M.I.A. ma za sobą pięć świetnie przyjętych płyt, nominację do Oscara za utwór wykorzystany w filmie "Slumdog. Milioner z ulicy", niezliczone okładki magazynów, trasy koncertowe i równie niemało kontrowersji. Jedną z nich był proces wytoczony jej przez Ligę Footballu Amerykańskiego (NFL) za pokazanie środkowego palca ponadstumilionowej publiczności 46. finału Super Bowl. Podczas przerwy w tym niezwykle popularnym widowisku sportowym Maya razem z Nicki Minaj wystąpiły u boku głównej gwiazdy - Madonny. To wtedy artystka wykonała gest uważany powszechnie za obraźliwy, co spowodowało szybką reakcję Ligi: pozew na 1,5 miliona dolarów za złamanie warunków umowy, który ostatecznie wzrósł do ponad 16 milionów. M.I.A argumentowała, że jest karana za próbę przeciwstawienia się seksualizacji kobiet - równolegle na scenie miała rzeczywiście miejsce dość zerotyzowana choreografia w wykonaniu nastoletnich czarnoskórych tancerek ubranych jak cheerleaderki.
- Co jest bardziej obraźliwe dla amerykańskiego widza: mój środkowy palec w akcie sprzeciwu czy uprzedmiotowienie czarnej dziewczyny? - pytała Maya w wideo chętnie przytaczanym przez media, nagranym w odpowiedzi na pozew. Po trwającej dwa lata wojnie nerwów NFL i M.I.A. ostatecznie osiągnęli porozumienie, którego warunków nigdy nie ujawniono. Na pewno jednak cały incydent nie przysporzył brytyjsko-lankijskiej artystce wysoko postawionych sprzymierzeńców za Wielką Wodą. M.I.A zresztą nigdy o nich nie zabiegała.
Jestem tym, czego wam potrzeba
M.I.A., dla przyjaciół Maya, urodziła się jako Mathangi Arulpragasam w 1975 roku w Londynie, ale już jako sześciomiesięczne niemowlę została przez rodziców, Kalę i Arula Pragasamów, zabrana na ich rodzinną Sri Lankę. Oboje pochodzili z tamilskiej mniejszości, która w tamtym czasie zyskiwała polityczną świadomość. Arul był współzałożycielem Rewolucyjnej Studenckiej Organizacji Elamu (po angielsku EROS), która z czasem związała się z Tamilskimi Tygrysami, zbrojną grupą walczącą o niepodległość północno-wschodniej Sri Lanki. Pierwsze lata życia Mathangi upłynęły w biedzie, często w ukryciu lub na ucieczce przed siłami rządowymi. W końcu, w połowie lat 80., z matką i dwójką rodzeństwa wróciła do Wielkiej Brytanii. Ojciec, zaangażowany w walkę o niepodległość, nie żył z rodziną, córce był przedstawiany jako wujek, by uniknąć mimowolnego obnażenia jego tożsamości przez dzieci. W połowie lat 80. zdystansował się od Tamilskich Tygrysów, organizacji przez wielu uznawanej za terrorystyczną, i zaczął mediować między wrogimi stronami. Nigdy jednak nie zacieśnił ponownie stosunków z własną rodziną.
Maya wraz z rodziną zamieszkała w Wielkiej Brytanii na prawach azylanta. W pokazywanym na Berlinale filmie dokumentalnym pt. "Matangi/Maya/M.I.A." wspomina, że w londyńskiej dzielnicy Mitcham wołano za nią "Paki", co jest obraźliwym określeniem Pakistańczyka. - Wtedy myśl o pochodzeniu z Pakistanu nie wydawała mi się wcale najgorsza - śmieje się. - W porównaniu z byciem Tamilką ze Sri Lanki było to nawet OK.
M.I.A ukończyła wydział filmowy prestiżowego Saint Martin's College w Londynie, gdzie według Steve'a Loveridge'a - kolegi z klasy i reżysera dokumentu o artystce - była jedyną kolorową osobą. - Gdy poznaliśmy się w szkole, Maya spytała: Steve, czemu się tak zamartwiasz, na czym polega twój problem? Odpowiedziałem, że jestem gejem, dziwakiem, który źle wygląda i nie umie się dopasować ani odnaleźć. Co mi poradziła? Żebym założył perukę i był jak Andy Warhol! I że ludzie daliby się za to pokroić, by być takimi dziwnymi jak ja - wspomina dzisiaj.
Pierwszą, nagraną chałupniczo demówkę Maya sama zaniosła do modnej londyńskiej wytwórni XL Recordings. - Jestem tym, czego wam potrzeba - powiedziała, wręczając swoje nagranie. Nie myliła się.
O niesłabnącej popularności M.I.A sama przekonuję się boleśnie, bo na rozmowę z piosenkarką w trakcie Berlinale nie da się umówić w formule jeden na jeden. Na wywiad z artystką stawia się ze mną aż dziewięciu dziennikarzy. Wszystkim nam rzedną miny, ale rozchmurzamy się na widok Mai, której dopisuje humor, mimo że, jak deklaruje, jest na kacu po premierze, która odbyła się poprzedniego wieczora. - Każdy chciałby być tak atrakcyjnym i elokwentnym na kacu - przebiega przez głowę niejednego ze zgromadzonych dziennikarzy.
- Gdy przyjechałam do Anglii jako uchodźca, zewsząd słyszałam, że najlepsze, co możesz zrobić ze swoim życiem, to zostać gwiazdą pop - odpowiada na pierwsze pytanie dotyczące początków jej kariery. Udało jej się - dokonała tego w ciągu raptem 15 lat od przyjazdu do Europy. - Potem ktoś powiedział mi: idź na bal, poślub księcia, bądź Kopciuszkiem - zrobiłam i to, zamieszkałam w Beverly Hills. Ale to wciąż nie było to - ciągnie dalej, czyniąc aluzję do swojego zakończonego już związku z Benjaminem Bronfmanem, muzykiem i dziedzicem produkującej whisky firmy Seagram's, z którym ma syna.
Kim jest "trudny" artysta
Wydaje się, że Maya zawsze była taka - miała niewyparzoną gębę i mówiła, co myśli. Od początku swojej kariery igrała z estetyką kojarzącą się z grupami wojującymi zbrojnie o wolność mniejszości, takimi jak Armia Wyzwolenia Palestyny czy Tamilskie Tygrysy - organizacją, która jako jedna z pierwszych użyła zamachu samobójczy jako środka do wywierania politycznego nacisku - choć po wielokroć odżegnywała się od jakichkolwiek bezpośrednich związków z nimi. Po wielokroć również spotykały ją z tego powodu problemy, włącznie z zakazem występów, który, jak sama twierdzi, nastąpił po ukazaniu się płyty "MAYA" (2010 r.). Album jak żaden wcześniej doraźnym politykierstwem spolaryzował środowisko oraz odbiorców. Krytykowano go np. za wskazywanie zbyt prostych połączeń między rządami a koncernami informatycznymi.
- Płyta była zapisem moich odczuć w momencie, gdy na głowę zwalił mi się cały świat. [Maya robi tutaj aluzję do głośnego wywiadu dla "New York Times Magazine", który przedstawił ją w bardzo niepochlebnym świetle, jako reprezentującą głos uciśnionych burżujkę, prowadzącą życie milionerki z LA - przyp. red.]. Choć było to tuż przed aferą WikiLeaks, już poruszała temat ochrony prywatności i zagrożeń płynących dla niej ze świata cyfrowego. To nie była historia osoby o imigranckich korzeniach, która popada w paranoję, do czego próbowano tę płytę sprowadzić. Czas pokazał, że miałam rację, obawiając się silnych związków między internetowymi gigantami a rządami tego świata - stwierdza dzisiaj.
Być może gdyby zawartość muzyczna płyty była bardziej chwytliwa, artystce prędzej uszedłby na sucho kontrowersyjny przekaz. - Gdyby nie moje polityczne zaangażowanie, już dawno byłabym martwa albo na odwyku - tłumaczy w filmie dokumentalnym. W tamtym czasie YouTube i kilka innych serwisów streamingowych ocenzurował też mocny teledysk do pochodzącego z tej płyty utworu "Born Free", wyreżyserowany przez młodego, gniewnego reżysera, Romaina Gavrasa. Widzimy w nim, jak grupa rudowłosych mężczyzn zostaje brutalnie porwana przez przedstawicieli amerykańskiej armii lub sił specjalnych, a następnie, w pięknej, choć przerażającej sekwencji pogoni przypominającej polowanie, zamordowana z zimną krwią. Kamera Gavrasa nie drga nawet wtedy, gdy od strzału w głowę ginie na oko 12-letni (rudy) chłopiec.
- W dzisiejszym świecie jest bardzo mało politycznie zaangażowanych muzyków, obowiązują niemal sztywne wytyczne co do tego, co i jak można powiedzieć - tłumaczy M.I.A. - Niby modnie jest dzisiaj mieć opinie, ale i tak istnieją kody, których nie wolno artyście przełamywać. Gdy spróbowałam tego dwa lata temu, zostałam zapędzona przez prasę w kozi róg. A jedyne, co zrobiłam, to zadałam pytanie, czy w Ameryce można jednocześnie wyrażać uznanie dla walki o prawa czarnych i mówić otwarcie o szacunku dla muzułmanów.
Ta niefortunna, ale znamienna, wypowiedź udzielona dziennikarzowi "Evening Standard" wywołała kolejną falę niechęci jej fanów i dziennikarzy, szczególnie czarnoskórych, chociaż według Mai jej intencją było zwrócenie uwagi na to, jak bardzo rozgranicza się dziś różne kontrowersyjne tematy.
- Nie ma otwartej rozmowy na temat tego, kim właściwie jest "trudny" artysta i co mu wolno. Czy wolno mu poruszać tylko jedną problematyczną kwestię? A może trzeba się ustawić w odpowiedniej kolejce - z gwiazdami, które reprezentują głos kobiet lub z tymi, które chcą oddać sprawiedliwość mniejszościom seksualnym - ironizuje w trakcie rozmowy z dziennikarzami. - Trzeba się załapać na kolejkę ze swoim "problemem". Ja wciąż czekam na niszę dla problematycznych gwiazdek - dodaje ze śmiechem.
"Poradził sobie nieźle"
Z jej żywiołem zderzył się także Steve Loveridge, przyjaciel artystki i autor poświęconego jej dokumentu. Steve przejrzał ponad 700 godzin nagrań z archiwum Mai i przynajmniej kolejne 300 z tego, co dostarczyły mu zapisy z teledysków i koncertów M.I.A.
Podczas wywiadów towarzyszących europejskiej premierze filmu artystka nie kryła rozczarowania, że miała tak znikomy wpływ na finalny kształt dokumentu. Reżyser pracował nad filmem w Nowym Jorku, gdzie pozbawiona chwilowo amerykańskiej wizy M.I.A. nie mogła dotrzeć, co niezwykle ją frustrowało. - Steve nie pozwolił mi uczestniczyć w montażu, siedział sobie w najlepsze w Nowym Jorku i doskonale się bawił, a przecież minęły trzy lata, odkąd przejął archiwum - zżyma się artystka.
Steve z kolei obawiał się pracować pod dyktando Mai. - Nie można się spodziewać obiektywności od bohatera filmu - mówi. Dlatego Maya obejrzała "Matangi/Maya/M.I.A." po raz pierwszy podczas premiery na festiwalu w Sundance. Dziś w końcu przyznaje, że przyjaciel "poradził sobie nieźle", choć dodaje również, że pewne rzeczy mógłby z jej pomocą skorygować. - Nie dał mi tej okazji, więc tak się tylko skarżę - stwierdza ze śmiechem, gdy w trakcie spotkania z dziennikarzami Steve wychodzi na chwilę do toalety.
Na koniec zadaję Mai pytanie, czy planuje zostać filmowcem w związku z powtarzanymi po wielokroć deklaracjami, że ostatnia płyta była tą ostatnią "w ogóle". - Chciałabym, choć to też jest problematyczne. Bo mądrzy ludzie nie robią dzisiaj filmów, robią seriale! - wykrzykuje. Steve uważa jednak, że byłaby świetna w tej roli. Chociaż pracę przy teledysku "Boarders", który reżyserowała Maya, wspomina jako kompletny chaos. - To doświadczenie wywarło na mnie wrażenie, z którego dopiero co się otrząsnąłem, a przecież kręciliśmy zaledwie 3,5-minutowe wideo! To było hipnotyzujące: Maya wynajęła całą wioskę rybacką pod Madrasem, kazała jednym ludziom przemalowywać wszystkie łódki na zielono, a innym golić głowy statystom. Wszystko to odbywało się w 40-stopniowym upale i bez najmniejszej pomocy ze strony wytwórni - czyste szaleństwo! - opowiada z emfazą.
M.I.A cały czas spisuje pomysły na filmy, ale ma świadomość, że większość kręci się wokół trudnych tematów i niełatwo jej będzie pozyskać na nie finansowanie. - Już raz byłam w takim położeniu, gdy zaraz po szkole chciałam robić filmy. Wtedy to Steve przekonał mnie, że jako osoba na zasiłku powinnam jednak zająć się czymś, co naprawdę przyniesie pieniądze. Wtedy to postanowiłam sobie, że wydam płytę i z niej sfinansuję pierwszy film. A może połączę moje obydwie pasje i nakręcę musical?
Spotkanie z artystką odbyło się w trakcie Festiwalu Filmowego Berlinale, gdzie film "Matangi/Maya/M.I.A." miał swoją europejską premierę.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Agata Michalak. Dziennikarka, redaktorka, z wykształcenia kulturoznawczyni, pisze o przyjemności płynących z kultury (i) jedzenia. Współtworzyła i prowadziła magazyn kulturalno-kulinarny "Kukbuk", szefowała miesięcznikowi "Aktivist", pisała do berlińskiego dwutygodnika "Zitty", "Wysokich Obcasów" i "Exklusiva". Prowadziła autorską audycję w Radiu Roxy i bloga o ekodizajnie. Ciekawi ją życie wielkich miast. Autorka książki "O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.