Biografie
Jan Paweł II (fot. MARI-POOL/GALAZKA/SIPA)
Jan Paweł II (fot. MARI-POOL/GALAZKA/SIPA)

Zanim rozstał się ze światem, Enzo Ferrari zdążył jeszcze pogodzić się, także symbolicznie, z instytucją, której często się sprzeciwiał: Kościołem katolickim*.

Rzeczywiście, rok 1988 był sceną bezprecedensowego wydarzenia, pierwszej wizyty papieża w Maranello [siedziba firmy Ferrari - przyp. red.]! (...) Jan Paweł II w czasie jednej ze swych licznych podróży planował odwiedzić diecezję modeńską. Arcybiskup powiedział nam, że papież chętnie zatrzymałby się w Ferrari. (...)

To była czerwcowa niedziela. Na torze Fiorano zebrali się wszyscy nasi pracownicy i współpracownicy, kobiety i mężczyźni, którzy przyczynili się do powstania i rozwoju naszej firmy. To była wyjątkowa chwila. W naszym domu zjawił się namiestnik Chrystusa!

Siedziba Ferrari w Maranello (fot. Arnaud 25 / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Jan Paweł II przejechał się także po torze.

Tak, w kabriolecie ferrari mondial. A zdarzenie to miało sympatyczne kulisy.

Zamieniam się w słuch.

Papież przyleciał na tor Fiorano helikopterem. Towarzyszył mu jak zawsze osobisty sekretarz, Stanisław Dziwisz. Organizatorzy pielgrzymki zaplanowali wszystko co do najdrobniejszych szczegółów. Widziałeś papamobile?

Masz na myśli samochód, który woził papieża wśród tłumów?

Właśnie ten. Czekał już na torze Fiorano. Tylko że papież wywrócił do góry nogami oficjalny program wizyty.

Jak to?

Kiedy wysiadł z helikoptera, natychmiast zauważył swój samochód. To był model wykonany, zdaje się, przez Toyotę, z całą pewnością nie przez nas. Odwrócił się do księdza Stanisława i szepnął: "Ale jesteśmy przecież na torze Ferrari, nie znalazłoby się dla mnie jakieś ferrari?".

Mogę sobie wyobrazić tę panikę.

Ksiądz Stanisław podszedł do mnie i zapytał: "Panie Ferrari, może udałoby się spełnić życzenie Jego Świątobliwości?".

I co zrobiłeś?

Miałem szczęście, bo niedaleko stał zaparkowany kabriolet Mondial, więc pobiegłem go przyprowadzić. Nic nie zostało przygotowane, bo nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy, że można proponować papieżowi zmianę jego zwyczajów. A Jan Paweł II zrobił nam niespodziankę.

Piękną niespodziankę. Każdy producent samochodów na świecie wiele by dał za coś takiego.

Przysięgam, że nawet przez chwilę nie pomyślałem o - jakby to powiedzieć? - promocyjnych zaletach tej sytuacji. Wszystko wydarzyło się zupełnie spontanicznie i po prostu wylądowało na pierwszych stronach gazet. Ja prowadziłem, a on stał obok, cały w bieli. Przeżyłem w moim życiu wiele emocjonujących chwil, ale zostać szoferem papieża, wieźć go w swoim ferrari, to jeden z takich momentów, kiedy człowieka przechodzą dreszcze, przyznaję.

Jan Paweł II w papa mobile (fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

A jak czuł się Wojtyła?

Był niezwykle serdeczny. Powiedział nam wiele miłych słów o naszej pracy. Było widać, że ma pojęcie o sporcie. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że był wielkim fanem Formuły 1, ale znał Ferrari i wiedział, jak ta marka jest ceniona na świecie i ile znaczy dla nas, wiernych z diecezji Modeny.

Podobno papież rozmawiał z twoim ojcem przez telefon.

Tak, to prawda. Ponieważ tata miał wysoką gorączkę i nie mógł się ruszyć z domu w Modenie, zapytaliśmy papieża, czy mógłby pozdrowić Enza Ferrariego telefonicznie. Zgodził się bardzo chętnie. Rozmawiali przez kilka minut.

O czym?

To była bardzo prywatna, osobista rozmowa. Mój ojciec bardzo się wzruszył.

Piero, niektórzy twierdzą, że tą wizytą w Fiorano papież chciał definitywnie uciąć dyskusje i zarzuty, jakie środowiska katolickie wielokrotnie wysuwały wobec Enza Ferrariego.

Ach, to bardzo długa historia, która nie ma związku z papieżem Polakiem. Nie wiem nawet, czy Wojtyła znał tło tego, tak to nazwijmy, sporu. Jednak zgadzam się, że wizyta ta miała symboliczny wydźwięk: gdyby Kościół miał wątpliwości lub zastrzeżenia co do motoryzacji i wyścigów samochodowych, to następca świętego Piotra nie przyjechałby na tor Fiorano.

W przeszłości, z innym papieżem, coś takiego nie miałoby szans się wydarzyć.

Jak już wspomniałem, by to wyjaśnić, trzeba byłoby się cofnąć w czasie, do lat pięćdziesiątych.

Ezno Ferrari (w kapeluszu) na torze Monza. Rok 1953 (fot. Ronald Startup / wikimedia.org / domena publiczna)

Kiedy to prasa watykańska porównywała Enza Ferrariego do Saturna, mitologicznego boga, który pożera własne dzieci.

Pamiętam, pamiętam. Te oskarżenia bardzo dotykały mojego ojca. Czuł się skrzywdzony i nierozumiany.

Patrząc na to z dystansu, mam dziwne wrażenie. Enzo Ferrari był ciągle narażony na krytykę: kiedy zginął kierowca albo samochód wypadł z trasy i wpadł w publiczność, albo po prostu gdy przegrał wyścig. Ale wygląda na to, że przejmował się jedynie zarzutami ze strony Kościoła.

Niezupełnie. Widzisz, tata zawsze uważał, że wyścigi są niezwykle ważne dla rozwoju technologii. Zawsze twierdził, że istnieje związek między wyścigami a  produkcją seryjną. Tragedie na torze czy na drodze nie wpływały na jego przekonania.

Był cyniczny?

Nie, nie! Nosił w sobie ogromny ból, zarówno z powodów prywatnych, jak i przez charakter swojej pracy. W tamtych czasach, to znaczy w latach sześćdziesiątych, śmiertelne wypadki na torach były niestety częste. Ale mówienie, że był obojętny, byłoby niesprawiedliwe. Nie wiesz, ile razy w niedziele wieczorem po tragedii skarżył się, mówiąc: "Koniec z wyścigami, już nie mogę!". Ale prawdą jest też, że następnego ranka mówił do swoich najbardziej zaufanych pracowników: "Musimy iść naprzód!".

Być może właśnie dlatego niektórzy wciąż uważają, że był cyniczny.

Mylą się. Ojciec wiele wycierpiał z powodu wyścigów. To był straszny ból. Ale prawdą jest, że widział w tym po prostu nieodłączną część swojego zawodu. Dlatego nigdy poza jednym razem nie brał na poważnie możliwości, że mógłby skończyć z wyścigami i samochodami.

A ten jeden raz?

Miałem wtedy 12 lat. Był 12 maja 1957 roku. Wyścig Mille Miglia [dziś Mille Miglia Storica - przyp. red.] był wciąż bardzo popularnym wydarzeniem w naszym kraju. Mój ojciec jak zwykle wystawił piękną załogę, swoje samochody, swoich kierowców.

 

Ferrari zatrudniło wtedy Hiszpana, którego niemożliwe do wypowiedzenia nazwisko brzmiało: Don Alfonso Antonio Cabeza de Vaca y Leighton Carvajal y Avre, siedemnasty markiz De Portago, dwunasty hrabia de la Mejorada.

Tak. Publiczność znała go po prostu jako De Portago. Był postacią z rubryk plotkarskich, celebrytą, jakbyśmy dziś powiedzieli. Gazety przypisywały mu romans z Lindą Christian, słynną hollywoodzką aktorką.

Matką Rominy Power, późniejszej żony piosenkarza Ala Bano.

Widzisz, De Portago był jednym z tych kierowców, których nazywano dżentelmenami szos - czyli wysoko urodzonymi, którzy dzięki swym fortunom realizowali pasję do wielkiej prędkości i ryzyka. W latach pięćdziesiątych nie były to w wyścigach postaci drugoplanowe, biorąc pod uwagę, że zjawisko sponsoringu było wtedy jeszcze w powijakach. Każdy, kto miał dużo pieniędzy, mógł udać się do konstruktora, na przykład do mojego ojca, i zamówić sobie samochód. (...)

De Portago zapisał się z Ferrari do Mille Miglia w 1957 roku. Jechał z nim jako pilot niejaki Edmund Gurner Nelson, Amerykanin, który jednocześnie bawił się w reportera. 12 maja De Portago wypadł z trasy na wysokości Cavriana di Guidizzolo. To była masakra.

Ówczesne dzienniki mówiły o dziewięciu ofiarach śmiertelnych, nie licząc dwóch członków załogi.

Tak, a wśród tych ofiar było pięcioro dzieci. Wspomnienie tego strasznego incydentu może pomóc nam zrozumieć, czym był w  rzeczywistości wyścig Mille Miglia, jak masowo był oglądany. Samochody pędziły po zwyczajnych drogach, a publiczność gromadziła się na skraju asfaltu. To było wielkie ludowe święto, które przetrwało czasy faszyzmu i odzyskało swój urok w czasach demokratycznej republiki.

Ale oni nie przetrwali, te dzieci, ci ludzie.

To była straszna tragedia, która wywołała ogromny, powszechny emocjonalny wstrząs. Byłem mały, ale pamiętam ból taty, jego milczenie przy stole, załamanie.

Enzo Ferrari (pierwszy od lewej) (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna)

Naprawdę myślał o skończeniu z wyścigami?

Jeśli chcesz, przejrzyj gazety z tamtego okresu. O moim ojcu pisała cała prasa od prawicowej po lewicową. Medialny lincz, jakbyśmy to dzisiaj nazwali, zgotowała mu nie tylko prasa katolicka związana ze środowiskami kościelnym. W tej kwestii wszyscy zdawali się jednomyślni. Doszło do masakry? Tak. Z czyjej winy? Z winy Enza Ferrariego.

(...) Opinia publiczna oskarżyła i skazała twojego ojca, bez procesu i prawa do obrony.

Ale był proces. I tata został uniewinniony. Udało mu się wykazać, że wypadek nie wydarzył się na skutek awarii samochodu, a więc nie doszło do niego z winy konstruktora. Bardzo mu na tym zależało, ponieważ zdając sobie sprawę, jakie ryzyko niosą ze sobą wyścigi, nie dopuszczał, by w wyniku jego zaniedbań albo zaniedbań jego pracowników mogło dojść do tragedii. (...) Na czas oczekiwania na proces skonfiskowano mu paszport.

Aż tak?

Widocznie obawiano się, że mój ojciec mógłby uciec, schować się gdzieś, zacząć nowe życie za granicą, nie wiem. To był dla niego dodatkowy cios. Dla patrioty, miłośnika Włoch, nawet ze wszystkimi ich wadami - poczucie, że jest się traktowanym jak potencjalny zbieg, było prawdziwym policzkiem i obrazą. (...)

Wyobraź sobie: przeżywał ogromny osobisty kryzys. Jak powiedziałem, zdawał sobie sprawę z ryzyka związanego z wyścigami i akceptował je, nie był hipokrytą. Ale te pięcioro dzieci, które zginęły, oczekując z entuzjazmem na przejazd ferrari! To był ciężar nie do zniesienia. Nie zapominajmy, że ledwie rok wcześniej zmarł jego pierworodny syn Dino. Myślę, że był psychicznie zdruzgotany.

Jak sobie z tym radził?

Z jednej strony, był świadomy, że wszystkie zarzuty, to jest oskarżenie o współodpowiedzialność za masakrę z powodu złego przygotowania samochodu De Portagi, zostaną oddalone po wnikliwym zbadaniu dowodów przez sąd, i tak właśnie się stało. Ale z drugiej strony, musiał udać się do klasztoru.

Co, proszę?

Tak, dobrze usłyszałeś, do klasztoru. W Romanii, niedaleko Ceseny, stoi klasztor Benedyktynów. Mieszkał tam ojciec Alberto Clerici, duchowny, z  którym tata często rozmawiał. Byli przyjaciółmi. Udzielił ślubu mi i mojej żonie Florianie. Ich więź była pełna szczerości: don Berto, jak nazywaliśmy go czule w rodzinie, znał wszystkie szczegóły z życia prywatnego mojego ojca. (....) Zakonnik wysłuchał emocjonalnego wybuchu mojego ojca, dodał mu odwagi i zachęcił do kontynuowania działalności. Być może dokładnie takich słów tata potrzebował.

Enzo Ferrari na torze Monza (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna)

I postanowił iść dalej.

Przez jakieś dziesięć dni przed tą rozmową rozważał zrezygnowanie z ówczesnego życia, ze swojej pracy i ukierunkowanie swojej pomysłowości na jakieś inne obszary. Jednak później instynkt wziął górę.  (...)

(...) W 1958 roku, kiedy ukochany kierowca Ferrari, rzymianin Luigi Musso, ginie na torze w Reims, magazyn jezuitów "La Civilt? Cattolica" przypuszcza atak, publikując artykuł pod tytułem "Bezsensowna rzeź". A celem ataku jest twój ojciec.

Tata poprosił zakonnika, który podpisał się pod tym tekstem, ojca Azzoliniego, o spotkanie. Odbyli bardzo długą rozmowę, trwała prawie pięć godzin. Z wielkim spokojem wyłożył wszystkie swoje argumenty.

I co?

W marcu 1959 roku ojciec Azzolini uznał za stosowne skorygować swoje zapatrywania. Opublikował kolejny artykuł, w którym przedstawił zupełnie odmienne tezy. Przeczytam ci fragment: "Oto, jak widzimy odpowiedzialność za to, co dzieje się w trakcie zawodów: leży ona w całości po stronie organizatorów wyścigów i przedstawicieli władzy, a co za tym idzie nie spada na konstruktorów samochodów jak Ferrari".

Zwycięstwo na całej linii. Niemalże.

W tym samym czasie inny jezuita, ojciec Giacomo Perico, rozwinął ten temat w wywiadzie w innym magazynie. Tłumaczył, że "nieprzewidziane zdarzenia są nieodłącznym i  nieuniknionym składnikiem postępu technologicznego. Więc albo wyrzekniemy się postępu, albo zgodzimy się na spotkanie z tym, co nieznane i nieprzewidywalne". I dodał: "Moralność nakazuje, by na ile to możliwe, chronić się przed ryzykiem, ale nie obarcza nikogo odpowiedzialnością, jeśli jakiś czynnik zewnętrzny zadziała niespodziewanie, burząc nasze prognozy i obliczenia, co może doprowadzić do śmierci człowieka. Zasady moralne nie nakładają na nikogo kary za taką śmierć, uznając jednocześnie, że wydarzenia te mogą przyczynić się do większego bezpieczeństwa innych ludzi w przyszłości; dlatego wszystkim tym, którzy się do zwiększenia tego bezpieczeństwa przyczyniają, należy się głęboka wdzięczność". Wydaje mi się, że to rozstrzygające słowa.

Można by podejrzewać, że mamy do czynienia z pseudonimem: pod nazwiskiem Giacoma Perica kryje się Enzo Ferrari we własnej osobie!

Żartujesz, ale dla mojego ojca ten moralny werdykt był niezwykle istotny.

Ostatecznie to on nawrócił tych, którzy chcieli nawrócić jego.

Mówiąc poważnie, to ciekawe, że w łonie Kościoła znaleźli się ludzie, którzy mieli odwagę odrzucić uprzedzenia.

Z pewnością niezwykłe jest, jaką wagę twój ojciec przykładał do opinii i argumentów Kościoła katolickiego.

Dlaczego niezwykłe?

Ponieważ mówimy o człowieku, który nigdy nie ukrywał swojego sceptycyzmu i agnostycyzmu wobec wielkiej tajemnicy wiary.

Powiedziałbym, że ojciec zawsze poszukiwał wiary. Nie chodził na mszę, nie był praktykujący, nie był dewotem. Ale we wspomnieniach często pisze o swojej trudnej relacji z Bogiem.

Przyznając, że nie udało mu się go odnaleźć.

Starał się. Całe życie próbował uchwycić boską obecność.

Dziś, w nowym tysiącleciu, ktoś mógłby go nazwać pobożnym ateistą.

Ależ skąd. Mój ojciec nigdy nie był ateistą. A jego wielkie przyjaźnie z duchownymi nie były przypadkowe.

Czy przed śmiercią otrzymał ostatnie namaszczenie?

Tak, sakramentu udzielił mu ksiądz Galasso, który był kapelanem w fabryce w Maranello, kapłan, który bardzo często spotykał się z moim ojcem.

(fot. materiały promocyjne)

Czy Enzo Ferrari przygotował się do ostatniego pożegnania?

Przygotował wszystko. Własną ręką spisał listę osób zaproszonych na pogrzeb. Wszystko ze mną uzgodnił. Chciał skromnej, prywatnej uroczystości.

I taką miał.

Zmarł 14 sierpnia w domu w Modenie. Następnego ranka ja, moja żona Floriana i inni najbliżsi odprowadziliśmy go w jego ostatnią podróż. Został pochowany w rodzinnej kaplicy, obok mojego brata Dino.

Czy jako jego syn powiedziałbyś, że zmarł, wierząc w życie pozagrobowe?

Myślę, że tata miał głęboki zmysł moralny. Nigdy nie był konformistą i nigdy nie mógłby wierzyć powierzchownie. Zastanawiał się, zadawał sobie tysiące pytań, szukał odpowiedzi, tej jednej, dotyczącej tajemnicy istnienia, sensu cierpienia. Jaki był w tym ostatecznym momencie wynik jego nieustannych poszukiwań, to wiedzą tylko oni dwaj.

Oni dwaj?

Enzo i Bóg.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

*Fragmenty książki. "Enzo Ferrari. Wizjoner z Maranello" w tłumaczeniu Elizy Kasprzak-Kozikowskiej

Piero Ferrari . Ur. 22 maja 1945 r. w Modenie. Włoski biznesmen, drugi i jedyny żyjący syn Enza Ferrariego. Posiada 10 procent udziałów w firmie Ferrari, jest również jej wiceprezesem. Mieszka w Modenie, w rezydencji ojca.

Leo Turrini . Ur. 18 marca 1960 r. w Sassuolo. Włoski dziennikarz i pisarz. Jeden z największych znawców Formuły 1, ekspert Sky Sports. Napisał do tej pory kilkanaście książek, które poświęcone były m.in. Ayrtonowi Sennie i Michaelowi Schumacherowi.