Małgorzata Łukaszewska, koleżanka Ireny Jarockiej z lat młodości
Irena bała się chłopaków. Uciekała od nich. Myślę, że pilnowali ją w domu. Z natury bardzo nieśmiała - w towarzystwie chłopców czerwieniła się. Oni za nią ganiali, ale ona nie chciała z żadnym rozmawiać. Nie przychodziła na prywatki do nas do domu. Wstydziła się, była zbyt płochliwa. Kto mógł przypuszczać, że stanie się taką gwiazdą? Jej ojciec pił, więc nie dziwię się, że była znerwicowana i wylękniona*.
Może też nie miała pieniędzy, a nie chciała o tym mówić. Nie skarżyła się na biedę, ale kiedy weszło się do Jarockich do domu na Słonecznej [ul. w Gdańsku - przyp. red.], od razu było widać, że jest biednie. Ojciec siedział w kantorku oddzielonym zasłoną od kuchni i reperował buty. Był szewcem ortopedycznym w szpitalu wojewódzkim, a w domu naprawiał buty sąsiadom i znajomym. Matka poważnie chorowała. Często leżała w szpitalu. Była niezwykle zdolna. Szyła Irenie całą garderobę, a ojciec robił jej buty. Irena była bardzo podobna do mamy.
Jako dziewczynka nie była piękna, nie rzucała się w oczy. Nie zauważało się jej na ulicy nawet później, gdy była znaną piosenkarką. A w telewizji wyglądała przepięknie! Kochały ją kamera i mikrofon. W młodości była trochę okrąglejsza. Potem miała zgrabną, smukłą sylwetkę. W Paryżu nabrała klasy. Nauczyła się sztuki makijażu. Są takie osoby, które w rzeczywistości wyglądają lepiej niż na fotografii, i takie, które na zdjęciach są ładniejsze niż w rzeczywistości. Według mnie taka była Irena.
Helena Majdaniec, piosenkarka
Do Paryża zjechałam przed Ireną. Dostałam stypendium po wygranej na Festiwalu Młodych w Soczi. Kiedy i ona pojawiła się na tym samym stypendium, po sukcesie w Opolu, postanowiłyśmy razem powalczyć o wielką karierę. Wynajmowałyśmy wspólne mieszkanie, chodziłyśmy razem na przesłuchania, pożyczałyśmy sobie ubrania, robiłyśmy sobie wzajemnie zdjęcia. Ponadto akompaniowałam jej, kiedy próbowała wokalnie zaistnieć, ona zaś uczyła mnie, jak się ubrać. Miała zmysł do ciekawych połączeń. Lubiła modę. Lubiła siebie. Wiedziała, że jest atrakcyjna. Była z tego powodu trochę zadufana (...). Irena nie potrafiła się odnaleźć. Moim zdaniem była zbyt delikatna. Słaba psychika, niepewność. Nie wierzyła w siebie. Ponadto ciągle chorowała, non stop łapała infekcje. Dorobiła się nawet guzków na strunach głosowych! Nie mogła więc występować, a pani Paola [szefowa klubu Rasputin, w którym śpiewała Jarocka - przyp. red.] nie zamierzała opiekować się - jej zdaniem - darmozjadami. Po kolejnej awanturze, że Irena znów nie będzie występowała, Irena rozpłakała się i uciekła. Po koncercie szukałam jej, zaczęłam się denerwować. Wróciła wieczorem - smutna, przybita i jakaś taka zgaszona (...).
Wytwórnia Philips poważnie myślała o współpracy z nią. Miała nagrywać z Cugatem, Michaelem Delpechem, Seroką, ale jej to nie cieszyło. Przybita, funkcjonowała jak robot. Nadal występowała, uczyła się języka, chodziła na przesłuchania, dostała się nawet do elitarnej grupy skupionej przy Olimpii [Jarocka uczyła się w pięcioosobowej klasie wokalnej dla szczególnie uzdolnionych pod opieką artystyczną Bruno Coquatrixa, dyrektora Olimpii - przyp. red.], ale to nie była ta Irena, która przyjechała do Paryża. Moim zdaniem miała depresję, w którą skutecznie wciągał ją jej francuski narzeczony Jean-Louis. (...). Zmusiłam ją do wyjazdu do Polski po nieudanej, na szczęście, próbie samobójczej. Nałykała się tabletek. Chwała Bogu, dawka nie była śmiertelna. Leczyła się po tym dwa dni. Powiedziała wtedy, że nie tak łatwo się zabić.
Marian Zacharewicz, pierwszy mąż Ireny Jarockiej, kompozytor i jej menedżer
Poznaliśmy się w gdańskim Studiu Piosenki chyba latem 1965 roku. Od razu wpadła mi w oko. Miała wtedy dziewiętnaście lat i, jak sama wspominała, była niepozorną szarą myszką, ale piękną i wrażliwą. A gdy się uśmiechała, to tak, jakby same oczy śmiały się i szły do mnie. Zakochałem się. Przyciągnęły mnie te piękne oczy. Któregoś dnia zaprosiłem ją na herbatę, potem na kolejną. Tak ją podrywałem. I przynosiłem kwiaty. Wtedy najbardziej lubiła róże.
(...) Połączyło nas umiłowanie muzyki i śpiewu. Każdy młody człowiek uczestniczący w zajęciach Studia Piosenki marzył o własnej piosence do wylansowania w radiu, Rudym Kocie albo w Żaku. Irenka zadebiutowała właśnie w legendarnym już Rudym Kocie. Pierwszym wielkim przebojem Ireny byli "Gondolierzy znad Wisły", kompozycja zdolnego i bardzo popularnego Seweryna Krajewskiego. (...) I zaczęła się wielka kariera Ireny. Wtedy też ujawniła się jej ogromna wrażliwość. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że ona się do tej branży absolutnie nie nadawała. To znaczy, nadawała się, jeśli chodzi o muzykalność, urodę, pracę nad sobą, ale nie jeśli chodzi o strukturę psychiczną.
Najpierw byłem dla niej kimś w rodzaju ochroniarza. Ode mnie odbijali się wszyscy, którzy nie mieli jej nic do zaoferowania, a chcieli jedynie naciągnąć. Trochę byłem zadziorny, by ustrzec Irenę przed chamstwem różnych osób. Zazdrościli nam sukcesów i popularności. Potem awansowałem - zostałem tragarzem, szoferem, konferansjerem, kompozytorem, sekretarzem, menedżerem i w końcu, po jej powrocie z kilkuletniego pobytu we Francji, mężem. (.) Chroniłem ją, walczyłem o przeboje dla niej. Sam napisałem dla niej jedenaście piosenek. Na pierwszą płytę jedną - "Wymyśliłam cię", na drugą trzy - "Przeczucie", "Jeszcze tyle przed nami" i "Te same noce i dni". Na trzeciej, tej z pastorałkami, było ich aż siedem.
(...) Ciężka praca, którą wykonywaliśmy, moje działania, żeby ją odgrodzić od niewygód świata, spowodowały, że bycie razem nam spowszedniało. Przede wszystkim jej. Tęskniła za czasem spędzanym w domu, na wakacjach, z dziećmi. (...) Mnie się wydawało, że liczy się przede wszystkim kariera, że najważniejsze są ambicje Irenki i spełnienie marzenia jej mamy. Pani Wandzie bardzo podobała się Anna German i chciała, żeby jej córka wyszła z tego biednego domu i osiągnęła podobny sukces. Okazało się jednak, że najważniejsze jest życie.
Rozstaliśmy się. Płakałem ja, płakała ona. Ale zakochała się. Po wypadku, któremu uległa, gdy jechała z Michałem [Sobolewskim, był drugim mężem Jarockiej - przyp. red.], ciężko ranna trafiła do Szpitala Wolskiego na dyżur doktora Religi [prof. Zbigniew Religa - kardiochirurg - przyp. red.], który ją zoperował. Rzadko ją odwiedzałem. Musiałem jeździć po Polsce i odwoływać koncerty. Natomiast Michał odwiedzał Irenę bardzo często. (...) Rozwiedliśmy się w lutym 1978 roku.
Andrzej Szczepański, działacz kultury Wybrzeża, polonista, przyjaciel Mariana Zacharewicza, dyrektor Sopockiej Akademii Tenisowej
Smutne, że Marian postawił na pracę. Narzucił tempo, którego Irena jako wrażliwa kobieta miała prawo mieć dość. Od czasu do czasu korzystałem z ich mieszkania w Warszawie na Marymonckiej, naprzeciwko AWF-u. Zrobiło mi się smutno, bo to mieszkanie było obrazem ich małżeństwa, w którym istniała tylko praca. To był hotel - szczoteczki do zębów, pasta, ręczniki.
Więcej ciepła było w Gdyni przy Nowogrodzkiej, gdzie królowała pani Helena, mama Mariana. Robiła najlepsze w świecie ruskie pierogi, które Irena uwielbiała. Mama Mariana starała się, żeby synowa czuła się tam dobrze, ale nie pozwalała stworzyć oddzielnego domu. Uwielbiała swojego jedynaka. Czasami tak bywa, że mężczyzna nie radzi sobie z wielką miłością do matki i do żony. Marian do dziś nie poradził sobie z tą miłością.
(...) Przy Michale złapała oddech, dystans, miała więcej czasu. Skończyła się tak mordercza praca. Wiem, że bardzo chciała mieć dziecko. Michał nie powiedział nie, a przy Marianie było to niemożliwe. On wiedział, że nie da się połączyć macierzyństwa z wielką karierą, którą robiła Irena. Przynajmniej tak było wtedy, w połowie lat siedemdziesiątych.
Jerzy Rajczyk, wokalista, gitarzysta, kompozytor
Jeśli mówimy, że Jarosław Kukulski stworzył Annę Jantar piosenkarkę, możemy powiedzieć, że Irenę Jarocką piosenkarkę stworzył Marian Zacharewicz. W pewnym momencie Irena poczuła się przeciążona, zdominowana, zmęczona tym, że tyle się od niej wymaga, choć była bardzo pracowita. Nie miała życia prywatnego, wciąż tylko praca, praca, praca. Rodzina ją wspierała i uważała, że Marian zamiast o nią dbać, przemęcza ją i zanadto forsuje. Rodzina nie znała jednak specyfiki tej pracy, nie wiedziała, na czym polega utrzymanie wysokiej pozycji na rynku muzycznym. Mariana zaczęto postrzegać jako tyrana wykorzystującego talent Ireny, a to nieprawda.
(...) Nie mnie sądzić o życiu innych, ale gdy mówimy o karierze jako takiej i o zawodzie, to myślę, że ich rozstanie było największym błędem Ireny. Gdyby przetrwała ten okres zmęczenia, który prędzej czy później pojawia się chyba w każdym związku, może byłoby inaczej.
Bogusław Mec, piosenkarz
W owym czasie [lata siedemdziesiąte - przyp. red.] były dwie piosenkarki, które brylowały na estradach: Ania Jantar i Irena Jarocka. Z obiema pracowałem. Ania miała silniejszy głos i była też silniejszą kobietą. To był kumpel. Mogłem się z nią whisky napić. Natomiast z Irenką trzeba było uważać, żeby nie dać jej winka mocniejszego, bo się przewróci, rozpuści czy nie daj Boże co innego. Na tym polegała jej uroda. Było to zaprzeczenie siły Ani Jantar, wokalne i fizyczne. Obie piękne, ale ja wolałem smak francuski Ireny.
Rafał Podraza, dziennikarz
Mówiła, że Ania [Jantar - przyp. red.] towarzyszyła jej przez całą muzyczną karierę. Wciąż je mylono. Opowiedziała mi anegdotkę. Było to na koncertach w Stanach. Po koncercie zapukał do niej fan. Już od progu krzyknął na nią: "Nie rozumiem pani! Śpiewa pani te swoje przeboje, ale nie wszystkie!". Była zszokowana. Przecież "Kawiarenki", "Motylem jestem", "Nie wrócą te lata" czy "Beatlemania story" zaśpiewała, o co więc chodzi? "A "Najtrudniejszy pierwszy krok", "Tyle słońca w całym mieście" czy "Żeby szczęśliwym być" to nie łaska?!".
Jerzy Rajczyk, wokalista, gitarzysta, kompozytor
(...) Bardzo zwracała uwagę na sposób odżywiania się. Do dzisiaj, gdy kupuję ser pleśniowy typu brie albo camembert, od razu mam skojarzenie "Irena Jarocka". "Nie jedz serów pleśniowych, bo są rakotwórcze", tłumaczyła mi. W pewnym okresie powtarzała to jak mantrę.
Barbara Dunin, piosenkarka
Pamiętam, jak stała na estradzie malutka, skromniutka, w ślicznych sznurowanych do kolan sandałach. Z daleka było widać jej cudne, olbrzymie oczy. W garderobie Irenka malowała je i szpilką albo agrafką rozdzielała rzęsy. Mówiłam, żeby uważała, bo może się zranić, ale odpowiadała, że jest w tym wyćwiczona.
Bożena Ditberner-Mikołajska, piosenkarka
(...) Nauczyłam się od niej rzeczy bardzo przydatnej kobietom, a zwłaszcza artystkom - malowania paznokci w autobusie. Irenka nosiła ze sobą pilnik i lakier pokrywający, wtedy trudny do zdobycia. Można było malować paznokcie częściowo już pomalowane bez zmywania i zaczynania od nowa.
Maria Szabłowska, dziennikarka radiowa i telewizyjna
Była fanatyczką zdrowego jedzenia i takiego trybu życia. Pamiętam rozmowę o chlebie. Zdziwiona spytała: "Kupujesz chleb? Ja piekę sama. Przyślę ci bardzo prosty przepis". I przysłała. Na chleb wieloziarnisty. Kiedy przychodziła do radia, prosiła o gorącą wodę. "Nie pije się kawy. Kawa jest niezdrowa", mówiła. Dowiedziawszy się, że zachorowała, pomyślałam, że to jakiś kaprys losu. Gdy ostatni raz się widziałyśmy, była już bardzo szczupła, szczuplejsza niż zazwyczaj.
Ludmiła Zamojska, przyjaciółka Ireny Jarockiej, piosenkarka, solistka grupy wokalnej Partita
(...) Dużo osobistych wspomnień kojarzy mi się z programem "Zwariowany dzień", który realizowała w telewizji Renata Bielecka. Irena była w czwartym miesiącu ciąży, ja w szóstym. Pamiętam, jak szczęśliwa wskoczyła na konia, a ja przerażona biegłam obok, bojąc się, żeby nie spadła. Mój syn Tomek urodził się w sierpniu. Leżałam w izolatce w szpitalu na Bródnie, kiedy położna powiedziała: "Pani Ludmiło, jest tutaj pani przyjaciółka". "Jaka przyjaciółka? Chce mnie zobaczyć?". "Nie, nie, panią Irenę Jarocką przywieźli na podtrzymanie ciąży. Nie wolno jej wstawać".
Poszłam do niej i zaklinałam, żeby nie wstawała, że przyniosę wszystko, co będzie jej potrzebne, bo zostanę tu jeszcze kilka dni. Uparła się, że musi zobaczyć mojego synka. W nocy po cichutku poszłyśmy do salki, w której spały maluchy, zobaczyła Tomka i zachwyciła się nim: "Lusiu, jakie ty masz piękne dziecko! Żebym ja też miała.". "Będziesz miała, uspokój się, musisz tylko leżeć". (...) Monika [Sobolewska, córka Ireny Jarockiej i Michała Sobolewskiego - przyp. red.] urodziła się w październiku.
Michał Sobolewski, drugi mąż Ireny Jarockiej, profesor informatyki
Irena była i jest moją życiową inspiracją. (...)
Rozumieliśmy, że My to dużo więcej niż on i ona, że ja nie jestem tylko dla niej, a ona tylko dla mnie. My - to bezwzględne dobro i miłość, to wszystko, co i jak rozgrywa się między nami: rodzina, dom, praca zawodowa, w końcu nasze otoczenie, które może nam pomagać lub nas niszczyć. Uważaliśmy, że "mój dom to moja twierdza". Miejsce, w którym kwitnie miłość i dobro. Ci, którzy tego nie rozumieli, znaleźli się za murami obronnymi naszej twierdzy. Nasze priorytety ustaliliśmy właśnie według tej kolejności i realizujemy je nadal tu, na ziemi, i gdzieś tam.
* Fragment książki Marioli Pryzwan "Wymyśliłam cię. Irena Jarocka we wspomnieniach", którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl >>>
Mariola Pryzwan. Jest nauczycielem-bibliotekarzem, publicystką, biografistką. Ze wspomnień złożyła biografie m.in. Anny German, Zbigniewa Cybulskiego, Haliny Poświatowskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Władysława Broniewskiego, Marii Dąbrowskiej, Marii Kownackiej, Anny Jantar; z wypowiedzi samych bohaterów książki "Anna German o sobie" i "Cybulski o sobie".