Biografie
Prof. Magdalena Fikus (fot. Beata Wielgosz)
Prof. Magdalena Fikus (fot. Beata Wielgosz)

Czy nauka potrafi wyjaśnić, czym jest szczęście?

- Dość dawno temu "zapisałam się" do klubu wielbicielek książki Janusza Wiśniewskiego "Samotność w sieci". Wiem, wiem, to nie jest książka dla intelektualistek, ale ja, będąc najwyżej inteligentką, jestem też kobietą i pan Wiśniewski trafił w moje emocje. W dziesiątkę!*

Na skrzydełku książki przeczytałam, kto to właściwie jest, i okazało się, że jeżeli nie intelektualista, to przynajmniej ciekawy i wybitny inteligent. I że zna się na chemii, informatyce, fizyce. Z doktoratem, habilitacją. Napisaliśmy do niego z Kawiarni Naukowej i zaprosiliśmy do nas z wykładem. Zaproponował tytuł: "Chemia miłości".

No proszę. Miłość można też opisać za pomocą terminów chemicznych. Podobnie można opisać odczuwanie szczęścia. I bardzo mi to nie odpowiada.

Prof. Fikus jest jedną z pomysłodawczyń i organizatorek Festiwalu Nauki, którego pierwsza edycja odbyła się w 1997 r. (fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta)

Dlaczego? Czy nie po to się studiuje biochemię, żeby rozumieć takie rzeczy?

- W obu przypadkach nauka odnosi się do różnych hormonów, do neuroprzekaźników i neuromodulatorów. Mają różne struktury, wytwarzane są w różnych częściach mózgu, ale także w różnych częściach ciała. Ich, jak to my mówimy, spektrum aktywności jest bardzo szerokie. Endorfiny blokują ból i przynoszą satysfakcję z wysiłku czy seksu, serotonina zwiększa urok towarzyski, dopamina daje zdecydowanie w dążeniu do celu, oksytocyna - satysfakcję z kontaktu fizycznego. Wydzielane są w nieznacznych ilościach, a efekt działania może być piorunujący. Działają na tak zwany ośrodek nagrody w mózgu.

Otóż w tym wypadku: miłości i szczęścia, nie mam ochoty na analizę ilościową tego, co mi się wydzielało na nartach, w trakcie wspinaczki, w momentach bliskości z mężczyzną lub po dużym wysiłku umysłowym. Uczucia macierzyńskie? Proszę bardzo: endorfiny i oksytocyna. Miłość - serotonina. Nie umiem się pogodzić z takim opisem.

Przecież genetycy robią podobnie, sprowadzając bujną biologiczną różnorodność do odpowiedniego koktajlu genów.

- Nie wiem, czemu przypisywanie różnych cech genom nie budzi mojego sprzeciwu. Zresztą psychologowie też twierdzą, że za odczuwanie szczęścia w pięćdziesięciu procentach odpowiadają geny (ciekawa jestem, jak to zbadali). Osobiście wyłączyłabym naukę z konieczności dociekania na temat tego, czy byłam w życiu szczęśliwa i czy kochałam. Pozostańmy przy porywach niedefiniowalnego nastroju.

 

Praca naukowa daje ci szczęście?

- Czasami. Opowiem ci o tym za chwilę. Bo najpierw chcę jednak powiedzieć, że dla mnie poczucie szczęścia wiąże się raczej z czymś bardzo gwałtownym, pierwotnym, porywającym, zwierzęcym niemal. Takim, przy którym inne sprawy tracą znaczenie, bledną i odchodzą - czy ja wiem? Może nie w zapomnienie, ale zdecydowanie na dalszy plan. Jest ono przedsmakiem doskonałości. Triumfem. Wyraźnie odróżniam je od zadowolenia, które może trwać długo. Szczęście to chwila.

U mnie zazwyczaj szczęście łączyło się z jakimś wielkim wysiłkiem fizycznym. Tak. Wielkim wysiłkiem i wielkim pięknem. I niejednokrotnie z mężczyzną - przynajmniej w tle.

Tak jak po urodzeniu dziecka?

- Ależ, przepraszam cię, co może być pięknego w porodzie? Wszystko mnie bolało, wcale nie uważałam tego za cudowne. Dzieci były udane, cieszyłam się, ale żeby mówić o porywach szczęścia? Bynajmniej.

To opowiedz o porywach.

- Była wczesna, najpiękniejsza jesień w Tatrach. Ranki chłodne, w południe ciepło, słońce i oślepiający błękit nieba. Miałam dwadzieścia lat, przyjechałam na Halę Gąsienicową i poznani tam dwaj taternicy zabrali mnie na wspinaczkę. Nigdy w życiu się nie wspinałam, ale byłam sprawna, zwinna, no i obaj wydawali mi się godni zaufania, więc czułam się bezpieczna. Wyruszyliśmy wcześnie rano, oni nieśli te wszystkie liny i haki, a ja niosłam tylko siebie. Podeszliśmy pod zadnią, czyli wschodnią ścianę Kościelca, od strony Hali.

Prof. Fikus na Kongresie Kobiet Polskich w 2009 r. (fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

Jest wiele wariantów wejścia na ten szczyt, nie wiem, którym szliśmy, potem już nigdy więcej się nie wspinałam. Przed wejściem w ścianę pokazali mi, jak się obchodzić z linami i hakami. Pamiętam tylko, że jednym z elementów tej drogi był komin, który się pokonywało, opierając stopy o jedną ścianę, a plecy o drugą.

Prawdopodobnie Komin Stanisławskiego. Bardzo klasyczna droga. Tatrzańska piątka, ambitna jak na pierwsze wspinanie.

- Na szczycie panowie oświadczyli, że po przejściu drogi jest taternicki zwyczaj całowania się. Tam na górze doznałam takiego niesłychanego poczucia, że świat należy do mnie i wszystko jest przede mną.

Stałam na szczycie. Nic piękniejszego w życiu nie mogło mi się zdarzyć.

I nic piękniejszego już się nie zdarzyło?

- Zdarzyło się! Również w Tatrach. To był tygodniowy wypad narciarski do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Spaliśmy w trzydziestoosobowej sali. Codziennie rano pastowaliśmy dokładnie nasze namakające skórzane buty narciarskie. A potem wychodziliśmy w teren.

Wtedy można było chodzić po okolicy wszędzie, gdzie tylko oczy poniosą, nie było wyznaczonych szlaków, poza które nie należało zbaczać. Wychodziliśmy na jakąś przełęcz lub pod grań i - wiuuu, zjeżdżaliśmy, w nieruszonym przez nikogo śniegu, tak jak każdy z nas umiał. Oczywiście teren trzeba było znać. Prowadzący naszą grupę nie dość, że świetny narciarz i przewodnik, był jeszcze opalony, silny, szczupły i interesujący. Wieczorami, kiedy w grupach graliśmy w brydża lub rozmawialiśmy, pozwalał mi narzucać na ramiona swoją pikowaną, granatową ciepłą kurtkę, żebym nie marzła.

 

Mężczyzna już jest, teraz pora na wysiłek.

- To był już ostatni dzień, załadowaliśmy plecaki i trzeba było zjeżdżać do Zakopanego. I wtedy on zaproponował zjazd górą, przez Kozią Przełęcz. Dziś sama nie mogę się nadziwić, że ja to wyzwanie podjęłam i że dałam sobie radę. Z całej grupy nikt inny się nie odważył. A ja miałam do niego bezgraniczne zaufanie, choć dziś wiem, że chwilami szarżował. Ruszyliśmy do Pustej Doliny pod Zamarłą Turnią. Weszliśmy na tę przełęcz na nogach, zsunęliśmy się parę metrów, w stromym żlebie, byle wyrobić platforemkę na założenie nart.

Z plecakiem na ramionach jeździ się inaczej, trudniej. Ciągnie do tyłu.

- Pamiętam dwa postoje - na kamieniu nad Zmarzłym Stawem, słońce fantastyczne. I potem na Karczmisku, obrót do tyłu, po raz ostatni spojrzenie na Tatry. To szczęście, o którym myślę, to chyba tam na górze, na przełęczy. A może już na Czarnym Stawie Gąsienicowym? Dzień był brylantowy - słońce, śnieg i nikogo tam przed nami nie było.

Nic nie zostało powiedziane, choć ja chciałam doczekać się słowa lub gestu. Takie spojrzenia padały już w schronisku i oboje wiedzieliśmy, że jest między nami takie przyciąganie, że trudno je pokonać.

Odprowadził mnie do autobusu, bo jechałam do rodziców, do Krakowa. Kupił wielki bukiet czerwonych róż i powiedział: "Daj mamie".

Prof. Magdalena Fikus w 2011 r. została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla polskiej nauki i kultury (fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta)

Zaczynam rozumieć wzór na szczęście - góry i taternik.

- Kiedy byłam na Uniwersytecie Stanforda, zorganizowaliśmy wyprawę do Wielkiego Kanionu. Dość elitarną, dla niedużej grupy, bo trasa, którą wybraliśmy, była nietypowa i wymagała pewnego górskiego przygotowania. Wielki Kanion to jedno z dwóch miejsc - obok Akropolu - które uważam za najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam.

Był kwiecień, na górze kanionu leżał jeszcze śnieg, lecz w miarę jak schodziliśmy w dół, robiło się coraz cieplej. Tak jakbyśmy wędrowali przez kolejne pory roku - zimę, przedwiośnie, wczesną wiosnę. Na dole było lato pełną gębą, dwadzieścia pięć stopni! Kwitły drzewa, przyroda szalała. Pamiętam zachwycające kolory skał. Za miejscowym przewodnikiem schodziliśmy po ścieżkach, których onegdaj używali ludzie pracujący przy wydobyciu srebra. Od czasu do czasu mijaliśmy stada dzikich osłów - być może potomków tych, które uciekły od pracy przy wyciąganiu srebrnego urobku. Nocowaliśmy trzysta metrów nad poziomem rzeki. Rozpaliliśmy ognisko. Przewodnik odradzał nam tę miejscówkę i przestrzegał, że jeśli przyjdzie ulewa, to zginiemy. Nie przyszła. Ale ochota na sen także już nie przychodziła.

Spaliście w namiotach?

- W jaskiniach, wyżłobionych w ścianach tych wąwozów. To była prawdziwie pionierska przygoda. Poznałam wtedy chłopaka z wydziału chemii. Miałam wrażenie, że ja, jako człowiek z dziwnego, dzikiego, komunistycznego kraju, wydaję mu się wyjątkowo ciekawa.

Och, proszę cię. Ty sama jesteś ciekawa, nie musisz być ciekawa jako obiekt z muzeum komunizmu!

- W każdym razie zadawał mi mnóstwo pytań. Pytał niemal o wszystko, a ja mu opowiadałam o naszym życiu tutaj i przeglądałam się w jego pytaniach. To było niesamowite. Równie niezwykłe, jak niezwykła i majestatyczna była przyroda dookoła. Wracaliśmy potem z kanionu samochodami i on domagał się, żebym jechała w ich samochodzie, bo - jak powiedział - z Magdą nigdy nie zaśnie i może jechać nawet całą noc.

 

A szczęście naukowe?

- Pierwszy raz przyszło do mnie, kiedy już od kilku lat pracowałam w Zakładzie Biochemii Państwowego Zakładu Higieny, w pracowni profesora Shugara. Zajmowałam się wtedy wpływem ultrafioletu na związki, z których składają się kwasy nukleinowe. Te związki są wrażliwe na ultrafiolet, bo ultrafiolet pochłaniają, a taka dawka przyjętej jednorazowo energii potrafi dobrze w skomplikowanym układzie chemicznym namieszać. Wtedy badałam akurat urydynę, związek wchodzący w skład kwasu rybonukleinowego. Po odpowiednim czasie naświetlania urydyna już nie pochłania ultrafioletu. Mierzyć to można przyrządem zwanym spektrofotometrem. Nie było ich wtedy w Warszawie prawie wcale, jeden z nielicznych był w naszym instytucie. To w ogóle - jak już mówiłam - były czasy strasznej nędzy aparaturowej. Na świecie byliśmy chyba uważani za jaskiniowców!

Dam taki przykład: substancję, którą naświetla się promieniami UV, trzeba umieścić w naczyniu wykonanym z kwarcu. Zwykła, szklana próbówka nie przepuszcza ultrafioletu, więc i całe naświetlanie straciłoby jakikolwiek sens. A takie naczynko kwarcowe kupić można było tylko za dolary. Taka kuwetka warta była majątek. Kiedyś, przypadkiem, jedna mi się stłukła. To była klęska. Zastanawiałam się, czy nie złożyć natychmiast wymówienia. Odkupienie jej było całkowicie poza moimi finansowymi możliwościami. Cena w dolarach równała się moim dwu miesięcznym pensjom, bo taki był czarny kurs dolara.

Mieliśmy mówić o szczęściu, a nie o druzgocących niepowodzeniach, przypominam.

- Jeśli taką zmasakrowaną ultrafioletem urydynę zalkalizować, czyli podziałać na nią zasadą (pH na przykład 12), to to, co powstało po naświetlaniu, znowu zaczyna pochłaniać ultrafiolet, a całe przejście od ultrafioletowego niebytu do istnienia trwa około dziesięciu minut. W końcu osiemdziesiąt pięć procent urydyny wraca do swojej wyjściowej budowy, takiej, jaką miała, zanim zaczęliśmy eksperyment ze światłem. Co się dzieje z pozostałymi piętnastoma procentami - nie wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy też, jakie przemiany chemiczne, jakie procesy zachodzą w ciągu tych strategicznych dziesięciu minut. Mały, malutki problem naukowy, mała, malutka zagadka.

Prof. Magdalena Fikus, jako członek Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, podczas przekazania nowo zaprzysiężonemu na prezydenta Polski Andrzejowi Dudzie Orderów Orla Białego i Odrodzenia Polski. Sierpień 2015 r. (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Zapewne zachodziły tam jakieś dynamiczne reakcje.

- Dziś dostępne są spektrofotometry - automaty, które potrafią mierzyć te zmiany dosłownie co parę sekund. Jest też wiele innych instrumentów do pomiarów szybkich reakcji. Wtedy trzeba było to robić ręcznie. Mierzenie zajmowało mi pewnie ze dwie minuty, a w tym czasie reakcja szła dalej! Nie mogłam w żaden sposób uchwycić szczegółów przejścia. Wtedy zrozumiałam, że skoro nie dam rady tego zmierzyć, muszę to po prostu wymyślić. Znałam jedynie strukturę cząsteczki przed naświetlaniem i po zakończeniu całego cyklu.

Udało się?

- Wymyśliłam, chyba logicznie. To było moje pierwsze myślenie naukowe, choć pomiarów na zlecenie Shugara zrobiłam już bardzo dużo. I pamiętam właśnie to myślenie jako wielką drogę szczęścia. Nie pamiętam, co wymyśliłam.

Pierwsza samodzielna publikacja?

- Ależ skąd. Publikację napisał Shugar sam, jak zwykle. Przemiany alkaliczne nie zostały w niej nawet skomentowane, co więcej - nie wiem, czy ustosunkował się do mojego pomysłu w rozmowie z kimkolwiek lub w dyskusji w pracy.

Nie czułaś się zawiedziona?

- To z pewnością zaważyło na mojej drodze naukowej. Shugar, według mojej dzisiejszej oceny, był dobrym nauczycielem. Ale tylko dla bardzo młodych pracowników, nie dalej niż do stopnia doktora. Potem potrzebowaliśmy i więcej samodzielności - i więcej wyzwań. To naukowe szczęście, jakiego u niego w zakładzie doświadczałam, było jednak trochę ułomne. W porównaniu z niczym niezmąconym szczęściem z Koziej Przełęczy.

 

A co jest na drugim biegunie, po przeciwnej stronie od ekscytacji z Koziej Przełęczy? Jak odbierasz ciosy, które zadaje ci los?

- Jestem bardzo opanowana. Bardzo rzadko daję się ponieść emocjom, a nawet podejrzewam, że dość rzadko i dość słabe emocje odczuwam. Ale dwukrotnie w życiu zdarzyło mi się, że krzyczałam z bólu, krzyczałam jak zwierzę. Pierwszy raz, kiedy umarł mój ojciec. Wiedziałam, że umiera, byłam przy nim cały czas, ale kiedy lekarz powiedział: "To już koniec" - coś we mnie wstąpiło. W ogóle tego nie rozumiem. Krzyczałam, krzyczałam, krzyczałam.

Drugi raz, pamiętam, zadzwonił kierowca mojego męża, z redakcji. Powiedział, że Darek umarł. Darek nie był już wtedy moim mężem, ale ja tak samo do telefonu zaczęłam krzyczeć. I nie mogłam przestać. Takie dwa razy mi się przytrafiły i myślę, że to jest właśnie drugi biegun względem tego, co czułam na Koziej Przełęczy i na Kościelcu. I to jest wszystko, co potrafię powiedzieć o szczęściu. I o nieszczęściu.

Miałam spełnione życie. Jestem z niego zadowolona. Miałam okresy udane, nieudane. Robiłam różne rzeczy, również niemoralne, których nie powinno się robić. Miałam dzieci, miałam męża, mężczyzn, których kochałam, zrobiłam karierę naukową na swoją miarę. Wciąż coś się ciekawego w moim życiu dzieje. Jestem zadowolona.

Książka Ireny Cieślińskiej 'Pani inżynier od życia' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe)

*Fragment książki Ireny Cieślińskiej "Pani inżynier od życia", którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

Magdalena Fikus. Profesor Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, zapalona popularyzatorka nauki i wiedzy, autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych oraz dwóch książek popularyzujących inżynierię genetyczną i biotechnologię. Z inspiracji swojego promotora doktoratu i opiekuna habilitacji Davida Shugara razem z Maciejem Gellerem i Anną Lesyng stworzyła w 1997 roku pierwszy polski Festiwal Nauki. Zorganizowała i prowadzi z Zuzanną Toeplitz pierwszą w Polsce Kawiarnię Naukową. Przewodnicząca Rady Upowszechniania Nauki PAN. Odznaczona przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Irena Cieślińska. Z wykształcenia fizyk matematyczny. Studiowała medycynę w Bostonie, była redaktorem naczelnym miesięcznika "Wiedza i Życie". Pisze artykuły popularnonaukowe, walczy z pseudonauką i współczesnymi zabobonami. Pracuje jako dyrektor programowy Centrum Nauki Kopernik w Warszawie.