkowie, swoje miejsce bohaterom kultury masowej i powoli, acz konsekwentnie wycofały się do wieczności. Teraz o wojnie i okupacji Polacy opowiadają sobie poprzez kreacje Jana Wieczorkowskiego Antoniego Pawlickiego, Macieja Zakościelnego i Magdaleny Rożczki, by wymienić gwiazdorską część obsady tylko jednego serialu. (...)

"Tylko świnie siedzą w kinie. Bogatsze - w teatrze"

Na niemieckich obwieszczeniach o egzekucjach naklejki: "Marszałek Piłsudski powiedziałby: "A my was w dupie mamy?". Na murach napisy "Polska Walczy", "Tylko świnie siedzą w kinie. Bogatsze - w teatrze". Świń trochę było. Po dwóch, trzech latach okupacji bilety do licencjonowanej przez Niemców operetki trzeba było zamawiać z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Najbardziej znany z jawnych teatrów - Komedia pod dyrekcją Romana Niewiarowicza - z początku gromadził niewielką widownię, ale z czasem doczekał się kompletów. Bohdan Korzeniewski podaje, że wystawioną u zarania dziejów Komedii, a więc w 1940 roku, sztukę Niewiarowicza Gdzie diabeł nie może... obejrzało niespełna półtora tysiąca widzów, ale już w 1942 roku w tejże Komedii inną farsę Niewiarowicza, Znajdę, oglądała publiczność dziesięciokrotnie większa. Rok później na jej wznowienie przyszło ponad dwadzieścia tysięcy widzów. Nawiasem mówiąc, dla Niewiarowicza Komedia była genialną przykrywką, aktor bowiem w konspiracji pełnił funkcję szefa jednej z brygad kontrwywiadu ZWZ.

Danuta Szaflarska jako Arycja w Fedrze Racine'a, Teatr Narodowy, 1957 rok (fot. Edward Hartwig / NAC)

Podziemny ZASP kategorycznie określił zasady. Wszelkie występy w filmach i teatrach licencjonowanych przez Niemców ściągają na aktora karę infamii. Wyjątek: ratowanie życia swojego lub innej osoby albo polecenie podziemia - tylko w takiej sytuacji można się pokazać na jawnej scenie. Żeby dać aktorom szansę zarobienia na utrzymanie, zezwala się im na występy w "przyzwoitym repertuarze" w lokalach gastronomicznych. W podziemiu teatr ma przeczekać wojnę, ale nie bezczynnie. Organizuje się podziemny PIST, trwają przygotowania tekstów i spektakli, które artyści pokażą publiczności po wyzwoleniu. Próby czytane, spektakle dla wtajemniczonych będą pokazywane w prywatnych mieszkaniach.

Aktorzy, a zwłaszcza aktorki, zamieniają się w ludzi biznesu. Ruszają sklepiki, szmuglerskie interesy, ale nade wszystko - kawiarnie. Tych lokali jest kilkanaście. Najsłynniejszy - U Aktorek - został założony przez Krystynę Severin-Zelwerowicz, żonę mistrza Aleksandra, początkowo działał przy Pięknej, w Pałacyku Radziwiłłów, potem, gdy Piękna znalazła się w dzielnicy niemieckiej - przy Mazowieckiej. Przewiną się przez lokal dziesiątki artystów - jako udziałowcy, jako kelnerzy; aktorki Janina Romanówna, Elżbieta Barszczewska, Zofia Małynicz, śpiewaczka Ewa Bandrowska-Turska i pani Miecia, Mieczysława Ćwiklińska, gwiazda przedwojennych komedii.

Ćwikła krąży po lokalu z blaszaną tacą; sprzedaje papierosy na sztuki. Dobrze zna niemiecki, szpieguje. Zawija do rewiru dla Niemców, bo jest w lokalu część "Nur fur Deutsche"; bywa - taca brzdęk o podłogę: "Przepraszam, przepraszam...".

Ćwikła zbiera papierosy. Ten, kto miał zrozumieć sygnał, zrozumiał. Wstaje pośpiesznie od stolika, wychodzi. Obowiązki są płynne: dzisiaj roznosisz kawę i ciastka, jutro dajesz recital na małej estradzie w kącie sali. To niezły interes. Pieniądze na inwestycję pochodzą od przyjaciół inwestorów albo z kredytów bankowych; banki są w zarządzie niemieckim, ale podziemie wszędzie ma swoich ludzi. Jest instrukcja, żeby aktorom pomagać.

Zobacz wideo

Pod Znachorem firmuje Junosza-Stępowski, niezapomniany profesor Wilczur z ekranizacji Znachora. Przy placu Napoleona, w gmachu Prudentialu, przedwojennym drapaczu chmur, w Cafe-Bar Sztuka kelnerują studenci zlikwidowanego PIST. Część z nich uczy się nadal, w podziemiu. W tym samym domu ma apartament Schiller. Zagląda na małą czarną, częściej jej namiastkę; prawdziwa kawa w okupowanej Warszawie jest na wagę złota. Przygrywa gościom na pianinie. (...)

Pośrodku miasta wzniesiono mur. Latem 1941 roku stłoczono za nim już prawie pół miliona ludzi. Połowa z nich to Żydzi warszawscy; pozostałych Niemcy zwieźli z mniejszych, likwidowanych gett na terenie Generalnej Guberni; cztery tysiące Żydów - z Niemiec. Miesiąc w miesiąc umiera tu z głodu i chorób od trzech do pięciu tysięcy osób. Nikogo nie dziwią zwłoki rozkładające się na ulicy. Podkopami pod murem szmugluje się do getta chleb, leki, materiały opatrunkowe. Za mało, o wiele za mało. Ale zarazem dużo, skoro za każdy przejaw współczucia wobec mieszkańców getta grozi śmierć.

"Może się przyzwyczaję"

Z Warszawy, nieco tylko rozpatrzywszy się w życiu przyjaciół i bliskich, przeprowadziwszy wojenne rachunki, kto przeżył, kto w obozie, a kto zaginął, Danuta i Jan pojechali do Krakowa. Obrączki domagały się skwitowania przed ołtarzem. A tu - wszystko inaczej. O ile w Warszawie podziemie działa niemal jawnie, akcjami sabotażu nie daje Niemcom ani na chwilę zapomnieć, że podbój narodu nie zakończył się sukcesem, o tyle w Krakowie jest jak w grobie. Tyle że ten grób kwitnie. Z wysokości Wawelu generalny gubernator Hans Frank kieruje wielkimi pracami budowlanymi. "Norymberga Wschodu" - opowiada delegacjom z Rzeszy. Kocha to miasto. Kraków, prastary germański gród. Do reprezentacyjnych dzielnic wprowadzają się Niemcy. Niedługo usunie się stąd wszystkich Polaków. Na razie jeszcze nie można, zaplanowane z rozmachem inwestycje nie obejdą się bez taniej lub darmowej siły roboczej. Na drugim biegunie Krakowa jest Pałac Pusłowskich, Polska. Ale Polska inna niż ta w Warszawie. Rezyduje tu hrabia Adam Ronikier, prezes Rady Głównej Opiekuńczej Koordynuje akcją "ratowania substancji". W tysiącu siedmiuset jadłodajniach RGO w całym kraju codzienny posiłek otrzymują setki tysięcy ludzi zepchniętych przez wojnę i okupację na krawędź nędzy, działają sierocińce, Rada zawiaduje punktami pomocy medycznej. Hrabia jeździ do Warszawy i zżyma się na przywódców podziemia. Pisze noty protestacyjne wobec aktów sabotażu ściągających na Polaków krwawe represje, niewspółmierne do strat niemieckich. W Warszawie nie wiedzą, czy mieć go za tchórza, czy za zdrajcę. W końcu dochodzą do wniosku, że jeśli nawet Ronikier jest zdrajcą, to niezbyt szkodliwym. Wprawi jeszcze Państwo Podziemne w osłupienie. W lipcu 1944 zacznie przekonywać Niemców, żeby w razie powstania w Warszawie, nie stawiali oporu. Chce pośredniczyć w negocjacjach. Wśród Niemców znajdzie rozmówców, wśród Polaków - nie.

Warszawa, Teatr Narodowy - sztuka 'Złote czasy zacnego króla Karola' (fot. NAC)

Poszli do kościoła Świętego Kazimierza. Dowiedzieli się, że tu nie Warszawa ani tym bardziej Werona, że miejscowy proboszcz to nie ojciec Laurenty i ani myśli omijać formalności. Ślub - owszem, ale najpierw zapowiedzi, które przez trzy kolejne niedziele będzie się ogłaszało z ambony: "Ktokolwiek wiedziałby o przeszkodach w zawarciu związku małżeńskiego...".

- Ja mogę żyć z moim mężem i bez ślubu! - zezłościła się Danusia. Lada dzień trzeba było wracać do Warszawy. Na Ekiera czekały konspiracyjne koncerty.

 - Żaden ślub mi niepotrzebny! Obejdzie się!

Podziałało. Ksiądz zrezygnował z zapowiedzi. Oznajmił tylko zbolałym głosem:

 - Proszę przyjść jutro. Będzie ślub dla konających.

Na ceremonię jechali tramwajem. Miała na sobie pożyczoną suknię teatralną, w dłoniach bukiet gladioli. Po ślubie płakała przez trzy dni.

 - O co ci chodzi?! - pytał Ekier.

 - O to, że mam ten papier, że muszę z tobą być...

Wrócili do Warszawy. Gdy o ten płacz siedemdziesiąt lat później zapyta ją dziennikarka katolickiego miesięcznika "W drodze", odpowie:

 - Od dziecka kocham swobodę i mam wielkie poczucie niezależności. Teraz podpisałam i coś musiałam.

A męża uspokajała: - Może się przyzwyczaję.

Nie przyzwyczaiła się. Małżeństwo rozpadło się niedługo po wojnie.

Autorem książki jest Gabriel Michalik (mat. promocyjne)

Premiera książki już 7 czerwca. Możecie ją kupić w sklepie Kulturalny Sklep >>>

Biografia Danuty Szaflarskiej została wydana nakładem Wydawnictwa Agora.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU