Castelfranco Emilia to niewielkie miasteczko po drodze z Bolonii do Modeny, znane z tego, że to tam narodziły się tortellini, przepyszne okrągłe pierożki z makaronu jajecznego, tradycyjnie nadziewane mięsem lub serem. Słynie również z tego, że to stamtąd pochodziła jedyna kobieta, która kiedykolwiek wystartowała w wielkim Giro d'Italia. Alfonsa Rosa Maria, córka rolnika Carlo Moriniego i Virginii Marchesini, urodziła się wiosną 1891 roku. Była drugim z dziesięciorga dzieci: czterech córek i sześciu synów. Młoda Alfonsina - końcówka "ina" to popularne w języku włoskim zdrobnienie - była trochę chłopczycą, bardzo wcześnie nauczyła się jeździć na rowerze ojca, którego on używał do wypraw na pole i z powrotem. Miała znakomitą kondycję i mnóstwo energii, a przecież działo się to w czasach, w których włoską biedotę nieustannie nękały tyfus, gruźlica i niedożywienie*.
Dziewczynom zwykle nie przyzwalano na zachowania typowe dla mężczyzn, więc mieszkańcy Castelfranco Emilii nazywali ją nawet "diabłem w spódnicy", gdy mijała ich rozpędzona na rowerze, jej rodzicom najwyraźniej to jednak nie przeszkadzało. Już wcześniej wyróżniali się na tle lokalnej społeczności - w końcu Emma, starsza siostra Alfonsiny, była nieślubnym dzieckiem, a to musiało wywołać niemały skandal wśród głęboko religijnego chłopstwa. Rodzina Morinich nie obawiała się również ciężkiej pracy, ponieważ oprócz wychowywania własnych dzieci regularnie przyjmowała pod swój dach sieroty z lokalnego sierocińca i pobierała za to wynagrodzenie.
Rodzice Alfonsiny z pewnością byli dość nietypowi, ale i tak niezbyt przychylnie zareagowali na wieść, że zamiast chodzić do kościoła i uczyć się krawiectwa, ich córka bierze udział w wyścigach. Naciskali na nią, by z tego zrezygnowała, ale ona w wieku 14 lat poślubiła Luigiego Stradę, miejscowego mechanika i grawera. Świeżo upieczony mąż szybko przeprowadził się z nią do Mediolanu, a w prezencie ślubnym kupił jej najlepszy rower, na jaki było go stać. Ewidentnie był to człowiek inteligentny i z nowoczesnym podejściem do otaczającej go rzeczywistości. W pasji kolarskiej swej żony upatrywał nie tylko naturalnego i zdrowego sposobu życia, ale także wielkiej okazji. Alfonsina za jednym zamachem znalazła męża, fana, menedżera i człowieka, który pomógł jej się wyrwać z obłędnej monotonii wiejskiego życia w Emilii. (...)
Niektóre wersje tej historii głoszą, że w 1924 roku w Giro Strada Alfonsina wystąpiła incognito - ścięła włosy na krótko i wpisała się na listę startową pod niejednoznacznym imieniem Alfonsin. Tak naprawdę jednak w ogóle nie kryła się z tym, że jest kobietą, choć faktycznie miała dość chłopięcą budowę ciała, a kręcone włosy zawsze ścinała na krótko. Co więcej, w połowie lat 20. szanse powodzenia tego typu oszustwa nie byłyby duże, bo już wtedy cieszyła się niemałą sławą. Pod koniec pierwszej dekady XX wieku Alfonsina wyrobiła sobie opinię czołowej kolarki, a w 1909 roku podczas Grand Prix Sankt Petersburga otrzymała nawet specjalny medal z rąk cara Mikołaja II. W 1911 roku w Turynie ustanowiła nowy rekord godzinowy kobiet, przejeżdżając w tym czasie na torze Moncalieri imponujące 37,192 kilometra. Dla porównania dodam, że ledwie kilka lat wcześniej w ciągu 60 minut Lucien Petit-Breton pokonał w Paryżu 41,1 kilometra.
Jak twierdzi włoski historyk sportu Paolo Facchinetti, jeden z korespondentów "Gazzetty" zarekomendował ją grupie przedsiębiorców poszukujących możliwości uatrakcyjnienia torowych imprez kolarskich, w związku z czym Strada przez kilka lat święciła sukcesy sportowe i towarzyskie w Paryżu. Już te luźne związki z organizatorami Giro d'Italia w zupełności wystarczają, aby zakwestionować wszelkie doniesienia o próbach ukrywania płci w 1924 roku. Bez trudu można by jednak przytoczyć dalsze dowody na to, że Cougnet i Colombo [Armando Cougnet, szef działu kolarskiego "La Gazzetta dello Sport", i Emilio Colombo, redaktor naczelny tego pisma w latach 1922-1936 - przyp. red.] doskonale wiedzieli, kim jest Strada, gdy stawała na starcie w Mediolanie - przecież w 1917 roku oficjalnie rywalizowała w Giro di Lombardia, gdy Cougnet osobiście zawyrokował, że nie ma żadnych technicznych przeszkód po temu, by kobiety startowały w wyścigach kolarskich. Tamtego dnia pojawiła się na mecie ostatnia, ale ukończyła wyścig. Do zwycięzcy, Francuza Philippe'a Thysa, straciła 1,5 godziny. Warto jednak jeszcze raz podkreślić, że zawody ukończyła, czego nie można powiedzieć o 20 innych uczestnikach, którzy odpadli na skutek awarii, wywrotek albo zwykłego wyczerpania. (...)
Obecność Strady w peletonie podczas Giro 1924 musiała stanowić przedmiot pewnych sporów między Colombo a Cougnetem. Istniało przecież ryzyko, że związany z tym skandal negatywnie odbije się na organizatorach albo że zaszkodzi to sportowej renomie wyścigu. Ostatecznie jednak Colombo zajmował się sprzedawaniem gazet, a nikt nie miał przecież wątpliwości, że czytelnicy chętnie zapoznają się z historią Alfonsiny. La Regina della Pedivella, czyli Królowa Pedałów, jak nazywali ją fani, otrzymała zgodę na start.
Sama zawodniczka chciała coś osiągnąć, a nie tylko wziąć udział w wyścigu i przyczynić się do wzrostu nakładu gazety. Przystąpiła do rywalizacji, aby pokazać, co potrafi. Początkowo szło jej dobrze. Na pierwszym 300-kilometrowym etapie z Mediolanu do Genui straciła sporo czasu do liderów, ale na mecie pojawiła się w środku stawki, czyli na bardzo przyzwoitym miejscu. Na kolejnych odcinkach prowadzących do Florencji, Rzymu i Neapolu traciła kolejne godziny do czołówki, ale ciągle pokonywała sporą grupę mniej utalentowanych rywali płci męskiej. Jej przygoda z wyścigiem zakończyła się jednak na ósmym etapie z L'Aquili do Perugii, gdzie po serii złapanych gum i upadków była tak poobijana, że nie zmieściła się w wyznaczonym przez organizatorów limicie czasowym.
Podziw wzbudził już sam fakt, że w ogóle stawiła się na mecie w Perugii - podobno po jednym z gorszych upadków naprawiła połamaną kierownicę za pomocą kija od miotły. Część sędziów chciała wyświadczyć uprzejmość jedynej kobiecie w stawce i pozwolić jej na dalszą rywalizację, ostatecznie jednak przeważyli krytycy tego pomysłu i Strada została oficjalnie zdyskwalifikowana. Odniosła jednak mały, nieoficjalny triumf. W uznaniu dla jej wielkiej odwagi, ale też z pewnością ze względu na przychody ze sprzedaży gazet, Colombo zgodził się w dalszym ciągu pokrywać koszty jej zakwaterowania i wyżywienia, aby mogła jechać dalej. Otrzymała szansę pokonywania kolejnych etapów aż do Mediolanu, choć nie uwzględniano jej już w klasyfikacji generalnej. Przepisy nagięto na tyle, aby znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich zainteresowanych. W końcu działo się to we Włoszech.
Ostatecznie wyścig wygrał Giuseppe Enrici z Pittsburgha. 34-letnia Strada zapewniała rozrywkę kibicom do samego końca. Po drodze zatrzymywała się, by rozdawać autografy i zdjęcia. Ostatecznie trasę liczącą 3613 kilometrów ukończyła ze stratą 38 godzin do zwycięzcy. Ostatni sklasyfikowany kolarz miał stratę dwukrotnie mniejszą. (...)
Alfonsina i jej heroiczny wyczyn stały się inspiracją dla wielu popularnych historii i książek, których oddziaływanie wyszło daleko poza świat kolarstwa. Strada w pełni wykorzystała zdobytą sławę. Jeszcze przez kilka dekad brała udział w zawodach we Włoszech i Francji. (...) Zmarła w wieku 68 lat na atak serca, gdy tuż pod domem przewrócił się na nią jej jaskrawoczerwony motocykl Moto Guzzi 500. Właśnie wróciła wówczas z trasy wyścigu Tre Valli Varesine 1959, gdzie dopingowała zawodników.
* Fragment książki Colina O'Briena "Giro d'Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata" w przekładzie Bartosza Sałbuta
Colin O'Brien. Dziennikarz sportowy mieszkający w Rzymie. W kolarstwie zakochał się, gdy Marco Pantani wraz z najlepszymi kolarzami świata przyjechał do Dublina, skąd startował Tour de France w 1998 roku. Pisze do czołowych światowych mediów kolarskich, m.in. magazynu "Rouleur", "Peloton", "Cyclist" i "ProCycling". Współpracuje z ogólnokrajowymi gazetami w Irlandii i Wielkiej Brytanii.