* 1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa. Przypominamy fragment książki Jerzego Chociłowskiego "Niezwykłe kobiety drugiej Rzeczpospolitej".
Po ukończeniu czwartej klasy żeńskiego gimnazjum w Toruniu czternastoletnia Elżbieta Zawacka otrzymała na świadectwie piątki z niemieckiego, francuskiego i łaciny, natomiast jej znajomość języka polskiego oceniono jako zaledwie dostateczną. Był to jednak i tak milowy postęp wobec zgoła niedawnej przeszłości*. (...) w zaborze pruskim wynaradawiano ludność polską z wilczą zajadłością, do której nie umywały się kulawe rusyfikacyjne wysiłki w sąsiednim Królestwie Polskim. Małżeństwo Zawackich rozmawiało z dziećmi wyłącznie po niemiecku, ze sobą zaś po polsku tylko szeptem, i to w ciągłym strachu. Gdyby się wydało, że ojciec Eli - Władysław, kancelista sądowy - posługuje się poza pracą językiem polskim, straciłby od razu zatrudnienie. A w domu była bieda, w latach światowej wojny nawet nędza. Zakaz używania polskiego dotyczył także modlitwy, co było raz po raz sprawdzane. W szkołach odezwanie się po polsku było karane chłostą, nawet owinięcie drugiego śniadania w polską gazetę pociągało za sobą karę.
Po niemieckiej szkole elementarnej Ela poszła do polskiego już gimnazjum, gdzie aż do matury jechała na trójkach z mowy ojczystej, ale potem lody ruszyły i stopniały. Na studia (wydział matematyczno-przyrodniczy na Uniwersytecie Poznańskim) zarabiała pracą na poczcie i korepetycjami. "Równania różniczkowe periodyków całek eliptycznych" - tak brzmiał enigmatyczny dla profana tytuł jej pracy magisterskiej, której promotorem był profesor Zdzisław Krygowski. To jego trzej studenci (Marian Rejewski, Henryk Zygalski i Jerzy Różycki) wsławili się później złamaniem niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma, co znacznie pomogło aliantom w pokonaniu Hitlera.
Po zdaniu egzaminu na nauczyciela szkół średnich Zawacka uczyła gimnazjalistki matematyki, ale na dwa lata przed wybuchem wojny pochłonęło ją bez reszty instruktorstwo w hufcach PWK, czyli Przysposobienia Wojskowego Kobiet. W tej swoistej organizacji paramilitarnej szykowano młode panny do sprawowania różnych funkcji pomocniczych w wojsku na wypadek wojny. Uczyły się też musztry, topografii, czytania map, strzelania, jazdy konnej, podnosiły sprawność fizyczną. Był to podówczas nader ambitny i - jak pokazała przyszłość - sensowny przyczynek do równoprawnego udziału kobiet w dziedzinie zdominowanej bezwzględnie przez mężczyzn. Pewiaczki alias pewukaczki, maszerując, śpiewały:
Wznieśmy śmiało w górę dumne czoła
I pieśń wielką rzućmy w niebo, w chmury,
Idziemy tam, gdzie obowiązek woła,
My pewiaczki, Polski wierne córy.
"Biała sukienka jest już uszyta"
Dziewięćdziesięciosześcioletnia Elżbieta Zawacka w dokumentalnym filmie Marka Widarskiego wspominała z werwą: Byłam komendantką PWK na Śląsku. Miałam szczęśliwe życie. To była piękna praca. Dawała mi radość, żyłam radością w czasie tej służby. Najazd hitlerowski sprawił, że patriotyzm zszedł do podziemia. Pewiaczki w większości też się tam znalazły, tworząc jak gdyby naturalną - opartą na zaufaniu rodem z PWK - siatkę konspiracyjną. Do przysięgi stanęła na samym początku okupacji również Elżbieta Zawacka, przybierając pseudonim Zelma, ale wkrótce zmieniła go na dwuliterowy "Zo". Stało się to po informacji, jaką przekazał jej przez telefon anonimowy kobiecy głos: "Biała sukienka jest już uszyta". Znaczyło to, że została kurierką "Zagrody" - Wydziału Łączności Zagranicznej Komendy Głównej ZWZ-AK.
Zaczęła od trasy do Berlina w 1941 roku. Od tamtej pory kursowała jak czółenko tkackie między okupowaną Polską a zachodnią Europą z meldunkami w jedną, a pieniędzmi w drugą stronę. Zakamuflowana jako rdzenna Niemka, na którą zresztą wyglądała dzięki blond włosom i niebieskim oczom, wspierając się teutońską pewnością siebie z domieszką tupetu w razie potrzeby. A przede wszystkim bezbłędną niemczyzną wyniesioną ze szkolnej ławki. (...)
Wyposażona w fałszywe dokumenty, przekraczała granicę Rzeszy ponad sto razy, dostarczając pocztę do komórek wywiadowczych (tak zwanych baz), skąd przekazywano ją różnymi kanałami do sztabu Naczelnego Wodza najpierw we Francji, a po niesławnym upadku Paryża - w Londynie. Mikrofilmy przewoziła w specjalnych skrytkach, na przykład w szczotkach lub w trzonku klucza. Trudniejszym zadaniem był powrót z gotówką, która siłą rzeczy musiała zabierać sporo miejsca. Przewoziła ją zazwyczaj albo w pasach na sobie, albo w tanich, używanych walizkach. Pewnego razu, ostrzeżona o rewizji, upchnęła dolary w przewodach wentylacyjnych pociągowej toalety. Przy późniejszym wyszarpywaniu ich stamtąd banknoty porozdzierały się, ale wymieniła je na nowe w niemieckim banku, tłumacząc, że padły ofiarą psich zębów.
Znacznie bardziej dramatyczny przebieg miał finał jednej z jej wypraw do Berlina. Z dużą, wypchaną dolarami walizą dotarła do Sosnowca, gdzie zamierzała przenocować u swej siostry Klary. Anonsując się, ciskała kamykami w okno jej mieszkania na pierwszym piętrze. Nie było odpowiedzi, więc zaryzykowała pójście na górę. Tam przywitała ją przerażona, "blada jak trup" sąsiadka z wiadomością, że siostrę aresztowano, a gestapowcy założyli u niej kocioł, ale teraz ich nie ma, bo wyszli na kolację. Zawacka naturalnie uciekła, zanocowała u koleżanki, a rano pojechała tramwajem do Katowic, gdzie oddała walizę do przechowalni dworcowej. W "kontaktowej" aptece poprosiła o proszek od bólu głowy i wręczyła farmaceutce kwit bagażowy, cały czas czując jednak szóstym zmysłem, że jest śledzona, co się zresztą wkrótce potwierdziło. Tajniacy deptali jej po piętach po przyjeździe do Krakowa, a także w nocnym pociągu do Warszawy. Nawiedziła ją myśl, że "musi się zabić". Ale jak? To nie jest takie proste. Zresztą ja chcę żyć. Nie chcę umierać. Chcę uciec śledzącym mnie szpiclom - wspominała w filmie.
Postanawia wreszcie wyskoczyć z pociągu. Robi to na zakręcie przy dojeździe do Żyrardowa, zostawiając dla niepoznaki w przedziale płaszcz. "Muszę wyskoczyć" - mówi do konduktora, a ten w milczeniu przytrzymuje drzwi i Zawacka ląduje w rowie. Cała prócz zdartej skóry z kolan i łokci. Potem przez cały dzień przemyka się przez pola i zagajniki. Od spotkanej po drodze wieśniaczki dostaje w zamian za pierścionek chustę na głowę i koszyk; po czym podmiejskim pociągiem dojeżdża do stolicy, gdzie melduje powrót: walizę w Katowicach wydostali, a ja jestem żywa .
Jej dalsze wyprawy, czy to na Śląsk, czy do Berlina, nie wchodziły już w rachubę. Była na tych trasach "spalona". Zmieniła więc wygląd, przefarbowała włosy na rudo i przyczajona przeczekała pościg za sobą, wszczęty już jawnie listem gończym. Pół roku później (grudzień 1942) szef - Komendant Główny AK "Grot", czyli Stefan Rowecki, wysłał ją z ważną misją do Londynu. Dotarła tam dopiero za drugim podejściem przez Francję (jako Alzatka Elise Riviere), Pireneje, Barcelonę, Madryt i Gibraltar, skąd - już jako Elizabeth Watson - na pokładzie brytyjskiego statku po dwóch miesiącach dopłynęła przez Atlantyk do celu z plikiem mikrofilmów schowanym w zapalniczce. Miała zadanie nakreślić Naczelnemu Wodzowi obraz sytuacji w kraju, omówić sposoby usprawnienia komunikacji ruchu oporu z rządem na uchodźstwie, a także domagać się urzędowego nadania praw kombatanckich kobietom na równi z mężczyznami. Ten ostatni postulat nie czekał szczególnie długo na uwzględnienie stosownym dekretem prezydenckim (...).
Jedyna wśród cichociemnych
Jan Nowak-Jeziorański pisał w książce "Kurier z Warszawy", że nawet w konspiracji, gdzie panuje anonimowość, "Zo" była postacią legendarną: Uchodziła za człowieka ostrego, wymagającego, ale najbardziej od samej siebie. Jej oddanie służbie graniczyło z fanatyzmem. (...) Miała w sobie coś męskiego. Była surowa, poważna, trochę szorstka i bardzo rzeczowa. W czasie rozmowy ani razu nie uśmiechnęła się, nie padło ani jedno słowo natury osobistej. (...) Nie miała na to czasu. Dopiero na pożegnanie poczułem ciepły, mocny uścisk dłoni i usłyszałem lekkie westchnienie: "Daj Boże, żebyście dotarli".
Do kraju wracała Zawacka nietypowo - drogą powietrzną. Skończyła w Anglii kurs spadochronowy i razem z dwoma porucznikami, cichociemnymi, wyskoczyła z samolotu w okolicach Grodziska Mazowieckiego; według niej było to koło Podkowy Leśnej, co nie czyni dużej różnicy. (To było cudowne, nie ja zbliżałam się do ziemi, to ziemia zbliżała się do mnie ). Akowiec, który podbiegł do niej po wylądowaniu, wyciągnął ramiona do powitalnego uścisku, lecz ujrzawszy kobietę, odskoczył zdetonowany, zaraz się jednak zmitygował i cmoknął ją w rękę.
Zawacka wróciła zaraz do roboty konspiracyjnej w "Zagrodzie", ale po pół roku nastąpiła katastrofalna wsypa wskutek zdrady polskiego agenta gestapo, który zagnieździł się wysoko w organizacji. Nastąpiły bardzo liczne aresztowania, ale "Zo" udało się wymknąć, choć była zawzięcie tropiona. Niemcy robili łapanki na chybił trafił, wyłuskując podobne do niej młode kobiety. Musiano ją znów poddać tak zwanej kwarantannie. Odbywała ją w klasztorze sióstr niepokalanek w Szymanowie (pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy), gdzie udawała postulantkę, czyli zakonnicę w okresie próby.
Pogłoski o nadchodzącym powstaniu skłoniły ją do samowolnego porzucenia walki z chwastami na przyklasztornych grządkach. Powędrowała do Warszawy, gdzie wieści o powstaniu szybko się zmaterializowały. Nie dopuszczono jej do udziału w walkach, ale była często w ich pobliżu. Dźwigała granaty, dozorowała kuchnie powstańcze, pomagała wychodzącym z kanałów. A po powstaniu uciekła z kolumny cywilów prowadzonych do obozu w Pruszkowie i przedostała się do Krakowa, po czym znów jako kurierka jeździła do Austrii i Szwajcarii. Po wojnie jeszcze przez rok działała w podziemiu, za co później zapłaciła czteroletnim więzieniem.
Nigdy nie wyszła za mąż. Przyznawała wprawdzie, że "były chwile żalu, że się nie ma rodziny, dzieci własnych", ale jednak "tamto" było ważniejsze. Mówiła, że jej życie nie było szare, bo "gdy ma się cel do osiągnięcia, to żyje się radośnie". Miała dwa ordery Virtuti Militari, pięć Krzyży Walecznych, Order Orła Białego. Jako druga kobieta w dziejach WP została mianowana generałem brygady (pierwszą była Maria Wittek).
Dożyła prawie stu lat. Jej ostatnim marzeniem był pomnik "upamiętniający wielki czyn kobiecy", bezgranicznie ofiarny udział kobiet w służbie dla narodu.
*Fragment książki "Niezwykłe kobiety drugiej Rzeczpospolitej" Jerzego Chociłowskiego, którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Jerzy Chociłowski . Publicysta, reporter i tłumacz. Autor zbiorów reportaży (m.in.: "Okruchy Azji", "Bali - kwiat z ogrodu snów", "Szarada indyjska", "Wietnam bez 17 równoleżnika") oraz książek "Talia niezwykłych postaci II RP", "Podwieczorki u Lucyfera. Szczere do bólu rozmowy Stalina z Hitlerem". Wydał też "Limeryki swawolne" oraz tomik opowiadań "Zdrada w Czarciborzy".