Biografie
(fot. archiwum prywatne)
(fot. archiwum prywatne)

Magdalena Małecka-Wippich: Dzisiaj, przed naszym spotkaniem, zajrzałam do domowego archiwum i muszę przyznać, że oniemiałam... (...). Nic dziwnego, że tajemniczy wielbiciel posunął się kiedyś do wandalizmu, żeby zdobyć twoje zdjęcie ze spektaklu... To było jeszcze za czasów, kiedy grałaś w Teatrze Starym w Krakowie. Opowiesz o tym?

Anna Seniuk:

Któregoś dnia przed próbą dyrektor Hübner, natknąwszy się na mnie w korytarzu, powiedział poważnie: "Pani Anno, jeżeli to się jeszcze raz powtórzy, obciążę panią kosztami!". Zdumiałam się, nie miałam zielonego pojęcia, za co miałabym płacić. Okazało się, że w nocy ktoś wybił szybę w dużej gablocie przed wejściem do Teatru Starego i ukradł moje zdjęcie. Było to zdjęcie z lekkiej farsy Claude'a Magniera Blaise, w polskim tłumaczeniu Błażej.

Czy dyrektor Hübner faktycznie pociągnął cię do odpowiedzialności za zbitą szybę i skradzione zdjęcie?

- Nie. Skwitował całą sytuację śmiechem. Widocznie w głębi duszy podobała mu się ta romantyczna akcja nieznanego wielbiciela.

Poznałaś tożsamość złodzieja?

- Po latach dowiedziałam się, że był nim mój kolega z ASP. To on wykonał tę brawurową akcję. Do dziś dostaję od niego prześliczne malowane kartki.

Od lewej: zdjęcie ze świadectwa maturalnego i ze spektaklu wystawianego podczas pierwszego roku studiów na PWST (fot. archiwum prywatne)

Ta historia dowodzi jedynie, że byłaś seksbombą! Do tej pory podchodzą do ciebie obcy mężczyźni i mówią, że kiedyś się w tobie kochali.

- Każdy ma jakieś aktorki, w których się kochał za młodu.

No tak. Na wszystko znajdziesz odpowiedź.

- A nie jest tak?

Jest. Z tą różnicą, że byłaś akurat jedną z tych aktorek, w których kochano się szaleńczo. Byłaś seksbombą lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Do tego prawdziwą skandalistką.

- Ja?

Byłaś pierwszą polską aktorką, która pokazała biust w "Kardiogramie" Romana Załuskiego. To było w 1971 roku. Przetarłaś szlak setkom polskich biustów w drodze na duży ekran! (...) Warto dodać, że działo się to w czasie, kiedy wychodziłaś za mąż. Jak na taki zabieg artystyczny zareagowali twój przyszły mąż i jego rodzina?

- Pech chciał, że w czasie, gdy ukazał się w "Ekranie" reportaż (...), okraszony kilkoma moimi zdjęciami, miałam oficjalne spotkanie z przyszłymi teściami w eleganckiej restauracji.

Wszystko przebiegało bardzo kulturalnie, aż do momentu, kiedy znaleźliśmy się w szatni. Tam zobaczył mnie bardzo już wesoły Ireneusz Iredyński i wskazując na mnie palcem, wykrzyknął z zachwytem: "O! Widziałem twoje gołe zdjęcie w gazecie!". Zamarłam. Teściowie wykazali się klasą i udali, że nie słyszą. Ślub odbył się w terminie. (...) W każdym razie to wszystko było dawno i kto mnie taką pamięta, niech pamięta. Ale eksponować nieustająco młodą buzię ze starych zdjęć, po co?

Kadr z filmu ''Kardiogram'' (fot. Jolanta Michalska / YouTube.com)

Co w tym złego?

- Mam takie koleżanki, które wszystkie ściany w mieszkaniu obwieszają swoimi pięknymi zdjęciami.

To źle?

- Nie, oczywiście, że nie. Jeżeli to komuś jest potrzebne i sprawia mu frajdę, niech obwiesza, ale ja tego nie lubię. Miło mieć jedno zdjęcie, żeby ktoś mógł zobaczyć, jaka byłaś. Ale żeby robić ze swoich zdjęć wystawę pod tytułem "jaka byłam śliczna"!? Nie. A teraz co, nie jestem śliczna jak na swój wiek? (śmiech) Nadal jestem!

Mówiłam ci, jak zadzwonił do mnie przed laty Dudek Dziewoński? "Anka, znalazłem twoje zdjęcie z lat siedemdziesiątych. Pokazałem znajomym". "I co?", pytam Dudka. "Nikt cię nie poznał!" Teraz po prostu jestem inna, życie pędzi dalej. Dlatego nie chcę się przywiązywać do zdjęć. Czasem myślę, że powracanie do tego, co było kiedyś, to marnowanie życia, które jest teraz. Zapełnianie ścian portretami dziewczyny, której już nie ma, kojarzy mi się z kolekcją osiemnastowiecznych konterfektów. Ja te wszystkie pamiątki mam rozrzucone, dość bałaganiarsko, nie przywiązuję do nich wielkiej wagi. Moje zdjęcia trzymam gdzieś w pudle.

Fotografia z przyjaciółmi, 1961 r. (fot. archiwum prywatne)

Powiedziałaś kiedyś, że takie silne przywiązanie do wspomnień może być jak choroba.

- Tak, bo jeżeli nie chce się wyjść poza swój czas piękna, młodości i sukcesów, to jest to odchodzenie od życia. Umieranie.

Miałam taką nauczycielkę w szkole teatralnej, która przynosiła na zajęcia fotosy ze swoich ról. Była śpiewaczką, uczyła nas emisji głosu. Ponieważ w swoim zawodowym życiu była niespełniona, wciąż pokazywała nam te kilka zdjęć z czasów swojej młodości. (...) Chociaż są również osoby spełnione, które zatrzymały się na pewnym etapie i nie chcą zauważyć, że są dojrzałymi kobietami, a przecież trudno grać na przykład amantki przez całe życie. Z wiekiem pojawiają się inne role, i to dużo ciekawsze! Zamiast mdłych amantek zaczynasz grać zwariowane ciotki, matki i babki. Panuje mit, że aktorki trzeba delikatnie obsadzać, bo obrażają się, kiedy zaczynają grać matki i babcie.

Rozumiem, że ty się nie obrażasz?

- Kiedy pierwszy raz w moim życiu pewien reżyser zwrócił się do mnie z taką właśnie propozycją, był mocno skrępowany, długo nie chciał powiedzieć, kogo mam zagrać. Więc pytam go w końcu: ''No ale co konkretnie, kogo mam zagrać?''. Na to on: ''Proszę się nie gniewać, ale mam taką koncepcję, żeby pani zagrała babcię". I natychmiast dodał: "Ale to będzie w zasadzie młoda, niezwykle energiczna i bardzo atrakcyjna babcia!". Tak się ze swojej propozycji tłumaczył, jakby zagranie babci było jakąś obelgą albo poniżeniem. O! Właśnie. Nawet kilka dni temu zadzwoniono z telewizji, żebym zagrała osiemdziesięcioletnią babcię, chociaż nie mam jeszcze osiemdziesięciu lat.

Z Andrzejem Kopiczyńskim po latach, podczas wyjazdu do Australii w ramach teatralnego tournée (fot. archiwum prywatne)

Dobrze, że w ogóle zadzwonili. W Hollywood aktorki są gwiazdami tylko przez kilka sezonów, a później role dla kobiet znikają. Koniec.

- Rzeczywiście, jest taki okres przejściowy. Dla czterdziesto-, pięćdziesięcioletnich kobiet dobrych ról właściwie nie ma, czasem nawet do sześćdziesiątki trwa taki przestój. Ten producent z telewizji również się krępował, że proponuje mi rolę staruszki. (...)

***

Najlepiej pamiętam z dzieciństwa smutną babcię Wandę, która po wygnaniu ze Stanisławowa mieszkała z nami przez kilka lat. Szczególnie zapamiętałam ją z okresu, kiedy mieszkaliśmy w Zatorze, czyli naszym drugim miejscu pobytu. Nie pamiętam babci Wandy uśmiechniętej, to zawsze była babcia smutna. Była bardzo dobra, oddana nam, delikatna i kochająca. Szyła w swoim pokoiku kaftaniki, lizeski, koszule nocne oraz przepiękne ubranka dla lalek. Ręcznie! A my... Dlaczego dzieci potrafią być tak okrutne? Z Bożenką strasznie dokuczałyśmy babci. Wchodziłyśmy na przykład na dach i wrzucałyśmy kamienie do komina, doprowadzając babcię do rozpaczy, bo przecież nie mogła nas z tego dachu ściągnąć, albo zaczajałyśmy się w jakimś kącie i kiedy babcia szła, straszyłyśmy ją tak, że wszystko wypadało jej z rąk. Pamiętam, jak którejś niedzieli babcia, idąc do kościoła, westchnęła: "Tak się czuję dzisiaj słabo, że gdyby mnie ktoś dotknął palcem, tobym się przewróciła".

I chociaż bałam się strasznie, wyciągnęłam palec wskazujący i dotknęłam jej ukradkiem, bo ciekawość była większa.

Przewróciła się?

- Nie. (śmiech) Byłam zdumiona, ale odetchnęłam z ulgą. To wszystko działo się już w Zatorze.

Z profesor Martą Stebnicką (fot. archiwum prywatne)

Mieszkaliście w prawdziwym pałacu!

- Zator to najpiękniejszy czas mojego dzieciństwa. Pałac, prawdziwe lochy, park. Wszystko było jak z bajki! Pokój Wieżowy, Pokój Zimny, tajemnicza "Czterdziestka".

"Czterdziestka"? Cóż to takiego?

- Nad drzwiami do jednej z komnat była cyfra "40", stąd nazwa. Prawie każda komnata i zakątek nosiły jakąś wymyśloną przez nas nazwę. Zator to też chodzenie po drzewach, wycieczki nad Skawę, w której uczyłam się pływać. To był najbardziej magiczny przystanek w naszej rodzinnej podróży.

Mieszkaliśmy tam, bo mój ojciec został tam kierownikiem szkoły rolniczej. Zakwaterowano nas w pałacu Potockich, bardzo zrujnowanym i niestety po wojnie dalej dewastowanym przez nowe władze. W salach balowych zdobionych cennymi malowidłami urządzono skup zboża, wiele komnat niszczało, pokrywało się grzybem, ze ścian odpadały tynk i farba. Ale dla małych dziewczynek - dla mnie i Bożenki - to było miejsce pełne tajemnic i dzikiego uroku. Pamiętam ogromną spiżarnię, gdzie kisiła się w beczkach kapusta i leżały worki pełne orzechów włoskich, które z siostrą roztłukiwałyśmy na święta, gdzie zimowały kopy soczystych jabłek i suszył się zbierany przez nas kwiat lipowy na zimowe gorączki. Do dziś mam w głowie taki obrazek: rumiana Alojza, dziewczyna zatrudniona do pomocy w domu, myje nogi, wchodzi bosa do beczki z kapustą i ubija ją stopami. Pamiętam, że tę ubitą przez Alojzę kapustę przekładało się czerwonymi jabłuszkami, które później jadłyśmy z siostrą w zimie.

***

(...) W Krakowie byłam w pewnym sensie za późno. Największy rozkwit artystycznej działalności Krakowa i życia kulturalnego miał miejsce wtedy, kiedy byłam w liceum, biegałam w mundurku harcerskim i musiałam wcześnie wracać do domu.

Z dramaturgiem Siemionem Złotnikowem w Jerozolimie (fot. archiwum prywatne)

Mnie się wydaje, że rozkwit kulturalny był za czasów Boya, więc chyba sporo się spóźniłaś (śmiech).

- Moja starsza siostra chodziła do Piwnicy pod Baranami wcześniej niż ja. Zdążyła być świadkiem wielu artystycznych wydarzeń, o których ja mogłam tylko pomarzyć.

A kiedy ty zaczęłaś chodzić do Piwnicy?

- Dopiero po maturze. Koniec lat pięćdziesiątych to był szczytowy okres Piwnicy, mnie to ominęło. To tam spotykała się plejada artystów, literatów, plastyków, muzyków, playboyów, malarzy - cała krakowska bohema. Zasadą tego miejsca było stworzenie na kilkudziesięciu metrach piwnicy przy Rynku iluzji swobody i wolności. Chodziło o to, by nie komentować świata, który nas otaczał, by nie mówić o nim wprost. (....)

Zawsze powtarzasz, że byłaś chorobliwie nieśmiała.

- Bo to prawda.

Skoro więc byłaś nieśmiała, to jakim cudem zdobyłaś się na to, żeby nakrzyczeć na komisję egzaminacyjną podczas egzaminu wstępnego? To przecież twoja ulubiona anegdota. Dostałaś takie zadanie podczas egzaminu wstępnego, żeby pokłócić się z komisją. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto jest nieśmiały, raczej spaliłby się w takiej sytuacji ze wstydu. To jak to jest z tą twoją nieśmiałością? Czy ona nie jest u ciebie trochę wybiórcza?

To była sytuacja ekstremalna, a to coś zupełnie innego. (...) Namówiona przez polonistkę złożyłam papiery do szkoły teatralnej. Poszłam. Zdawało stu siedemdziesięciu kandydatów! Egzamin do PWST składał się z trzech etapów. Pierwszy polegał na egzaminie praktycznym: trzeba było zaprezentować wiersz, prozę i piosenkę. W etapie drugim komisja oceniała ruch, taniec i poczucie rytmu, a w trzecim etapie, teoretycznym, zdawało się język polski, historię literatury, historię teatru i język obcy. Na pierwszy ogień wzięłam wiersz Asnyka, ten, dzięki któremu wygrałam konkurs recytatorski w liceum. (...) Kiedy skończyłam go mówić, ktoś z komisji rzucił pytanie: "A jaką pani przygotowała piosenkę?". "Umarł Maciek, umarł". "Prosimy".

Anna Seniuk przed swoją chatą (fot. archiwum prywatne)

W trakcie piosenki poczułam, że zaczynam się pogrążać i idzie mi coraz gorzej. Kiedy zaprezentowałam już wszystko, co przygotowałam, została mi jeszcze do zagrania krótka scenka na zadany przez komisję temat. Każdego ze zdających czekała podczas egzaminu taka improwizowana niespodzianka. "A teraz niech zrobi nam pani awanturę", usłyszałam. Nie miałam wyboru, to była moja ostatnia szansa. "Mam tego dość" - zaczęłam nieśmiało. "Nie będę tego tolerować!" - Już głośniej. "A tyyy!" - wrzasnęłam do dziekana. Potem już poleciało! Nie bardzo pamiętam, co krzyczałam, ale były to jakieś bliżej nieokreślone pretensje w rodzaju: "Mam tego dosyć! Nie pozwolę się tak traktować!". A kiedy na koniec podeszłam zbyt blisko do egzaminującego, krzycząc: "Jazda stąd, natychmiast!", dziekan grzecznie mi przerwał: "Dziękuję, wystarczy", na co ja też grzecznie podziękowałam, ukłoniłam się i wyszłam z sali. Później okazało się, że nie tylko ja miałam tego typu zadanie. Taka scenka z awanturą to był dobry test na temperament, głos i wyobraźnię.

***

(...) Jest rok 1964. Jako pierwszy angaż dostał Janek Nowicki. Chodził po korytarzach szkoły i wszystkim obwieszczał: "A ja już mam angaż, a ja już mam angaż!". Oczywiście gratulowaliśmy mu z kwaśnym uśmiechem. Ja nie czekałam długo i wkrótce otrzymałam propozycję od Haliny Gryglaszewskiej z Teatru Rozmaitości. Zgodziłam się bez wahania. Niestety albo na szczęście po kilku dniach zadzwoniła do mnie sekretarka z propozycją spotkania z dyrektorem Teatru Starego Zygmuntem Hübnerem. Propozycja takiego spotkania mogła oznaczać dla absolwenta tylko jedno.

Angaż.

- Zanim poszłam na spotkanie, długo rozmyślałam. Dałam przecież słowo Halinie Gryglaszewskiej. Teatr Rozmaitości był może nieco niższy rangą niż Teatr Stary, ale grałabym tam bardzo dużo.

Z córką Magdą Małecką (fot. archiwum prywatne)

Mimo to poszłaś na rozmowę z Hübnerem.

- Przygotowałam sobie przemowę. Całą drogę powtarzałam ją w myślach. Gdy weszłam wreszcie do gabinetu i chciałam powiedzieć coś w stylu: "Jestem bardzo wdzięczna panu dyrektorowi za zaproszenie do pracy w tak wspaniałym teatrze, jakim jest Teatr Stary, jako jeden z najbardziej liczących się teatrów zarówno w Krakowie, jak i w Polsce, ale niestety...", dyrektor przerwał mi na samym wstępie: "O co pani chodzi?". Na co ja zaczęłam tłumaczyć, że jestem już po słowie z dyrektor Teatru Rozmaitości. Hübner zadał mi tylko jedno pytanie: "A podpisała pani umowę?". "Nie" - odpowiedziałam. "Pani Halinko!" - zawołał Hübner do sekretarki. "Pani przyniesie umowę dla pani Seniuk". Po czym podał mi papier i powiedział: "Pani podpisze tutaj". Powiedział to tak stanowczo, że bez słowa ją podpisałam. Całe spotkanie trwało zaledwie kilka minut. (...)

Teatr stał się dla mnie miejscem, w którym zaczęłam być akceptowana. Miejscem, w którym po raz pierwszy usłyszałam, że jestem fajna.

To znaczy, że w domu nigdy tego nie słyszałaś?

- W domu nie czułam akceptacji. Nie czułam. Natomiast doświadczenie samotności wyniesione z dzieciństwa miało pozytywny wpływ na moje życie, bo nauczyłam się radzić sobie sama. To, że mieszkam sama, że twój tata mieszka osobno, w innym mieszkaniu, ty odeszłaś z domu, Grzegorz odszedł z domu, to nie są dla mnie powody do tragedii. FRAGMENT SPETKAKLU "OBIETNICA PORANKA", W KTÓRYM ANNA SENIUK ZAGRAŁA RAZEM Z SYNEM - GRZEGORZEM MAŁECKIM

 

No dobrze. Ale to, że radzisz sobie sama, nie oznacza chyba, że o takim stanie rzeczy marzyłaś.

- No nie. Ale nie wpadam z tego powodu w jakąś rozpacz czy depresję.

Skąd ta pewność, że nie wpadasz?

- Bo ja nawet lubię tę swoją samotność. Lubię przyjść do domu, w którym po całym dniu emocji jest cisza i spokój. Jest mi dobrze. Nie mam takich lęków jak niektóre moje koleżanki: "Jezu! Wracam do domu sama, nie ma się do kogo odezwać, nie ma komu herbaty zrobić, te puste ściany, co za beznadzieja". (...) Kto mi zagwarantuje, że inne życie byłoby bardziej udane? Że byłoby lepsze, fajniejsze, bardziej atrakcyjne?

Anna Seniuk. Aktorka teatralna i filmowa. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Profesor sztuk teatralnych. Grała w ''Lalce'' Wojciecha Jerzego Hasa, ''Pannach z Wilka'' Andrzeja Wajdy, ''Konopielce'' Witolda Leszczyńskiego czy nagrodzonym Oscarem dramacie ''Europa, Europa'' Agnieszki Holland. Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski.

Magdalena Małecka-Wippich . Altowiolistka, kameralistka, menedżer artystyczny. Absolwentka Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i Uniwerystetu Jagiellońskiego. Założycielka zespołu Opium String Quartet, wyróżnionego m.in. Fryderykiem za płytę ''Chagail for Strings'' w 2014 r.

- Któregoś dnia przed próbą dyrektor Hübner, natknąwszy się na mnie w korytarzu, powiedział poważnie: "Pani Anno, jeżeli to się jeszcze raz powtórzy, obciążę panią kosztami!". Zdumiałam się, nie miałam zielonego pojęcia, za co miałabym płacić. Okazało się, że w nocy ktoś wybił szybę w dużej gablocie przed wejściem do Teatru Starego i ukradł moje zdjęcie. Było to zdjęcie z lekkiej farsy Claude'a Magniera Blaise , w polskim tłumaczeniu Błażej. Czy dyrektor Hübner faktycznie pociągnął cię do odpowiedzialności za zbitą szybę i skradzione zdjęcie? - Nie. Skwitował całą sytuację śmiechem. Widocznie w głębi duszy podobała mu się ta romantyczna akcja nieznanego wielbiciela. Poznałaś tożsamość złodzieja? - Po latach dowiedziałam się, że był nim mój kolega z ASP. To on wykonał tę brawurową akcję. Do dziś dostaję od niego prześliczne malowane kartki. Ta historia dowodzi jedynie, że byłaś seksbombą! Do tej pory podchodzą do ciebie obcy mężczyźni i mówią, że kiedyś się w tobie kochali. - Każdy ma jakieś aktorki, w których się kochał za młodu. No tak. Na wszystko znajdziesz odpowiedź. - A nie jest tak? Jest. Z tą różnicą, że byłaś akurat jedną z tych aktorek, w których kochano się szaleńczo. Byłaś seksbombą lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Do tego prawdziwą skandalistką. - Ja? Byłaś pierwszą polską aktorką, która pokazała biust w "Kardiogramie" Romana Za ł uskiego. To było w 1971 roku. Przetarłaś szlak setkom polskich biustów w drodze na duży ekran! (.) Warto dodać, że działo się to w czasie, kiedy wychodziłaś za mąż. Jak na taki zabieg artystyczny zareagowali twój przyszły mąż i jego rodzina? - Pech chciał, że w czasie, gdy ukazał się w "Ekranie" reportaż (...), okraszony kilkoma moimi zdjęciami, miałam oficjalne spotkanie z przyszłymi teściami w eleganckiej restauracji. Wszystko przebiegało bardzo kulturalnie, aż do momentu, kiedy znaleźliśmy się w szatni. Tam zobaczył mnie bardzo już wesoły Ireneusz Iredyński i wskazując na mnie palcem, wykrzyknął z zachwytem: "O! Widziałem twoje gołe zdjęcie w gazecie!". Zamarłam. Teściowie wykazali się klasą i udali, że nie słyszą. Ślub odbył się w terminie. (...) W każdym razie to wszystko było dawno i kto mnie taką pamięta, niech pamięta. Ale eksponować nieustająco młodą buzię ze starych zdjęć, po co? Co w tym złego? - Mam takie koleżanki, które wszystkie ściany w mieszkaniu obwieszają swoimi pięknymi zdjęciami. To źle? - Nie, oczywiście, że nie. Jeżeli to komuś jest potrzebne i sprawia mu frajdę, niech obwiesza, ale ja tego nie lubię. Miło mieć jedno zdjęcie, żeby ktoś mógł zobaczyć, jaka byłaś. Ale żeby robić ze swoich zdjęć wystawę pod tytułem "jaka byłam śliczna"!? Nie. A teraz co, nie jestem śliczna jak na swój wiek? ( śmiech ) Nadal jestem! Mówiłam ci, jak zadzwonił do mnie przed laty Dudek Dziewoński? "Anka, znalazłem twoje zdjęcie z lat siedemdziesiątych. Pokazałem znajomym". "I co?", pytam Dudka. "Nikt cię nie poznał!" Teraz po prostu jestem inna, życie pędzi dalej. Dlatego nie chcę się przywiązywać do zdjęć. Czasem myślę, że powracanie do tego, co było kiedyś, to marnowanie życia, które jest teraz. Zapełnianie ścian portretami dziewczyny, której już nie ma, kojarzy mi się z kolekcją osiemnastowiecznych konterfektów. Ja te wszystkie pamiątki mam rozrzucone, dość bałaganiarsko, nie przywiązuję do nich wielkiej wagi. Moje zdjęcia trzymam gdzieś w pudle. Powiedziałaś kiedyś, że takie silne przywiązanie do wspomnień może być jak choroba. - Tak, bo jeżeli nie chce się wyjść poza swój czas piękna, młodości i sukcesów, to jest to odchodzenie od życia. Umieranie. Miałam taką nauczycielkę w szkole teatralnej, która przynosiła na zajęcia fotosy ze swoich ról. Była śpiewaczką, uczyła nas emisji głosu. Ponieważ w swoim zawodowym życiu była niespełniona, wciąż pokazywała nam te kilka zdjęć z czasów swojej młodości. (.) Chociaż są również osoby spełnione, które zatrzymały się na pewnym etapie i nie chcą zauważyć, że są dojrzałymi kobietami, a przecież trudno grać na przykład amantki przez całe życie. Z wiekiem pojawiają się inne role, i to dużo ciekawsze! Zamiast mdłych amantek zaczynasz grać zwariowane ciotki, matki i babki. Panuje mit, że aktorki trzeba delikatnie obsadzać, bo obrażają się, kiedy zaczynają grać matki i babcie. Rozumiem, że ty się nie obrażasz? - Kiedy pierwszy raz w moim życiu pewien reżyser zwrócił się do mnie z taką właśnie propozycją, był mocno skrępowany, długo nie chciał powiedzieć, kogo mam zagrać. Więc pytam go w końcu: "No ale co konkretnie, kogo mam zagrać?". Na to on: "Proszę się nie gniewać, ale mam taką koncepcję, żeby pani zagrała babcię". I natychmiast dodał: "Ale to będzie w zasadzie młoda, niezwykle energiczna i bardzo atrakcyjna babcia!". Tak się ze swojej propozycji tłumaczył, jakby zagranie babci było jakąś obelgą albo poniżeniem. O! Właśnie. Nawet kilka dni temu zadzwoniono z telewizji, żebym zagrała osiemdziesięcioletnią babcię, chociaż nie mam jeszcze osiemdziesięciu lat. Dobrze, że w ogóle zadzwonili. W Hollywood aktorki są gwiazdami tylko przez kilka sezonów, a później role dla kobiet znikają. Koniec. - Rzeczywiście, jest taki okres przejściowy. Dla czterdziesto-, pięćdziesięcioletnich kobiet dobrych ról właściwie nie ma, czasem nawet do sześćdziesiątki trwa taki przestój. Ten producent z telewizji również się krępował, że proponuje mi rolę staruszki. (...) *** Najlepiej pamiętam z dzieciństwa smutną babcię Wandę, która po wygnaniu ze Stanisławowa mieszkała z nami przez kilka lat. Szczególnie zapamiętałam ją z okresu, kiedy mieszkaliśmy w Zatorze, czyli naszym drugim miejscu pobytu. Nie pamiętam babci Wandy uśmiechniętej, to zawsze była babcia smutna. Była bardzo dobra, oddana nam, delikatna i kochająca. Szyła w swoim pokoiku kaftaniki, lizeski, koszule nocne oraz przepiękne ubranka dla lalek. Ręcznie! A my... Dlaczego dzieci potrafią być tak okrutne? Z Bożenką strasznie dokuczałyśmy babci. Wchodziłyśmy na przykład na dach i wrzucałyśmy kamienie do komina, doprowadzając babcię do rozpaczy, bo przecież nie mogła nas z tego dachu ściągnąć, albo zaczajałyśmy się w jakimś kącie i kiedy babcia szła, straszyłyśmy ją tak, że wszystko wypadało jej z rąk. Pamiętam, jak którejś niedzieli babcia, idąc do kościoła, westchnęła: "Tak się czuję dzisiaj słabo, że gdyby mnie ktoś dotknął palcem, tobym się przewróciła". I chociaż bałam się strasznie, wyciągnęłam palec wskazujący i dotknęłam jej ukradkiem, bo ciekawość była większa. Przewróciła się? - Nie. ( śmiech ) Byłam zdumiona, ale odetchnęłam z ulgą. To wszystko działo się już w Zatorze. Mieszkaliście w prawdziwym pałacu! - Zator to najpiękniejszy czas mojego dzieciństwa. Pałac, prawdziwe lochy, park. Wszystko było jak z bajki! Pokój Wieżowy, Pokój Zimny, tajemnicza "Czterdziestka". "Czterdziestka"? Cóż to takiego? - Nad drzwiami do jednej z komnat była cyfra "40", stąd nazwa. Prawie każda komnata i zakątek nosiły jakąś wymyśloną przez nas nazwę. Zator to też chodzenie po drzewach, wycieczki nad Skawę, w której uczyłam się pływać. To był najbardziej magiczny przystanek w naszej rodzinnej podróży. Mieszkaliśmy tam, bo mój ojciec został tam kierownikiem szkoły rolniczej. Zakwaterowano nas w pałacu Potockich, bardzo zrujnowanym i niestety po wojnie dalej dewastowanym przez nowe władze. W salach balowych zdobionych cennymi malowidłami urządzono skup zboża, wiele komnat niszczało, pokrywało się grzybem, ze ścian odpadały tynk i farba. Ale dla małych dziewczynek - dla mnie i Bożenki - to było miejsce pełne tajemnic i dzikiego uroku. Pamiętam ogromną spiżarnię, gdzie kisiła się w beczkach kapusta i leżały worki pełne orzechów włoskich, które z siostrą roztłukiwałyśmy na święta, gdzie zimowały kopy soczystych jabłek i suszył się zbierany przez nas kwiat lipowy na zimowe gorączki. Do dziś mam w głowie taki obrazek: rumiana Alojza, dziewczyna zatrudniona do pomocy w domu, myje nogi, wchodzi bosa do beczki z kapustą i ubija ją stopami. Pamiętam, że tę ubitą przez Alojzę kapustę przekładało się czerwonymi jabłuszkami, które później jadłyśmy z siostrą w zimie. *** (.) W Krakowie byłam w pewnym sensie za późno. Największy rozkwit artystycznej działalności Krakowa i życia kulturalnego miał miejsce wtedy, kiedy byłam w liceum, biegałam w mundurku harcerskim i musiałam wcześnie wracać do domu. Mnie się wydaje, że rozkwit kulturalny był za czasów Boya, więc chyba sporo się spóźniłaś ( śmiech ). - Moja starsza siostra chodziła do Piwnicy pod Baranami wcześniej niż ja. Zdążyła być świadkiem wielu artystycznych wydarzeń, o których ja mogłam tylko pomarzyć. A kiedy ty zaczęłaś chodzić do Piwnicy? - Dopiero po maturze. Koniec lat pięćdziesiątych to był szczytowy okres Piwnicy, mnie to ominęło. To tam spotykała się plejada artystów, literatów, plastyków, muzyków, playboyów, malarzy - cała krakowska bohema. Zasadą tego miejsca było stworzenie na kilkudziesięciu metrach piwnicy przy Rynku iluzji swobody i wolności. Chodziło o to, by nie komentować świata, który nas otaczał, by nie mówić o nim wprost. (....) Zawsze powtarzasz, że byłaś chorobliwie nieśmiała. - Bo to prawda. Skoro więc byłaś nieśmiała, to jakim cudem zdobyłaś się na to, żeby nakrzyczeć na komisję egzaminacyjną podczas egzaminu wstępnego? To przecież twoja ulubiona anegdota. Dostałaś takie zadanie podczas egzaminu wstępnego, żeby pokłócić się z komisją. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto jest nieśmiały, raczej spaliłby się w takiej sytuacji ze wstydu. To jak to jest z tą twoją nieśmiałością? Czy ona nie jest u ciebie trochę wybiórcza? W trakcie piosenki poczułam, że zaczynam się pogrążać i idzie mi coraz gorzej. Kiedy zaprezentowałam już wszystko, co przygotowałam, została mi jeszcze do zagrania krótka scenka na zadany przez komisję temat. Każdego ze zdających czekała podczas egzaminu taka improwizowana niespodzianka. "A teraz niech zrobi nam pani awanturę", usłyszałam. Nie miałam wyboru, to była moja ostatnia szansa. "Mam tego dość" - zaczęłam nieśmiało. "Nie będę tego tolerować!" - Już głośniej. "A tyyy!" - wrzasnęłam do dziekana. Potem już poleciało! Nie bardzo pamiętam, co krzyczałam, ale były to jakieś bliżej nieokreślone pretensje w rodzaju: "Mam tego dosyć! Nie pozwolę się tak traktować!". A kiedy na koniec podeszłam zbyt blisko do egzaminującego, krzycząc: "Jazda stąd, natychmiast!", dziekan grzecznie mi przerwał: "Dziękuję, wystarczy", na co ja też grzecznie podziękowałam, ukłoniłam się i wyszłam z sali. Później okazało się, że nie tylko ja miałam tego typu zadanie. Taka scenka z awanturą to był dobry test na temperament, głos i wyobraźnię. *** (.) Jest rok 1964. Jako pierwszy angaż dostał Janek Nowicki. Chodził po korytarzach szkoły i wszystkim obwieszczał: "A ja już mam angaż, a ja już mam angaż!". Oczywiście gratulowaliśmy mu z kwaśnym uśmiechem. Ja nie czekałam długo i wkrótce otrzymałam propozycję od Haliny Gryglaszewskiej z Teatru Rozmaitości. Zgodziłam się bez wahania. Niestety albo na szczęście po kilku dniach zadzwoniła do mnie sekretarka z propozycją spotkania z dyrektorem Teatru Starego Zygmuntem Hübnerem. Propozycja takiego spotkania mogła oznaczać dla absolwenta tylko jedno. Angaż. - Zanim poszłam na spotkanie, długo rozmyślałam. Dałam przecież słowo Halinie Gryglaszewskiej. Teatr Rozmaitości był może nieco niższy rangą niż Teatr Stary, ale grałabym tam bardzo dużo. Mimo to poszłaś na rozmowę z Hübnerem. - Przygotowałam sobie przemowę. Całą drogę powtarzałam ją w myślach. Gdy weszłam wreszcie do gabinetu i chciałam powiedzieć coś w stylu: "Jestem bardzo wdzięczna panu dyrektorowi za zaproszenie do pracy w tak wspaniałym teatrze, jakim jest Teatr Stary , jako jeden z najbardziej liczących się teatrów zarówno w Krakowie, jak i w Polsce, ale niestety...", dyrektor przerwał mi na samym wstępie: "O co pani chodzi?". Na co ja zaczęłam tłumaczyć, że jestem już po słowie z dyrektor Teatru Rozmaitości. Hübner zadał mi tylko jedno pytanie: "A podpisała pani umowę?". "Nie" - odpowiedziałam. "Pani Halinko!" - zawołał Hübner do sekretarki. "Pani przyniesie umowę dla pani Seniuk". Po czym podał mi papier i powiedział: "Pani podpisze tutaj". Powiedział to tak stanowczo, że bez słowa ją podpisałam. Całe spotkanie trwało zaledwie kilka minut. (...) Teatr stał się dla mnie miejscem, w którym zaczęłam być akceptowana. Miejscem, w którym po raz pierwszy usłyszałam, że jestem fajna. To znaczy, że w domu nigdy tego nie słyszałaś? - W domu nie czułam akceptacji. Nie czułam. Natomiast doświadczenie samotności wyniesione z dzieciństwa miało pozytywny wpływ na moje życie, bo nauczyłam się radzić sobie sama. To, że mieszkam sama, że twój tata mieszka osobno, w innym mieszkaniu, ty odeszłaś z domu, Grzegorz odszedł z domu, to nie są dla mnie powody do tragedii. No dobrze. Ale to, że radzisz sobie sama, nie oznacza chyba, że o takim stanie rzeczy marzyłaś. - No nie. Ale nie wpadam z tego powodu w jakąś rozpacz czy depresję. Skąd ta pewność, że nie wpadasz? - Bo ja nawet lubię tę swoją samotność. Lubię przyjść do domu, w którym po całym dniu emocji jest cisza i spokój. Jest mi dobrze. Nie mam takich lęków jak niektóre moje koleżanki: "Jezu! Wracam do domu sama, nie ma się do kogo odezwać, nie ma komu herbaty zrobić, te puste ściany, co za beznadzieja". (...) Kto mi zagwarantuje, że inne życie byłoby bardziej udane? Że byłoby lepsze, fajniejsze, bardziej atrakcyjne?