- Lubiłam tam pracować - wspomina swoje lata w Ministerstwie. - To nie miało nic wspólnego z polityką. Było elegancko i przyjemnie. Piękne wnętrza, dobrze ubrani, przyjaźni ludzie. O Boże, jaką ja byłam wtedy pustą dziewczyną...
Brunhilde Pomsel podczas kręcenia filmu Christiana Krönesa, Olafa S. Müllera, Rolanda Schrotthofera i Floriana Weigensamera ma już 103 lata. Jej skóra wygląda jak pergamin, twarz jest zorana głębokimi zmarszczkami. Mimo zaawansowanego wieku jest w świetnej formie. Bez zająknięcia przytacza kolejne daty, nazwiska. Przyznaje, że pamięta nawet dzień, w którym wybuchła I wojna światowa. Miała wtedy 3 lata.
Długo namyśla się, zanim znajdzie odpowiednie słowa. W końcu zaczyna rzeczowym tonem: to złe, to egoistyczne, kiedy ludzie władzy, dbając o własny interes, nie zważają na to, że mogą skrzywdzić innych. Ale my nie wybiegaliśmy myślami tak daleko - dodaje natychmiast, zasłaniając twarz dłonią. - Byliśmy naiwni i krótkowzroczni.
"Głęboki moralny sen"
70 lat po klęsce nazistowskich Niemiec w II wojnie światowej kobieta zgodziła się opowiedzieć przed kamerą o swoim życiu. Chciała zostawić po sobie jakiś ślad i, jak twierdzi, przestrzec kolejne pokolenia przed niebezpieczeństwami dyktatury. Twórcy "Niemieckiego życiorysu" wybierają dla swojego filmu minimalistyczną konwencję - czarno-biały obraz, żadnej scenografii, muzyki. Tylko twarz bohaterki, najczęściej filmowana w dużych zbliżeniach, i uzupełniające kolejne wspomnienia materiały archiwalne z lat 30. i II wojny światowej - wiwatujące na cześć Führera tłumy, mała dziewczynka z nazistowską flagą, amerykańskie materiały propagandowe z czasów II wojny światowej czy ujęcia z warszawskiego getta.
Brunhilde opisuje siebie jako osobę "apolityczną" i "nieistotną", lecz to właśnie ona w trakcie II wojny światowej pracowała w Ministerstwie Propagandy jako sekretarka samego Josepha Goebbelsa. Do jej zadań należały m.in. manipulacja danymi o liczbie poległych podczas wojny Niemców czy zawyżanie statystyk gwałtów na niemieckich kobietach, jakich dopuszczali się żołnierze Armii Czerwonej. Brunhilde nie czuje się jednak winna. Twierdzi, że była wyłącznie pionkiem w politycznej grze rozgrywającej się na najwyższych szczeblach władzy, że "tylko pisała na maszynie".
Bohaterka dokumentu ostrożnie dobiera słowa, nie stara się usprawiedliwiać swoich wyborów ani upiększać relacjonowanych wydarzeń. Jest poważna, opanowana, wydaje się szczera. Otwarcie mówi o swojej bezrefleksyjności, bezmyślnym podążaniu za autorytetami i głębokim moralnym śnie, w jaki zdawał się zapaść cały naród niemiecki po dojściu Hitlera do władzy. Niemal od razu uderza mnie, że we wspomnieniach tej 103-letniej kobiety możemy przejrzeć się sami bardziej, niż chcielibyśmy się do tego przed sobą przyznać. Opowieść Brunhilde prowokuje do refleksji - jak ja bym się zachowała? Ile byłabym w stanie poświęcić dla poczucia bezpieczeństwa i komfortu w takiej sytuacji? I wreszcie - czy na pewno zachowałabym się inaczej...?
Pruskie wychowanie
Brunhilde Pomsel urodziła się 11 stycznia 1911 roku w Berlinie. - Niemcy w tym czasie nie były tak postępowe. To były inne czasy, ludzie dzisiaj nie potrafią sobie tego wyobrazić - zaczyna swoją opowieść Brunhilde. - W domu liczyło się wyłącznie posłuszeństwo wobec rodziców. Prosta zależność - jeśli nie byłeś posłuszny, dostawałeś lanie. Nie zaszedłbyś daleko dzięki miłości i zrozumieniu. Obraz jak żywcem wyjęty z nagrodzonej Złotą Palmą w Cannes "Białej wstążki" Michaela Hanekego. Dzieci wychowywano w bezwzględnym poszanowaniu autorytetów, ale jednocześnie zaszczepiano w nich skłonność do kombinowania, kłamstwa i zrzucania winy na innych. Wrodzony brak odpowiedzialności odcisnął się później piętnem na całym pokoleniu. - To na zawsze pozostało częścią mnie. To pruskie poczucie obowiązku - mówi ze wstydem staruszka. - Podziwiam dziś młodych ludzi, którzy świadomie mierzą się z problemami otaczającego ich świata. Są dużo dojrzalsi niż moje pokolenie. Chciałabym być tak wychowywana, ale za moich czasów liczyło się przede wszystkim posłuszeństwo. A je egzekwowano pasem - wspomina.
Mianowanie Hitlera kanclerzem Niemiec 30 stycznia 1933 roku oglądała razem ze swoim ówczesnym chłopakiem Hansem. Wspólnie z tłumem wiwatowała na cześć nowego przywódcy, tak jak wszyscy. Przyznaje, że wówczas nie wiedziała nawet, kim właściwie jest ten człowiek ani jakie ma poglądy. W tym czasie pracowała jeszcze dla żydowskiego lekarza, pana Goldberga. Oczywiście nie powiedziała mu, że wzięła udział w państwowych uroczystościach. Nie wypadało.
Kiedy zorientowała się, że kraj zmierza w kierunku autodestrukcji? Wspominając ten okres z perspektywy czasu przyznaje, że zmiana była gwałtowna, ale wówczas nikt tak o tym nie myślał: - W Berlinie było przyjemnie do 1936 roku. Wtedy to było miłe, dobrze zorganizowane miasto, pełne życia. O stolicy Niemiec zrobiło się głośno za sprawą Igrzysk Olimpijskich, impreza ściągnęła tłumy turystów z zagranicy. Wszyscy byli radośni, pogoda dopisywała. Wtedy Brunhilde po raz pierwszy zobaczyła obcokrajowców: - Przebywanie z kimś, kto mówił w innym języku, było wówczas dla nas doświadczeniem skrajnie egzotycznym.
"Nie mogłam odmówić"
Jako młoda dziewczyna pracowała w prowadzonym przez żydowskiego przedsiębiorcę sklepie z odzieżą, później została asystentką w biurze żydowskiego lekarza, dra Goldberga. Po dojściu Hitlera do władzy dr Goldberg, w wyniku nasilających się nastrojów antysemickich, postanowił sprzedać swoje mieszkanie i wyprowadzić się z Niemiec. Brunhilde przez jakiś czas pracowała jeszcze na ułamek etatu, ale rozglądała się za nowym zajęciem. To wtedy jej chłopak polecił ją Wulfowi Bleyowim, pisarzowi i porucznikowi, zdeklarowanemu naziście, do pomocy przy pisaniu wspomnień z I wojny światowej.
Poranki dziewczyna spędzała więc w gabinecie żydowskiego lekarza, popołudniami zaś dorabiała, pisząc na maszynie dla nazisty. Do NSDAP zapisała się, bo znajomy zasugerował, że wtedy będzie łatwiej jej zdobyć dobrze płatną pracę. Wpisowe wynosiło 10 marek - tyle pieniędzy Brunhilde wydawała na swoje utrzymanie przez dwa tygodnie. Inwestycja szybko jednak się zwróciła. W 1942 roku dziewczyna dostała pracę w Ministerstwie Propagandy. Zarabiała dwa razy więcej niż jej rówieśnicy, otrzymała też szereg przywilejów. - Nie prosiłam się o to. Ale przecież nie mogłam odmówić - tłumaczy.
- Lubiłam tam pracować - wspomina swoje lata w Ministerstwie. - To nie miało nic wspólnego z polityką. Było elegancko i przyjemnie. Piękne wnętrza, dobrze ubrani, przyjaźni ludzie. O Boże, jaką ja byłam wtedy pustą dziewczyną... Po prostu głupią - dodaje, spuszczając wzrok.
O Goebbelsie bardzo długo miała dobre zdanie. Opisuje go jako przystojnego, choć dość niskiego mężczyznę. Zawsze był zadbany, dobrze ubrany, lekko opalony. W pracy często odwiedzały go dzieci, z którymi wychodził wspólnie na przerwę obiadową. Nieważne jednak, jak idealnie skrojone były jego garnitury i jak bardzo nienaganna fryzura, Goebbels zawsze lekko utykał. - Było mi go trochę żal - przyznaje. Kompleksy minister maskował bezczelnością i arogancją. Mimo to w pracy zawsze zachowywał się jak dżentelmen. Kiedy jedyny raz stracił nad sobą panowanie i w trakcie spotkania podniósł głos, pracownicy biura oniemieli. Tak bardzo nie pasowało to do ich zawsze opanowanego, profesjonalnego szefa.
Brunhilde mówi, że w Ministerstwie do końca wojny nikt nie wiedział o eksterminacji Żydów. Choć trudno uwierzyć, by całe społeczeństwo żyło w błogiej nieświadomości, kiedy z ulic znikali ich sąsiedzi, zostawiając puste mieszkania i dorobek całego życia, Brunhilde przekonuje, że przeciętny Niemiec po prostu nie zaprzątał sobie takimi problemami głowy. Albo wierzył w wymyślane na bieżąco kłamstwa. Kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia o obozach koncentracyjnych, Brunhilde i jej koledzy myśleli, że trafiali do nich drobni przestępcy albo ludzie, którzy spiskowali przeciwko rządowi. Obóz miał być miejscem, w którym takie osoby miały szansę na resocjalizację: - Nie zastanawialiśmy się nad tym za bardzo. Niepokój poczuła dopiero, kiedy usłyszała, że do obozu trafił jeden z prezenterów, z którym kiedyś pracowała w stacji kierowanej przez partię. Był gejem.
Euforia i posłuszeństwo
W 1942 roku wojna trwała już w najlepsze, ale w Niemczech wciąż można było prowadzić stosunkowo normalne życie. Brunhilde chodziła do pracy, popołudniami umawiała się ze znajomymi na kawę albo piwo. Nie martwiła się o pieniądze ani o swoje bezpieczeństwo. Miała przyjaciółkę Żydówkę o imieniu Eva. W czasie wojny starała się jej pomagać, zapraszała ją na spotkania z kolegami z pracy. Dobrze razem się bawili, Niemcy lubili jej towarzystwo, choć ubolewali nad faktem, że nie jest "jedną z nich".
Po po przegranej bitwie pod Stalingradem nastroje w kraju diametralnie się zmieniły. Zapasy się kurczyły, wizja klęski Niemiec zbliżała się nieuchronnie. Atmosfera zmieniła się także w Ministerstwie. Pytana o pierwszy moment, w którym zorientowała się, że jej poczucie bezpieczeństwa jest wyłącznie elementem sprawnie wyreżyserowanego spektaklu, Brunhilde wskazuje słynne przemówienie Goebbelsa w Pałacu Sportu w lutym 1943 roku, w którym minister wzywał do rozpoczęcia wojny totalnej przeciwko ZSRR i państwom alianckim. Mężczyzna, z którym widywała się od miesięcy w pracy, na co dzień wcielenie elegancji i klasy, w mgnieniu oka zamieniał się w, jak mówi sama bohaterka, "wściekłego karła". Trudno było wyobrazić sobie większy kontrast. - Geobbels był znakomitym aktorem. Żaden profesjonalista nie odegrałby bardziej przekonująco przemiany z cywilizowanego, zwyczajnego człowieka w demagogicznego chuligana, jakim stał się później. Nie uwierzylibyście, że to ta sama osoba - mówi Brunhilde.
Pomsel dziś nie potrafi znaleźć słów, które oddałyby skalę histerii, w jaką minister propagandy wprawił zgromadzonych w Pałacu słuchaczy. Sama Brunhilde, która oczywiście siedziała wtedy na widowni, początkowo zamarła na dźwięk wykrzyczanych przez jej szefa słów: - Czy chcecie wojny totalnej? Jeśli to konieczne, czy chcecie wojny bardziej totalnej i radykalnej niż cokolwiek, co możemy sobie dziś wyobrazić? . Stojący obok urzędnik szybko ją upomniał, że powinna zareagować bardziej entuzjastycznie. Zaczęła więc bić brawo, tak jak wszyscy. Całe Niemcy wiwatowały, nie wiedząc właściwie, dlaczego to robią. Nie mogli się powstrzymać, niesieni euforią i obietnicą lepszej przyszłości.
- Współcześni młodzi ludzie nie rozumieją, co to znaczy nie móc decydować o sobie, nie mieć luksusu bycia niezależnym, neutralnym - mówi Brunhilde. - Każdy, kto tak robił w trakcie wojny, narażał swoje życie. Nie można było wyrażać sprzeciwu. Wszyscy, którzy dzisiaj mówią z pełnym przekonaniem, że pomogliby Żydom w czasie prześladowań... wierzę w ich dobre intencje. Ale i tak by nic nie zrobili. W tym czasie cały kraj znajdował się jakby pod wielką kopułą. Sami byliśmy jak w wielkim obozie koncentracyjnym - mówi Brunhilde.
W pracy w Ministerstwie Brunhilde kierowała się przede wszystkim posłuszeństwem. - Kiedy dostawałam zadanie, czułam się w obowiązku je wykonać. Tak było przez całe moje życie. Nie jestem typem osoby, która by miała odwagę się sprzeciwić. Jestem tchórzem - przyznaje. Pewnego dnia w jej ręce trafiła teczka z aktami Sophie Scholl, działaczki antynazistowskiego ruchu oporu. Była niezapieczętowana. Urzędnik poprosił ją, by nie zerkała do środka. I nie zrobiła tego, mimo że umierała z ciekawości. Poczucie obowiązku było silniejsze: - Pękałam z dumy, że zaufał mi do tego stopnia. Uważałam, że w tym, że potrafiłam się powstrzymać, było coś szlachetnego.
"Coś we mnie umarło"
W kwietniu 1945 roku, tuż po urodzinach Hitlera, kiedy było już wiadomo, że Niemcy przegrają wojnę, kluczowi politycy wraz z członkami personelu przenieśli się do bunkra Hitlera. - Wtedy poczułam, że coś we mnie umarło. Strach towarzyszył mi niemal przez całe życie, ale to było coś innego. Byłam zimna jak lód, odrętwiała - wspomina ostatnie dni wojny Pomsel. Kiedy porucznik Schwagermann, asystent Goebbelsa, przekazał im informację o samobójstwie Hitlera, wiedzieli, co to oznacza. Wojna się skończyła i Niemcy przegrali. Dzień później ten sam człowiek poinformował ich, że Geobbels również popełnił samobójstwo, wcześniej odbierając życie sześciorgu swoim dzieciom i żonie. Pozostali w bunkrze pracownicy Ministerstwa uszyli białą flagę z worków po mące i ryżu i postanowili się podać.
Podczas przesłuchiwania przez Rosjan Brunhilde nie przyznała się, że była sekretarką samego Geobbelsa, ale zaledwie podrzędną stenotypistką w Ministerstwie. Trafiła na pięć lat do sowieckiego więzienia. - Uważam, że zostałam potraktowana niesprawiedliwie. Jedyne, co zrobiłam, to pisałam na maszynie w gabinecie Geobbelsa. Nie wiedziałam nic o tym, co działo się w partii. A przynajmniej bardzo mało - żali się.
Po wyjściu z radzieckiego więzienia próbowała odszukać swoją przyjaciółkę Evę. Dotarła do informacji, że koleżanka zginęła w 1945 roku w obozie w Auschwitz-Birkenau. - Nigdy nie wybaczę Goebbelsowi zła, jakie wyrządził całemu światu. I tego, że zamordował swoje niewinne dzieci - mówi Brunhilde. Mimo zmiany nastawienia do kwestii "pruskiego wychowania" kobieta swoje życie w nazistowskich Niemczech wciąż porównuje do dryfowania po falach oceanu. Uważa, że jej życiem kierował ślepy traf, że jest ofiarą okoliczności: - Mało kto mógł wtedy powiedzieć, że podjął jakąś decyzję świadomie. To wszystko po prostu nam się przydarzyło.
- Nie, nie czuję się winna - mówi pewnym tonem, zapytana o lata, jakie spędziła u boku najwyżej postawionych nazistów w kraju. Po chwili dodaje jednak: - Chyba że chcecie obwiniać cały niemiecki naród za umożliwienie rządowi przejęcia tak dużej kontroli. To była nasza odpowiedzialność. Także moja.
***
Po powrocie do Niemiec Brunhilde Pomsel pracowała jako sekretarka w niemieckim radiu aż do emerytury, na którą przeszła w 1971 roku. Nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci. Zmarła 27 stycznia 2017 roku w wieku 106 lat. Na krótko przed śmiercią ujawniła, że w trakcie wojny była zakochana w Żydzie Gottfriedzie Kirchbachu, z którym planowała uciec z Niemiec. Gottfriedowi udało się wyjechać do Amsterdamu, gdzie Brunhilde odwiedzała go regularnie do momentu, w którym mężczyzna zerwał kontakt z obawy, że częste wyjazdy za granicę wzbudzą podejrzenia u jej przełożonych i zagrożą życiu jego ukochanej. Nigdy więcej się nie zobaczyli. Brunhilde, która w tym czasie spodziewała się dziecka, usunęła ciążę z powodu komplikacji zdrowotnych.
Film ''Niemiecki życiorys'' pokazywany był w na festiwalu filmowym Millennium Docs Against Gravity , który odbył się 12-26 maja 2017 r. w Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Bydgoszczy oraz Lublinie.
Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.