W północno-zachodnim rogu parku Colta, w centrum miasta Hartford w stanie Connecticut, wznosił się na granitowym cokole trzymetrowy brązowy posąg patrona parku. Jeden bok cokołu pokrywały wyryte w kamieniu wyrazy uznania dla Samuela Colta, wynalazcy rewolweru Colt.45, ale chłopiec idący noga za nogą w stronę pomnika nie byłby w stanie odczytać napisu, nawet gdyby chciał, ponieważ nie włożył okularów. Była pora obiadu, 3 lipca, prawdopodobnie w 1933 lub 1934 roku, chociaż nie wiadomo na pewno w którym, i między innymi o to naukowcy mieli się spierać przez następne dekady. Do mieszkania, w którym mieszkał z rodziną, na pierwszym piętrze w budynku bez windy, zostało mu jeszcze około czterystu metrów. Miał siedem lub osiem lat i przeprowadzał się już co najmniej trzy razy. Jego ojciec, elektryk, zarabiał niewiele i musiał się przenosić tam, gdzie mógł znaleźć pracę. Chłopiec był pewnie zdezorientowany tymi wszystkimi zmieniającymi się nagle mieszkaniami, tym ciągłym zaczynaniem od nowa. Miał jasne włosy i jasnoniebieskie oczy oraz miły, nieśmiały uśmiech*.
Wypadek**
Wzdłuż północnego skraju parku biegła stroma ulica i jeśli chłopiec ją przecinał, zapuszczając się następnie w uliczki po drugiej stronie, mógł nieco skrócić sobie drogę do domu. Co prawda miał słaby wzrok, ale z jego słuchem wszystko było w porządku. Nie słyszał żadnych nadjeżdżających samochodów. Zszedł z chodnika i zaczął przechodzić przez jezdnię. Rowerzysta zjeżdżający z góry na wolnym biegu nie widział Henry'ego. Zobaczył go, gdy było już za późno. (...) Następnego dnia przypadał 4 lipca, Dzień Niepodległości, i Henry wraz z rodziną pojechał na piknik. Pogoda była wymarzona: ciepła i sucha. Wcześniej założono mu szwy na czole i miał bandaż nad lewym okiem. Ludzie żartowali z tego, pytając go, czy bawił się petardami. - Musiałeś wcześnie wstać, żeby się tak urządzić - powiedział ktoś na jego widok.
Henry się roześmiał. Wydawało się, że nic mu nie jest. Czuł się dobrze. Wkrótce jednak zaczęły się napady. Chociaż dokładne przyczyny epilepsji Henry'ego być może nigdy nie zostaną poznane, wielu naukowców sądzi, że miała ona związek z jego upadkiem. Mogła być wynikiem bezpośredniego uszkodzenia fizycznego: gdy goją się obrażenia mózgu, pozostałe po nich blizny stają się niekiedy epileptogenne, to znaczy mogą wywoływać napady padaczki. Istnieje również teoria tak zwanego efektu pobudzającego, zgodnie z którą tego rodzaju krótkie spięcie, jakiego doświadczył mózg Henry'ego, pozostawia po sobie nowy, zdolny wywoływać niebezpieczne stany drgawkowe obwód, który uaktywnia się z czasem, pobudzając coraz gwałtowniejsze napady.
Początkowo napady były słabe. Krótkie chwile nieuwagi. Momenty oszołomienia, drobne roztargnienie. Ziarno zostało jednak zasiane i rozpoczęła się przemiana Henry'ego w pacjenta H.M., najintensywniej badanego osobnika w dziejach neuronauki. (...)
Choroba
Żeby uzupełnić dochody rodziny, Henry imał się różnych zajęć w niepełnym wymiarze godzin. Był bileterem w kinie, rozkładał towar w dziale obuwniczym sklepu towarowego G. Fox & Co. i pracował na złomowisku. Gdy rzucił szkołę średnią, zaczął się uczyć zawodu, szkoląc się na nawijacza silników w firmie Ace Electric Motors. Zajęcie to polegało na rozbieraniu niewielkich silników elektrycznych, dokonywaniu przeglądu poszczególnych części w poszukiwaniu problemów czy usterek, a następnie ponownym nawijaniu miedzianych drutów ciasno zwiniętych wokół rdzenia magnetycznego każdego silnika. Była to dobra, przyszłościowa praca, ale ostatecznie Henry musiał z niej zrezygnować. Do tego czasu jego epilepsja znacznie się nasiliła.
Pierwszy napad toniczno-kloniczny [tzw. duży napad padaczkowy, towarzyszy mu utrata świadomości lub przytomności, skurcz mięśni, często także ślinotok - przyp. red.] przeszedł w swoje 15. urodziny. Pamiętał, że jechał z ojcem samochodem. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy siedział z tyłu, czy z przodu, ale uważał, że prawdopodobnie na tylnym siedzeniu, bo kiedy zaczął mieć drgawki i upadł do przodu, ojciec początkowo tego nie zauważył i po prostu nadal prowadził samochód.
Potem miał następny napad, podczas którego spadł z frontowych schodów czyjegoś domu i ocknął się na chodniku. Zaczął miewać ataki coraz częściej. Później na ogół pamiętał, co robił bezpośrednio przed napadem, lecz same napady stanowiły białą plamę w jego umyśle. Gdy do nich dochodziło, wywoływały u niego niepamięć, dokładnie tak jak ów rower w parku Colta.
Nawijanie silników wymagało delikatności i precyzji, tymczasem nawet gdy Henry nie miał pełnoobjawowego napadu toniczno-klonicznego, małe napady padaczkowe wystarczały, by narazić na szwank jego pracę, bo powodowały, że usuwał zbyt dużo izolacji z przewodów albo zapominał o jakiejś istotnej części silnika, gdy ponownie go składał.
Ostatecznie wrócił do szkoły średniej, zapisując się do East Hartford High, i mozolnie dążył do zdobycia dyplomu. Zanim ukończył naukę, napady stały się tak częste, że postanowiono nie wręczać mu dyplomu na scenie. (...)
Po ukończeniu szkoły średniej Henry zdobył ostatnią posadę, jaką pamiętał - pracę przy linii montażowej w fabryce maszyn do pisania Underwood. Tutaj też jego choroba przysparzała problemów. Znajdował się na środku linii, pomagając składać ramę maszyny, zanim inny pracownik zamontuje klawisze. Wymagało to mniejszych umiejętności niż przewijanie silników, ale i tak zdarzało się czasami, że kładziono przed nim gotowe do montażu części maszyny, a on nagle stawał się nieobecny, zastygał w bezruchu, z otwartymi oczami, lecz nie patrząc na nic. Cofano wtedy taśmę do czasu, aż się ocknął. (...)
Leczenie
Henry zażywał ogromne dawki silnych, osłabiających mózg leków przeciwpadaczkowych - Dilantin pięć razy dziennie, Mesantoin trzy razy dziennie, Fenobarbital dwa razy dziennie, Tridione trzy razy dziennie - ale mu nie pomagały, w każdym razie niewystarczająco. W 1953 roku było już oczywiste, że lekarstwa nie pomogły. Nadal codziennie miał kilka napadów, czasami przewracał się na ziemię, a czasami tylko milknął. Napady tego drugiego rodzaju, tak zwane małe napady padaczkowe, często nazywano "nieobecnościami". Gdy się zdarzały, zmieniał się na krótko w ludzką skorupę - jego płuca pracowały, serce biło, lecz umysł się zawieszał. (...)
W 1953 roku przeszłość wciąż jeszcze była dla Henry'ego jasna. To przyszłość rysowała się w coraz ciemniejszych barwach. Gdyby sytuacja nie uległa zmianie, gdyby napady nadal były coraz częstsze i poważniejsze, nietrudno było sobie wyobrazić, że wkrótce stałby się zbyt wielkim ciężarem dla swoich starzejących się rodziców. Jeśli byłby niezdolny do pracy i przestałby dokładać się do rodzinnego budżetu, Gustave i Elizabeth mogliby być zmuszeni gdzieś go odesłać, na przykład w takie miejsce jak pobliska Szkoła Zawodowa w Mansfield (Mansfield Training School), instytucja powstała w 1930 roku w wyniku połączenia dwóch starszych placówek: Szkoły Zawodowej dla Upośledzonych Umysłowo (Training School for the Feebleminded) i Kolonii dla Epileptyków w Connecticut (Connecticut Colony for Epileptics). (...)
W marcu 1953 roku (...) dr William Beecher Scoville udzielił porady Molaisonom. Chociaż dokładny zapis tamtej konsultacji nie istnieje, można przyjąć pewne założenia. Niewątpliwie zapytał ich o postępy, czy też brak postępów, w leczeniu Henry'ego, a oni opowiedzieli mu o coraz większych problemach syna. Dali jasno do zrozumienia, że lekarstwa nie pomogły, a w każdym razie niewystarczająco. Zważywszy na częstotliwość jego małych napadów padaczkowych, niewykluczone, że w jakimś momencie podczas wizyty Henry dostał jednego z nich. Usta mu zwiotczały, głowa przekrzywiła się na jedną stronę, szeroko otwarte oczy patrzyły bez wyrazu, a palce raz po raz apatycznie i bezmyślnie drapały nogawkę spodni. Jeśli rzeczywiście do tego doszło, dr Scoville z pewnością obserwował uważnie Henry'ego, czekając, aż oprzytomnieje, a przed końcem wizyty mógł już w pełni ocenić beznadziejność sytuacji Molaisonów. A potem dał im nadzieję. (...) Możliwe, że powiedział Molaisonom, że mógłby, jeśli mu pozwolą, całkowicie usunąć tę dolegliwość.
Henry, Gustave i Elizabeth musieli być przerażeni, bo wizja żadnego zabiegu medycznego nie jest bardziej przerażająca od perspektywy operacji mózgu. Musieli też darzyć doktora Scoville'a zaufaniem, ponieważ był szanowanym, cieszącym się autorytetem lekarzem, profesorem Yale, człowiekiem kompetentnym w swojej dziedzinie. Nie wiadomo, (...), w jaki sposób rozważali za i przeciw, zastanawiając się nad niejasnym ryzykiem przyszłej operacji w porównaniu z rozpaczliwym status quo. Może zwlekali, spierając się między sobą. A może szybko podjęli decyzję. Wiadomo jedno: powiedzieli "tak".
Eksperyment
Operację wyznaczono na 25 sierpnia 1953 roku. (...) Dr William Beecher Scoville, (...), wstrzyknął środek znieczulający miejscowo w skórę na głowie pacjenta, naciął łuk na czubku jego czaszki i zrolował w dół skórę czoła niczym dywan. Następnie posłużył się trepanem, żeby usunąć dwa krążki kości o rozmiarach srebrnej dolarówki, skalpelem, żeby rozciąć chroniące mózg opony, oraz płaską szpatułką mózgową, by unieść płaty czołowe i odsłonić znajdujące się pod nimi głębsze struktury. Zbadał ten obszar wzrokowo, dostrzegając połyskujące różowe kontury hipokampu, ciała migdałowatego, haka oraz kory śródwęchowej [elementy układu limbicznego w mózgu, odpowiedzialne m.in. za funkcje pamięci, generowanie negatywnych emocji czy reakcje obronne - przyp. red.] i próbując rozpoznać jakieś oczywiste wady, takie jak chropowata albo zwyrodniała tkanka, blizny czy guzy lub inne defekty, które mogłyby być źródłem padaczki Henry'ego. Niczego takiego nie zobaczył. (...) Nie było źródła padaczki. To oznaczało, że nie było żadnego celu, żadnego konkretnego miejsca w przyśrodkowych płatach skroniowych Henry'ego, które należałoby zaatakować. Brakowało nawet jakiejkolwiek wskazówki, w której półkuli jego mózgu brały początek napady.
Gdyby tamtego dnia na miejscu dr. Scoville'a był jakiś inny neurochirurg, wypadki mogłyby się potoczyć inaczej. (...) Ale był tam dr William Beecher Scoville. (...) Wziął cewnik ssący, wprowadził go ostrożnie przez jeden z otworów trepanacyjnych i przystąpił do wysysania przyśrodkowych płatów skroniowych tej właśnie półkuli mózgu Henry'ego. Jego ciało migdałowate, jego hak, korę śródwęchową. Jego hipokamp. Znaczna część wszystkich tych tajemniczych struktur zniknęła w ssawce. Następnie wyjął urządzenie z pierwszego otworu, oczyścił je i wprowadził do drugiego.
Z braku określonego celu w przyśrodkowych płatach skroniowych konkretnej półkuli dr Scoville postanowił uszkodzić obie. Dla Henry'ego ta decyzja była najbardziej ryzykowna z możliwych. Nie zważając na funkcje struktur przyśrodkowego płata skroniowego - a wtedy nikt nie miał pojęcia, za co odpowiadają - dr Scoville je likwidował. Ryzyko, jakie stanowiło to dla Henry'ego, było równie bezsporne, jak niewyobrażalne. (...)
Nie sposób stwierdzić, jakie myśli kierowały lekarzem w tamtym momencie, jaka mieszanka pobudek. Miał powody sądzić, że operacja pomoże w złagodzeniu padaczki Henry'ego. Miał również powody uważać, że rzuci nowe światło na funkcje pewnych najbardziej tajemniczych struktur w ludzkim mózgu. Całkiem możliwe, że w ogóle niewiele myślał. Wiele lat później, w rzadkiej chwili introspekcji, tak powiedział o sobie: "Wolę działanie od myślenia, to dlatego jestem chirurgiem. Lubię widzieć rezultaty". Wcisnął włącznik cewki ssącej i przyśrodkowe płaty skroniowe pozostałej półkuli Henry'ego zniknęły w czeluściach urządzenia. (...) Usunął Henry'emu dokładnie to, co chciał. Zakończył operację. Wyciągnął narzędzia. Umieścił krążki kości z powrotem na swoim miejscu i zszył ciało.
Pacjent H.M.
Sześć tygodni później wysłał drukowaną wersję swojego wystąpienia na sympozjum Stowarzyszenia im. Harveya Cushinga do redakcji "Journal of Neurosurgery", żeby je opublikowano. (...) przez niego operacje płatów limbicznych, napisał teraz, "nie przyniosły żadnych znaczących zmian fizjologicznych czy behawioralnych, z jednym wyjątkiem, bardzo ciężkim, utraty pamięci świeżej, co jest na tyle poważne, że nie pozwala pacjentowi zapamiętać rozmieszczenia pokoi, w których mieszka, imion swoich bliskich kolegów ani nawet drogi do toalety czy pisuaru". *** Henry Molaison po operacji w 1953 r. przeżył jeszcze 55 lat. Do końca życia pozostawał pod stałą obserwacją lekarzy. Wskutek eksperymentu dr. Scoville'a utracił wspomnienia z kilkunastu lat swojego życia, stracił też zdolność zapamiętywania nowych informacji. Tragiczna w skutkach operacja okazała się jednak milowym krokiem w badaniach nad mechanizmem ludzkiej pamięci. Pacjent H.M. zmarł w 2008 r. Po śmierci jego mózg poddano dalszym badaniom.
*Fragment książki "Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny" w polskim przekładzie Łukasza Müllera
**Wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Luke Dittrich. Amerykański dziennikarz i współpracownik "Esquire". Jego reportaż o ocalałych po ataku niszczycielskiego tornada w Missouri uhonorowano National Magazine Award. Nie boi się wyzwań: aby zebrać materiał do swoich tekstów, przebiegł maraton na Antarktyce i przeszedł 550 kilometrów wzdłuż granicy Stanów Zjednoczonych z Meksykiem. "Eksperyment..." to jego pierwsza książka, która przyniosła mu uznanie krytyki i liczne wyróżnienia - w tym prestiżową PEN/E.O. Wilson Literary Science Writing Award.