Biografie
Barbara Piasecka Johnson przed swoją posiadłością w Princeton, 1986 r. (fot. materiały prasowe)
Barbara Piasecka Johnson przed swoją posiadłością w Princeton, 1986 r. (fot. materiały prasowe)

Hasło "milionerka" i życiorys taki jak Piaseckiej Johnson uruchamia w nas od razu baśniowe konotacje. I dokładnie w tym stylu zaczynasz opowieść o najbogatszej Polce: oto Wielka Pani w Wigilię "porywa" ubogą Danusię, młodą polską emigrantkę, samotną matkę, która znalazła się w trudnej sytuacji życiowej. D o swego pałacu wiezie ją wielką limuzyną. Jednak baśń staje się coraz bardziej mroczna, bo okazuje się, że Pani na co dzień nie interesuje się swoimi podopiecznymi, a Danusia musi się zmagać z intrygami jej "szambelanów" i "majordomusów". Ta Wielka Pani to Barbara Piasecka Johnson, która sama kiedyś była "ubogą Basią".

- Chciałam sprawdzić, co się dzieje z człowiekiem, który nagle, jak za pomocą magicznej różdżki, zostaje przeniesiony w inną rzeczywistość. Z PRL-owskiego bloku do świata amerykańskich milionerów. I musi się w nim odnaleźć, poznać kody, które tam obowiązują, żyć w nim. Interesowało mnie, czy można być szczęśliwym w takiej sytuacji i zwycięsko z niej wybrnąć. Zaintrygowało mnie też, jak taki człowiek oddziałuje na ludzi, z którymi się styka.

Państwo Johnson wręczają ufundowaną przez siebie nagrodę młodemu pianiście, Krystianowi Zimermanowi; lata 70. (fot. Eastnews)

Nie spotkałam jeszcze na swojej drodze zawodowej osoby, o której opinie byłyby tak rozbieżne jak o Barbarze Piaseckiej Johnson: od wiernopoddańczego podziwu po absolutną niechęć i pogardę. Kiedy próbowałam nawiązać kontakt z synem pewnej pary pracującej dla niej, ten odłożył słuchawkę, bo "o złych ludziach nie chce rozmawiać, nie chce nawet wspominać jej nazwiska". Ale spotykałam też takich, którzy mówili: "świetnie, że pani dzwoni, to była taka niezwykła, dobra kobieta, a ludzie ją tak niesprawiedliwie oceniają".

Zrobiłam wiele, żeby zrozumieć to, co działo się z Barbarą Piasecką Johnson, starałam się sprawiedliwie oddać to, czego się dowiedziałam, ale ocenę pozostawiam czytelnikom i jestem bardzo ciekawa odbioru książki.

Barbara Piasecka Johnson odegrała w życiu wiele ról, które opisujesz hasłami: Studentka, Pokojówka, Milionerka, Wdowa, Filantropka. Urodzona w małych Staniewiczach, w niezamożnej wiejskiej rodzinie, przeciętna absolwentka historii sztuki, przed wyjazdem za granicę mówiła kolegom z roku: "Jeśli wrócę, to tylko rolls-royce'em''. Musiała być zdeterminowana.

- Trudno byłoby znaleźć kogoś, kto wyjeżdża "na Zachód" - i wtedy, i teraz - i myśli, że wróci uboższy, prawda? Ameryka zawsze była wybrukowanym dolarami przysłowiowym eldorado, do którego się jechało po lepsze życie. W latach 60. rozszczelniła się żelazna kurtyna, wszyscy marzyli o wyjeździe, a ona to zrobiła! Jej determinacja wynikała także z tego, że Piaseccy nie byli zbyt zamożni. Kiedy później opowiadała o swoim dzieciństwie dziennikarzom, mówiła o biedzie. Nie poszła na studia od razu po maturze, bo musiała pomagać ojcu utrzymać rodzinę. Nie miała więc sprzyjającego zaplecza rodzinnego, za to była bardzo ładną kobietą. I zorientowała się, że to wiele ułatwia. Przyznaję, że polskie początki Piaseckiej sprawiały mi problem, ponieważ nikt z jej polskiej rodziny wolał o "cioci Barbarze" nie rozmawiać. Znam powody i uszanowałam je.

Barbara Piasecka i Seward Johnson, lata 70. (fot. Laski Diffusion / Eastnews)

Barbara miała 30 lat, kiedy w 1967 roku wyjechała z kraju. Najpierw były Włochy, później Stany Zjednoczone. Jednak punkt zwrotny w jej życiu to przyjazd w 1969 roku do posiadłości Oldwick, gdzie mieszkał 73-letni wówczas Seward Johnson ze swoją drugą żoną Esther. Barbara Piasecka pracowała u nich jako kucharka i pokojówka. I tu pojawia się jedna z zagadek jej życia, tak chętnie roztrząsanych potem przez tabloidy: czy była łowczynią posagów, czy było to rzeczywiste uczucie?

- Myślę, że ona też nie umiałaby dać jasnej odpowiedzi. Lubię taką teorię, że stary pan Johnson był przyzwyczajony do tego, że kobiety niespecjalnie miały opory, żeby zostawać jego kochankami - z czego on korzystał, zwłaszcza za młodu - więc spodziewał się, że ta blond osoba o pięknym uśmiechu będzie kolejną zdobyczą, która podda się jego pozycji społecznej i finansowej. A ona podobno powiedziała mu wtedy, że pochodzi z takiego kraju, w którym jeśli mężczyzna chce obcować z kobietą, musi się z nią ożenić. Myślę, że to mogło być dla niego tak zaskakujące, że po prostu przystał na to. Także dlatego, że mógł sobie pozwolić na taki kaprys. Zresztą sama instytucja małżeństwa niezbyt wiele dla niego znaczyła, miał już doświadczenie i w oświadczynach, i w niedotrzymywaniu obietnic - w każdym razie, po rozwodzie z Esther, w 1971 roku Basia została jego trzecią żoną.

Przedstawiasz Sewarda Johnsona jako starszego pana, ale w znakomitej kondycji i z hemingwayowskim urokiem. Według ciebie jej zauroczenie nim wydaje się więc całkiem prawdopodobne.

- Podejrzewam, że była zafascynowana nim jako mężczyzną z zupełnie innego świata. O niebo atrakcyjniejszym niż nieśmierdzący groszem koledzy z roku, a nawet starsi inżynierowie, którzy się o nią w polskich czasach starali. Myślę, że weszła w tę sytuację, nie przewidując do końca konsekwencji. Na pewno było w tym marzenie o lepszym życiu, ale nie cyniczne wyrachowanie. Nie wierzę w to.

Moja żona powiedziała, że mamy piękną kucharkę - tak John Seward Johnsona powitał Barbarę. Na zdjęciu Barbara Piasecka Johnson już po jego śmieci, rok 1983 (fot. AP Photo / Jack Kanthal / Eastnews)

Już jako świeżo poślubiona żona zaczęła realizować swoją wielką wizję: budowę od podstaw pełnej przepychu posiadłości nazwanej Jasna Polana. Opisujesz ją jako swego rodzaju dwór - kipiący od intryg, pełen koterii, układów.

- Jasna Polana została zbudowana głównie przez polskich robotników, a całym przedsięwzięciem zarządzała osobiście pani Barbara. Dla mnie niezwykłe było to, co się tam wewnątrz działo. Te podziały, hierarchie, że ogrodnictwem zajmują się ludzie z okolic Rzeszowa, a budowlanką wyłącznie z okolic Łomży. To temat dla socjologa! Niesamowite, jaką ona miała władzę nad ludźmi, jak znosili jej zmienne nastroje, nieracjonalność postępowania, karanie i nagradzanie pod wpływem impulsu. Dwór dostosowywał się do jej humorów, odnosił do niej z podziwem. Tu dotykamy elementu pewnego mitu: sami przyznajemy bogaczom władzę, dajemy przyzwolenie na takie zachowanie, usprawiedliwiamy je. A jednocześnie jeśli możemy coś podkraść, uszczknąć z tej władzy czy majątku dla siebie, robimy to.

Jasna Polana to był najdroższy dom prywatny zbudowany w tamtych czasach. 36 łazienek, marmury z Carrary na ścianach, kominki i parkiety z francuskich pałaców, specjalne pomieszczenia - z podgrzewaną podłogą i materacami na zamówienie - dla sfory psów. A przede wszystkim pierwszorzędne dzieła sztuki.

- Ona tych francuskich kominków pierwsza nie wymyśliła. Kawałek angielskiego zamku czy francuskiego pałacu potwierdzał prestiż "amerykańskiej arystokracji". Jednak w przypadku Jasnej Polany skala była nieporównywalna z niczym w tym czasie. Budując ją, jakby usiłowała stworzyć coś więcej niż tylko dom, chciała zmaterializować jakieś marzenie. Nie jestem psychologiem, ale intuicja podpowiada mi po tych wszystkich rozmowach, że ona chciała być "lepszą" bogaczką niż bogacze wychowani w luksusie. Przy czym w przeciwieństwie do rodziny, do której weszła - na marginesie: myślę, że nie mogła wybrać gorzej - chciała pokazać, że doskonale wie, jak to jest wydawać pieniądze. Zachłysnęła się fortuną, ale w odróżnieniu od Johnsonów, jako absolwentka historii sztuki, trochę się na sztuce znała, a przynajmniej wiedziała, z jakiej epoki jest francuski kominek, który przypłynął statkiem z Europy. Nawet ci, którzy najpierw rechotali na widok pałacu, przyznawali, że dobrze się tam czują. To nie było muzeum, ona na co dzień używała rzeczy, które kupowała. Siadała przy stoliku za cztery miliony, oglądała kupione przez siebie obrazy i - co najważniejsze - one sprawiały jej naprawdę przyjemność.

Brama wjazdowa do Jasnej Polany (fot. Ekem / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Przy okazji opowieści o Barbarze opisujesz świat wielkich amerykańskich fortun i "plemię bogaczy". Pokazujesz, jak powstawała tzw. amerykańska arystokracja, co oznacza wejście do tego środowiska, co dobrego i złego niosą ze sobą pieniądze. Dlaczego właściwie Johnsonowie to "najgorsza rodzina, jaką mogła wybrać"?

- Posłużę się słowami Amerykanina, pisarza Jerry'ego Oppenheimera specjalizującego się w biografiach nieautoryzowanych, które są co prawda podkoloryzowane, ale mniej ocenzurowane. On nazywa rodzinę Johnsonów prawie tak samo straumatyzowaną jak rodzina Kennedych. Nie chciałabym, żeby czytelnicy uważali, że wszyscy bogacze są źli i dysfunkcyjni, ale jest reguła, o której mówili moi amerykańscy rozmówcy, że drugie pokolenie w tych rodach kompletnie nie wie, co z fortuną robić. Wydawałoby się, że mogą żyć w poczuciu materialnego bezpieczeństwa, ale okazuje się, że to jest też piętno, brzemię, które przytłacza. Jeśli szukać źródeł późniejszej dysfunkcji Sewarda jako ojca, a ojcem był rzeczywiście fatalnym, to trzeba powiedzieć, że był również niezbyt szczęśliwym synem. Jego ojciec, Robert Wood Johnson, który zbudował potęgę firmy Johnson & Johnson, interesował się głównie rozwojem swojego biznesu i szybko umarł. Seward nie miał więc męskiego wzorca. Jego matka natychmiast po pogrzebie wyjechała z rodzinnego miasteczka do Nowego Jorku, gdzie żyła życiem milionerki w szalonych latach 20. Ich dzieci, Seward, Robert junior i Evangeline, musiały same znaleźć sposób na życie.

Z ich historii bije ogromna samotność, która pobrzmiewa także w zwierzeniach dzieci Sewarda. Chowane bez miłości, oddane w ręce nie zawsze życzliwych guwernantek, odsyłane do szkół z internatem, w dorosłym życiu borykały się z lekomanią, narkomanią. Były próby samobójcze, przemoc, toksyczne związki.

- Dzieci Sewarda nie były oczkiem w głowie rodziców, to pewne. On się nimi nie zajmował, cały czas był w drodze. Nie mógł znaleźć swojego miejsca w życiu i to była jego tragedia. Interesami zajął się jego brat Robert, a Seward pełnił raczej funkcje reprezentacyjne. Żył w oderwaniu od rzeczywistości, bez celu. Dobrze czuł się za młodu w wojsku i w założonym przez siebie na Florydzie Instytucie Oceanograficznym. Tam mógł mieć poczucie, że on sam ma znaczenie. A nie jego pieniądze.

Artykuł z dziennika ''The Telegraph'' o procesie spadkowym rodziny Johnsonów (fot. ''The Telegraph'')

Barbara wkroczyła więc do rodziny pełnej traum i potem z tymi "połamanymi" ludźmi toczyła sądową walkę o spadek po Sewardzie. Może dlatego ta walka była tak krwawa, że pod spodem gotowało się od uczuć i resentymentów?

- Zastanawiałam się, czy gdyby Piasecka Johnson była Amerykanką z dobrej bostońskiej rodziny, jak poprzednia żona Sewarda, to szóstka dzieci z równą furią przyjęłaby jego testament. Przecież on nie pozbawił dzieci środków do życia. Każde z nich miało założony tzw. trust, czyli rodzaj funduszu, który pozwalał im do końca życia utrzymywać się na poziomie krezusów. Oni walczyli tak naprawdę o to, czego nie byliby już w stanie skonsumować. Jeśli więc nawet uznać, że Piasecka wyszła za mąż dla majątku, to po drugiej stronie stali ludzie pełni pogardy i poczucia wyższości.

Basia była na początku traktowana przez rodzinę Johnsonów jako maskotka. Doceniali, że dobrze wpływa na ojca, że chce gromadzić wokół niego rodzinę, bo z polskiego wychowania wyniosła przekonanie, że rodzina powinna być razem. Nigdy jednak nie uznali emigrantki kaleczącej język angielski za równą sobie i to objawiło się w pełni w trakcie procesu, który był najbrutalniejszym tego rodzaju widowiskiem w amerykańskiej popkulturze. Pierwszy raz wyprano publicznie brudy bogaczy. Rodzin, które żyły w zmitologizowanym świecie, za wysokim murem. I nagle zza tego muru wylała się trucizna. Proces trwał 2,5 roku i media znakomicie z niego żyły.

Ktoś był w ogóle wygrany w tym procesie?

- Myślę, że tak naprawdę obie strony przegrały, chociaż obie ogłosiły zwycięstwo, kiedy doszło do ugody. Rodzina już nigdy się nie skleiła, a dla Barbary to był koniec jej wiary w Amerykę. Miała wielkie poczucie krzywdy. Czy słusznie - nie mnie oceniać.

Barbara Piasecka Johnson podczas otwarcia przedszkola dla dzieci z autyzmem, którego jest fundatorką i patronką. Gdańsk, 2010 r. (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Już po procesie, w latach 90., Piasecka Johnson próbowała ze swoją fortuną działać w Polsce. Pokazała część swoich imponujących zbiorów sztuki na wystawie Opus Sacrum. Tu ratowała Stocznię Gdańską, tam rozmawiała z jakimś muzeum o przekazaniu swojej kolekcji albo działała filantropijnie, budując ośrodki dla autystyków. Jednak cały ten wątek polskich inwestycji okazuje się porażką. Nadmuchany balon oczekiwań został przekłuty. Ona obrażona wyjechała. Dlaczego to nie wyszło?

- Miała ambicje, żeby być "dobrą wróżką" Polski. Dlaczego jej nie wyszło? To pytanie o polską transformację lat 90. Bardzo niewiele osób podziękowało jej za pomoc, której udzieliła opozycji w latach 80. I to ją też niezwykle bolało.

W przypadku Stoczni Gdańskiej od początku dla każdego, kto znał choć trochę zasady ekonomii, jasne było, że projekt przejmowania przez Piasecką Johnson tego biznesu i stawiania go na nogi to jest bajka, która się źle skończy. Ona próbowała działać po amerykańsku: filantropia - tak, ale chcę wiedzieć, co się dzieje z moimi pieniędzmi. A my braliśmy to absolutnie ambicjonalnie: nie będzie nam prosta baba z kasą mówić, co mamy robić. Chciała mieć moc sprawczą, chciała zarządzać, choć nie zawsze też potrafiła. Miała nierealne oczekiwania, podobnie jak druga strona. Do tego dochodził niewładny system, dużo było partykularnych ambicji, wielu myślało, że się obłowi przy okazji. A ona się obrażała i nie było już rozmowy.

Zobacz wideo "Dynastia", czyli serial seriali, w którym miało być wszystko na bogato [Popkultura Extra]

Amerykański reporter David Margolick mówi w twojej książce: "Życie Piaseckiej Johnson to epicka porażka", jej prawniczka Nina Zagan: "Trudno ją było uszczęśliwić". Mnie uderzyła jej samotność. Po śmierci Sewarda nie weszła w nowy związek, nie nawiązała głębszych przyjaźni, środowisko męża jej nie zaakceptowało, a jej relacje z ludźmi często wyglądały podobnie: zachwyt, rozczarowanie i gwałtowne zerwanie z irracjonalnych powodów.

- Zastanawiam się, czy to nie była właśnie cena za wejście w posiadanie tej fortuny. Zrozumiałam to, śledząc losy jej przyszywanego wnuka Jamiego Sewarda Johnsona, który zrobił dwa filmy dokumentalne o swoim środowisku, o tym, jak trudno być milionerem. Żalił się, że nikt mu nie powiedział, jak być "pożytecznym bogaczem". On, jako być może jedyny w tej rodzinie, dokonał wysiłku konfrontacji z własnym losem, autorefleksji. Nie wiem, czy Piasecka myślała podobnie, w każdym razie musiała zacząć żyć w swego rodzaju bańce, żeby przetrwać. Wyobraź sobie, że co tydzień dostajesz 5 tysięcy listów z prośbą o pomoc, a ludzie starają się do ciebie zbliżyć, bo myślą, że mogą coś od ciebie uzyskać. Są ujmujący, a ty nie wiesz dlaczego. W końcu przestajesz ufać komukolwiek.

Książka Ewy Winnickiej ''Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson'' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. materiały prasowe)

Polubiłaś swoją bohaterkę? To w końcu postać niejednoznaczna.

- Prawie trzy lata z nią spędziłam. Miotało mną od ściany do ściany. Miałam momenty, kiedy jej nie lubiłam, myślałam, że ta postać jest banalna i cyniczna. A potem zaraz były chwile, kiedy jej bardzo współczułam. I to uczucie przeważyło. Współczuję jej, bo myślę, że mając za sobą tych kilka rozmów z Sewardem Johnsonem i wychodząc za niego za mąż naprawdę nie wiedziała, jaką żabę połknie. Myślę, że nieświadomie wybrała bardzo trudne życie.

Ewa Winnicka. Reporterka, autorka uznanych przez czytelników i krytyków książek, m.in. "Londyńczycy" i "Angole", w których opisuje polską emigrację. Dwukrotnie wyróżniona nagrodą Grand Press (2005 i 2008) za artykuły o tematyce społecznej. Nominowana do nagrody NIKE, laureatka Nagrody Literackiej Gryfia w 2015.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.