Biografie
Józef Cyrankiewicz, Piotr Jaroszewicz, Władysław Gomułka (fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Józef Cyrankiewicz, Piotr Jaroszewicz, Władysław Gomułka (fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jak sam pan o sobie pisze, interesuje pana każdy news, byle był starszy niż 50 lat. Trafił się panu prawdziwy cymes.

- Pierwszy raz pisałem o Cyrankiewiczu 17 lat temu, w artykule "Dać się pożreć, ale pożyć" . Pisałem też o innych politykach PRL-u, jak Bierut, Michał Rola-Żymierski, ale Józef Cyrankiewicz okazał się jedną z najciekawszych postaci tamtych czasów.

Po lekturze pana książki można o Cyrankiewiczu powiedzieć: człowiek paradoks.

- To był inteligentny i wybitny polityk, tylko że powojenne losy Polski spowodowały, że musiał pójść na kompromis z komunistami, jeśli chciał działać w polityce. Jako alternatywę miał do wyboru emigrację, albo emigrację wewnętrzną w Polsce, czyli nierobienie niczego. Wybrał fotel premiera, ale ta pozycja nie pokazała ani jego klasy politycznej, ani nie dała szansy na zrobienie czegoś więcej dla kraju. Dziś historia go osądza, uważa się go za polityka przegranego, dlatego że poszedł na zbyt duże kompromisy i związał się z komunistami. Ale myślę, że był najbarwniejszym politykiem PRL-u.

Józef Cyrankiewicz, członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, przewodniczący Rady Państwa - fotografia portretowa. 1945 - 1946 (fot. Władysław Miernicki / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Po 1989 roku różnie o nim pisano. Oskarżano go na przykład, że był rajfurem w obozie w Auschwitz, komunistycznym agentem.

- Ponieważ po 1989 roku można było napisać wszystko o każdym, to pojawiła się cała masa publikacji książkowych i gazetowych, które były oparte nie tyle na faktach, co na wyobraźni ich autorów. I tak Cyrankiewiczowi zarzucano, że był współpracownikiem gestapowców w Auschwitz, że był rajfurem, co nie było poparte dowodami. Pokazywało też przykry sposób myślenia ludzi, że komunista nie może być bohaterem, że musi być od początku do końca zły. Cyrankiewicz w obozie miał fantastyczną kartę, działał w podziemiu obozowym, ale ponieważ po wojnie został premierem komunistycznym, to ludzie uznali, że to niemożliwe, że już wtedy musiał być agentem i wysługiwał się hitlerowcom.

Z kolei przed 1989 rokiem robiono z niego wojennego bohatera, choć on był nieszczególnie temu przychylny. Owszem, wspominał Auschwitz, bywał na obchodach, ale sam nie robił z siebie przywódcy podziemia. Po 1989 roku wahadło historii bujnęło się w drugą stronę i wtedy został zdrajcą, rajfurem itd.

Ciekawi mnie, że Cyrankiewicz spisał swoje wspomnienia przedwojenne, obozowe, ale nie pozostawił po sobie powojennych pamiętników. Dlaczego?

- Podejrzewam, że nie chciał notować tego, co naprawdę myśli, bowiem w latach stalinizmu zrozumiał, że każdy taki dokument może zostać w pewnym momencie wykorzystany przeciwko niemu. Gdyby postanowiono wytoczyć proces Cyrankiewiczowi - co było przecież możliwe właśnie w pierwszym powojennym dziesięcioleciu - to z pewnością w sądzie użyto by tych wspomnień jako dowodu. Myślę tu oczywiście o wspomnieniach pokazujących prawdziwe powojenne dzieje polskich socjalistów. Cyrankiewicz mógłby rzecz jasna zanotować i opublikować zafałszowany obraz tych dziejów, ale może na to był zbyt uczciwy.

Zacznijmy od początku. O Cyrankiewiczu zaczyna się mówić, gdy jest jeszcze studentem. Przystojny, zdolny, zawsze w towarzystwie artystów.

- On był typowym wiecznym studentem, obracającym się wśród krakowskiej inteligencji. Do nauki nieszczególnie się przykładał, bardziej interesowała go sztuka, kobiety, życie towarzyskie. To był niesłychanie towarzyski człowiek, więc brylował wśród cyganerii krakowskiej. Po wojnie te elementy bardzo wyróżniały go na tle innych polityków komunistycznych, którzy byli raczej ascetyczni, ponurzy, skupieni na władzy, jak Gomułka.

Władysław Gomułka (fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Moment zwrotny w jego życiu, pierwszy z wielu, nastąpił w 1933 roku. Cyrankiewicz wstępuje do PPS. Działa też w Związku Pacyfistów, otwarcie walczy z bojówkami endeckimi i antysemityzmem.

- Przedwojenny PPS nie miał nic wspólnego z powojenną formacją, którą nazywam pseudo-PPS-em. Przed wojną PPS była partią bardzo popularną wśród robotników. Dla socjalistów równie ważna jak poprawa losu robotników była kwestia niepodległości, inaczej niż dla komunistów, dla których niepodległość nie miała żadnego znaczenia.

Cyrankiewicz bardzo dobrze odnalazł się w działalności partyjnej, awansował szybko, cieszył się ogromnym uznaniem jako zasłużony dla PPS działacz. Z taką przeszłością po wojnie mógł spokojnie odnaleźć się na emigracji i działać w kontrze do rządu komunistycznego. Zresztą przed wojną Cyrankiewicz nie miał w ogóle żadnych związków z komunistami.

Tymczasem wybucha wojna. Cyrankiewicz działa w podziemiu, organizuje udaną akcję ratowania kuriera z Warszawy, Jana Karskiego, który wpadł w ręce gestapowców. Kandyduje na zastępcę Delegata Rządu na Kraj, ale stanowiska nie otrzymuje. To są mało dziś znane fakty z jego biografii, które jednak mogły rzutować na jego przyszłe życie.

- Kandydowanie na zastępcę Delegata Rządu na Kraj to rzecz, która mogła mu zaszkodzić po wojnie, bo to była niesłychanie ważna funkcja w podziemnej Polsce. Przywódcy Polski Podziemnej byli przecież sądzeni w procesie szesnastu po wojnie w Moskwie. Gdyby Cyrankiewicz dostał to stanowisko, to po 1945 roku nie pełniłby funkcji premiera.

Wspomina pan w książce, że Cyrankiewicz był na tyle cenną postacią dla polskiego podziemia, że w Auschwitz robiono wszystko, by go chronić.

- Niemcy nie mogli się dowiedzieć, kim on jest, bo wówczas pewnie by zginął. Był chroniony, dostał bezpieczną funkcję szreibera w szpitalu, choć i tak kilka razy cudem uniknął śmierci. Szybko zaczął tworzyć własną organizację konspiracyjną. Wówczas też przyszedł rozkaz, że ma przejąć dowództwo nad całą konspiracją obozową. Dziwnym zbiegiem okoliczności to się nie udało, rozkaz nie został wykonany. Znów przypadek. W życiu każdego człowieka zdarzają się takie momenty zwrotne.

Dla mnie niezwykłym w biografii Cyrankiewicza punktem jest ten, kiedy po wybuchu wojny Lidia i Adam Ciołkoszowie, przedwojenni działacze socjalistyczni, uciekają za granicę i proponują Cyrankiewiczowi, żeby ten uciekł z nimi. Ale on akurat w tym momencie nie może opuścić kraju. To jest niesłychanie ważny moment, bo gdyby on jednak z nimi uciekł, to prawdopodobnie nie wróciłby już do Polski, zostałby działaczem emigracyjnym. A tymczasem został wysłany do Auschwitz i stawał się coraz bliższy komunistom.

Lidia (zdjęcie ok. 1990 roku) i Adam (ok. 1956 roku) Ciołkoszowie (fot. autor nieznany, Wikimedia Commons, public domain)

Ta zmiana orientacji politycznej jest tajemnicza i nie do końca wyjaśniona. Czy Cyrankiewicz zorientował się, że o polskich losach powojennych będzie decydował ZSRR? Bo tylko tak można wytłumaczyć, dlaczego zaczął budować konspirację z komunistami. Być może już wtedy uświadomił sobie, jak ten powojenny porządek będzie wyglądał i uznał, że współpraca z komunistami jest jedynym wyjściem, jeśli chce się coś robić w polityce.

Zastanawia mnie, czy on musiał wziąć fotel premiera? Czy nie było innego wyjścia? Przecież powinien zdawać sobie sprawę, że albo będzie miał krew na rękach, albo pozostanie pionkiem w rękach radzieckich komunistów.

- Nie musiał. To był jego świadomy wybór, za który ponosi polityczną odpowiedzialność. "Przyklepał" współpracę z komunistami, a przecież musiał wiedzieć, że nowe władze będą posługiwały się terrorem - komuniści nie kryli, że swoją rewolucję przeprowadzają krwawo.

Cyrankiewicz stał się listkiem figowym, który w zamyśle komunistów miał ukrywać, że ich władza będzie niepodzielna, w niczym nieprzypominająca demokratycznego kraju. Objął tekę premiera już po sfałszowanych wyborach. Stanął na czele rządu dokładnie w momencie, kiedy z kraju uciekł wicepremier Mikołajczyk, symbol legalnej, choć ostro tępionej opozycji. Cyrankiewicz, zostając premierem, zawarł pakt z diabłem.

Cyrankiewiczowi zarzuca się, że nie pomógł socjalistom, także więźniom obozu w Auschwitz, których procesy miały ułatwić powstanie PZPR. Do ofiar systemu, ale także sumienia Cyrankiewicza należą socjalistyczne sławy przedwojennej Polski, jak Kazimierz Pużak. Ale również słynny rotmistrz Pilecki, wybitny przywódca ruchu oporu w Auschwitz.

- Cyrankiewicza w pewnym momencie zaczęto łączyć z rotmistrzem Witoldem Pileckim (rotmistrz kawalerii Wojska Polskiego, współzałożyciel Tajnej Armii Polskiej i organizator ruchu oporu w KL Auschwitz, autor Raportów o Holocauście, tzw. Raportów Pileckiego - przyp. red.), który był w obozie w tym samym czasie, co Cyrankiewicz. Dlatego oskarżano Cyrankiewicza, że nie pomógł Pileckiemu, kiedy ten został skazany na karę śmierci, wykonaną w 1948 roku. Rzeczywiście mu nie pomógł, bo raz, że Pileckiego nigdy nie spotkał osobiście, a dwa, że w obozie Pilecki funkcjonował jako Tomasz Serafiński i nawet jeśli go kojarzył, to pod tym drugim nazwiskiem. Poza tym nic dla Pileckiego nie mógł zrobić, bo aparat sądowniczy był wówczas poza jego możliwościami.

Czy faktycznie nie mógł nic zrobić dla Pileckiego? A może nie chciał? Bał się?

- Być może nie chciał angażować się w sprawę człowieka, który - choć też był więźniem Auschwitz - nie był mu na tyle bliski, by dla jego ocalenia podejmować jakiekolwiek ryzyko.

Po lewej: rotmistrz Witold Pilecki przed 1939 rokiem (fot. autor nieznany / T.Bór Komorowski "Armia podziemna" Warsaw 1990 / Wikimedia Commons / public domain); po prawej: proces Pileckiego, 1948 rok (fot. autor nieznany / "Głos Ludu" March 1948 / Wikimedia Commons / public domain)

Jeśliby stawiać Cyrankiewiczowi poważne zarzuty, to związane z Kazimierzem Pużakiem (przewodniczący podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej, sądzony w 1945 roku w tzw. procesie szesnastu - przyp. red.), który już przed wojną był jednym z jego najwybitniejszych towarzyszy partyjnych. Pużaka sądzono, bo stał na drodze zjednoczenia PZPR. To obciąża sumienie Cyrankiewicza, ale akurat tego jakoś mu nigdy nie wypominano.

Nie angażował się też w pomoc dla tych PPS-owców, których wyrzucano z partii, szykanowano przed zjednoczeniem z PPR. A to były tysiące przedwojennych jeszcze działaczy.

W 1945 r. Cyrankiewicz, już po powrocie do Warszawy, powiedział: "Sprzedano nas w Jałcie, nikt nam nie pomoże, traktują nas egzotycznie jak Murzynów".

- On miał wyczucie, którego nie miało wielu polityków na emigracji, a do tego miał wpływ na władzę. Zdawał sobie sprawę, jaki był układ sił. Wiedział, że nie pomoże nam Wielka Brytania, która w wyniku II wojny światowej straciła pozycję imperium, dostrzegał też, że Stany Zjednoczone w ogóle nie zwracają na nas uwagi. I dlatego znaleźliśmy się w rękach Związku Radzieckiego.

Politycy emigracyjni mieli wówczas jeszcze nadzieję, że będzie trzecia wojna światowa, że coś da się zrobić. Tymczasem Stalin najpierw czynił uspokajające gesty, że potrzebuje w Polsce PPS-u, bo komuniści w Polsce nie cieszyli się szacunkiem, a PPS miał poparcie w społeczeństwie. A potem Stalinowi przestało na PPS-ie zależeć. W 1948 r. powstała PZPR, a Cyrankiewicz miał związane ręce, mógł tylko na to przystać.

Józef Cyrankiewicz i Józef Stalin, 1947 rok (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / domena publiczna)

Mógł zrezygnować? Odsunąć się od polityki? Zniknąć?

- Oczywiście. Przecież na to decydowało się mnóstwo Polaków. Uczestniczyli w powojennej obudowie Polski, ale nie wspierali politycznie komunistów. Nie wstępowali do PZPR, nie korzystali z żadnych przywilejów, jakie niosła przynależność do tej partii. Ale Cyrankiewicz najwyraźniej nie potrafił się pogodzić z rolą uczciwego człowieka, który stoi z boku, bo układy z komunistami to hańba. Cyrankiewicz chciał być na szczycie. To go splamiło, jak wszystkich sprawujących wówczas władzę. Bo niezależnie od tego, jak bardzo uczciwi starali się być niektórzy komuniści, to przecież sprawowali władzę z moskiewskiego nadania. Bez wsparcia Związku Radzieckiego nigdy by nie mogli kierować Polską, bo w społeczeństwie mieli poparcie marginalne.

Cyrankiewicz więc spełnił się jako polityk - przez wiele lat był premierem - ale jednocześnie zniszczył swój piękny przedwojenny wizerunek.

Został premierem, był nim ponad 20 lat. Krążyły o nim dowcipy, które podobno uwielbiał i kolekcjonował. Jak ten: "Co w Polsce jest stałe? Trudności gospodarcze i premier Cyrankiewicz". Albo: "Francuski dziennikarz powiedział Cyrankiewiczowi: Kiedy pan jest wciąż premierem, u nas już kilku się zmieniło. - Co pan myśli, że ja się nie zmieniam?".

- To był niezwykle charyzmatyczny człowiek, przywództwo miał we krwi, w przeciwieństwie do innych polityków PRL-owskich. Cyrankiewicz nigdy nie odgrywał roli pierwszego w Polsce, zawsze był numerem dwa i zadowalał się tą pozycją, co było bardzo sprytne. Pozycja drugiego była lepsza, bo jak pokazuje historia, dawała szansę na dłuższe sprawowanie władzy. Jak w dowcipie: "Cyrankiewicz dostał Order Gwiazdy Betlejemskiej. Za uporczywe trzymanie się żłobu". Do 1956 r. przywódcy w bloku państw komunistycznych odchodzili jedynie w wyniku śmierci. Dopiero Chruszczow odszedł na emeryturę, ale też w publiczną niepamięć.

Cyrankiewicz miał umiejętność wyczekiwania, aż w politycznym zamęcie wyklaruje się sytuacja i jedna z opcji zacznie wygrywać. Nie wyrażał swojego zdania podczas konfliktów, nie eksponował swojej roli. W 1956 r., dopiero gdy wykrystalizował się układ sił, przyłączył się do obozu popierającego powrót Gomułki do polityki i wówczas odegrał ważną rolę w przywróceniu go do władzy.

Stoją od lewej: Józef Cyrankiewicz, Piotr Jaroszewicz, Władysław Gomułka (fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W czerwcu 1956 r. wygłosił niesławne przemówienie. Powiedział wówczas, jak pan wylicza, o 42 słowa za dużo: "Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej ojczyzny".

- To najgorszy moment w karierze Cyrankiewicza, do dziś kojarzy się przede wszystkim z tym odrąbywaniem ręki. W czerwcu 1956 r. robotnicy wyszli na ulice. Żądali spotkania z I sekretarzem albo premierem. Poleciał do nich Cyrankiewicz i jako jedyny polityk takiej rangi wyszedł do tłumu demonstrujących, sam, bez obstawy. Za to go podziwiam, że wyszedł do ludzi, że potrafił to zrobić, mimo niewątpliwego strachu. Ale Cyrankiewicz umiał sobie ludzi zjednać, przemawiać do nich. To ważne, żeby pamiętać, że to był polityk z przygotowaniem wiecowym w kraju demokratycznym. Wtedy też potrafił nieraz spontanicznie stanąć na czele robotników przeciwko endeckim bojówkom. Już przed wojną świetnie odnajdywał się wśród ludzi, umiał nad nimi zapanować, poprowadzić ich. I to mu pomogło po wojnie.

W 1956 r. nie tylko nie stracił władzy, ale gdy po latach podczas jednego z wieców tłumaczył górnikom powody użycia tak mocnych słów, oni z uznaniem nazwali go morowym chłopem. Opowiadał o tym Stefan Kisielewski "Kisiel". A na początku lat 60. Cyrankiewicz cieszył się znowu wielkim powodzeniem. Popularny "Przekrój" publikował wieloodcinkową relację z jego podróży z Niną Andrycz do Azji.

Nina Andrycz napisała: "Poślubiłam bardzo pięknego, szczupłego mężczyznę, który na moich oczach roztył się, bo chlał, bo mężczyzna w ten sposób pomaga sobie na rozpacz".

- Dziś o Cyrankiewiczu myśli się jako o tłustym, brzydkim facecie, ale tuż po wojnie to był fizycznie inny człowiek, bardzo przystojny, szczupły. A ogolona głowa upodabniała go do słynnego wówczas hollywoodzkiego aktora Yula Brynnera. I jeśli dziś pomyślimy o jakimś bardzo przystojnym sławnym aktorze, to tak właśnie postrzegany był wówczas Cyrankiewicz. O takim standardzie urody i prezencji.

Józef Cyrankiewicz, 1948 rok (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / public domain)

Aktorka podkreślała, że wyszła za mąż za polityka z piękną, socjalistyczną kartą.

- Widziała w nim zasłużonego polityka PPS-u, który się sprzedał, bo nie miał wyboru. W rozmowie z Andrycz w 1995 r. próbowałem podjąć temat Cyrankiewicza, ale odmówiła. Miała z nim układ, że nie będzie wspominała ich wspólnego życia, kiedy był premierem. Jednak tuż przed śmiercią trochę zaczęła opowiadać o nim w różnych wywiadach. Pomyślałem wtedy, że może jeszcze mi się uda, ale niedługo potem zmarła. A to była, jak sobie poniewczasie uświadomiłem, ostatnia żyjąca Polka, która widziała na oczy Stalina i przywódców Związku Radzieckiego!

Historycy lubią wspominać Cyrankiewicza w kontekście Gomułki, pan też pisze o ich nierozerwalnym, choć toksycznym mariażu. Czy Cyrankiewicz był zakochany w towarzyszu Wiesławie?

- Na pewno miał do niego ambiwalentny stosunek. Szanował go jako polityka, ale już nie jako człowieka. Gomułka był wówczas najwybitniejszym politykiem w Polsce, nie było wtedy nikogo z taką charyzmą, wpływem na władzę i poparciem w kręgach partyjnych. Jednocześnie Cyrankiewicz widział jego wady, to, jak traktował ludzi. Dla Gomułki najważniejsi byli robotnicy, książek nie czytał, a teatr to były bajduły. W tych sprawach, w tzw. normalnym życiu, Cyrankiewicz go uzupełniał.

PRL lat 60. to był mały realizm. Do Polski z Zachodu trafiało trochę towarów, było nieco lżej i zawdzięczamy to m.in. ekipie Cyrankiewicza. Udało mu się na przykład przepchnąć pomysł produkcji aut w Polsce. Zdecydowano się również zakupić cytryny do Polski w zamian za statek. Ekonomicznie to był bardzo dobry interes, ale Gomułka nie mógł pojąć, że przejemy cytryny za statek, jego zdaniem - to była bzdura.

Auta i cytryny? Przyzna pan, że to jednak nie jest wielki sukces, jak na możliwości premiera? Mimo chwilowej odwilży w ' 56 roku w Polsce wciąż żyło się biednie i nikt się raczej nie wychylał przeciwko władzy.

- Nadzieje związane z gomułkowską odwilżą rozwiały się dość szybko. Polska w latach 60. stała się krajem autorytarnie rządzonym przez Gomułkę. Cyrankiewicz godził się z rolą polityka, który choć formalnie jest drugą osobą w państwie, to w gruncie rzeczy coraz mniej uczestniczy w sprawowaniu władzy. Przewodniczył posiedzeniom Rady Ministrów, jednak główne decyzje zapadały nie na spotkaniach rządu, a kierownictwa partii. A na posiedzeniach Biura Politycznego Cyrankiewicz ukradkiem czytał kryminały - dostawał z wydawnictw maszynopisy wyglądające jak urzędowe dokumenty.

Józef Cyrankiewicz podczas przemówienia w Berlinie, 1950 rok (fot. Bundesarchiv, Bild 183-S99148 / Quaschinsky, Hans-Günter / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0)

Przypomina mi się anegdota o tym, jak politycy chcieli namówić Gomułkę na import kawy, której zawsze brakowało w Polsce, a Gomułka odparł na to: wy znowu o tych inteligentach.

- Kawa ciągle się u Gomułki pojawiała, on miał na jej punkcie obsesję. W latach 60. byli w jego rządzie politycy, bliżsi Cyrankiewiczowi, którzy uważali, że polskiemu ludowi pracującemu coś trzeba dać, że ta kawa ma znaczenie. Tak samo jak samochody, które trzeba produkować, bo ludzie chcą do pracy jeździć nie tylko autobusami. A Gomułka uważał, że i tak jest lepiej niż było przed wojną, więc nie przesadzajmy z luksusami.

Siermiężny Gomułka, wyluzowany Cyrankiewicz.

- Ludzie cenili Gomułkę za skromność i ascetyzm, ale on też miał swoją słabość - lubił dobrej jakości garnitury. Szył je u najlepszego warszawskiego krawca, o nazwisku Zaremba. Nawet Rosjanie bardzo mu tych garniturów zazdrościli i też zamawiali je przy okazji wizyt w Polsce. To w ogóle jest ciekawe, bo zawsze gdy rozmawiałem o Cyrankiewiczu, to każdy z moich rozmówców opowiadał mi o nim w odniesieniu do Gomułki. Tych dwóch zawsze występowało jak awers i rewers, to był niesłychany duet lat 60., choć zawsze stawiany w opozycji do siebie.

Cyrankiewicz był królem życia w PRL-u. Plotkowano o jego miłości do samochodów. Nie tyle obnosił się z bogactwem, co z radością życia. Nie wstyd go było wysyłać za granicę, był niesłychanie reprezentacyjny, znał języki.

Opowiadano też o jego romansach.

- Plotkowano o jego miłosnych podbojach, bo rzeczywiście uwielbiał kobiety. Miał trzy żony, a kochanek całą masę. Co ciekawe, nawet po rozstaniu zachowywały o nim dobre zdanie. Taki styl życia też go odróżniał od komunistów. Ci czasami nie odczuwali potrzeby legalizowania swoich związków - jak Bierut ze swoją sekretarką Wandą Górską - ale jednak nie poszukiwali co chwilę nowych miłostek.

Wracając do mariażu Cyrankiewicza z Gomułką, pod koniec lat 60. ten układ zaczął szwankować.

- Coraz bardziej się od siebie oddalali w sensie politycznym, a od połowy lat 60. Cyrankiewicz już sobie odpuścił. Gospodarka nigdy specjalnie go nie interesowała, nie wiedział już, co się dzieje dookoła. Ale to był gwałtowny upadek, sam nie wiem, co się właściwie wtedy stało. Czy wpływ Gomułki na władzę był tak silny, że Cyrankiewicz miał związane ręce?

W dodatku Gomułka zaczął publicznie poniżać Cyrankiewicza, nazywać go "łysą pałą". A ten nie protestował! Czekał tylko na rozwój wypadków, pozostając premierem. Może uważał, że jest skazany na Gomułkę do końca? Nie wiem, na ile zdawał sobie sprawę, że odejście Gomułki wiąże się z jego politycznym końcem, bo przy kolejnym przywódcy nie utrzyma się przy władzy.

I wtedy przyszedł grudzień 1970 r.

- W grudniu Gomułka poważnie się rozchorował i nie był w stanie zareagować na protesty robotników na Wybrzeżu. I to go pogrążyło, nie mógł już utrzymać władzy. Pojawił się Edward Gierek i między nim a Cyrankiewiczem i Gomułką toczyła się polityczna gra. W końcu Gierek wygrał, Gomułkę odesłali w niebyt, a Cyrankiewicz zajął nieważne stanowisko przewodniczącego Rady Państwa, przechodząc tym samym na polityczną emeryturę. Pojawił się pomysł, żeby wysłać go na placówkę do Szwajcarii, ale uznano, że to niepoważne, żeby były premier otrzymał taką synekurę i Cyrankiewicz się wycofał. Na żaden awans nie mógł już liczyć, ale korzystał z życia.

Józef Cyrankiewicz, 1980 rok (fot. Grażyna Rutkowska / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Mieczysława Rakowskiego, szefa pisma "Polityka", późniejszego premiera, przestrzegał, żeby nie stał się nigdy jego karykaturą.

- To był bardzo ciekawy związek. W kolejnych pamiętnikach Rakowskiego widać, jak stają się sobie coraz bliżsi, jak coraz bardziej Rakowski przywiązuje się do Cyrankiewicza, jak dużo się od niego uczy. Ale też widzi, jak Cyrankiewicz się stacza, jaką ma potrzebę trzymania się władzy, jak nie potrafi powiedzieć sobie, że trzeba zejść ze sceny. Stają się przyjaciółmi.

To właśnie Rakowski wygłosił mowę pożegnalną na pogrzebie Cyrankiewicza. Cyrankiewicz zmarł na początku 1989 r., nie zobaczył zmian, jakie dokonały się w kraju. To symboliczne, że jego epoka zamknęła się tuż przed tym, gdy dla Polski otworzyła się nowa.

W książce ocenia pan, że Cyrankiewicz był konformistą. A może to nie tak, może stanowisko premiera, po bolesnych przeżyciach w Auschwitz, było dla niego najbezpieczniejszym miejscem na świecie?

- Bo najciemniej jest pod latarnią? W pewnym sensie tak było, bo gdyby on się do tej władzy nie przyłączył, a pozostał w kraju, to jego losy mogły być niepewne. Przecież WRN-owców i PPS-owców sądzono i Cyrankiewicz mógł się znaleźć w tej grupie. Owszem, zachowałby wówczas twarz, godność.

Profesor Friszke powiedział ważną dla mnie rzecz: wszystko zależy od tego, jak kogoś postrzegamy - czy oceniamy go jako człowieka, czy polityka. I jako człowiek Cyrankiewicz wybrał najlepszą, najbezpieczniejszą dla siebie ścieżkę życia. Zdecydował się na kompromis, ale miliony ludzi, miliony Polaków wybrały wówczas to samo. Bo czymże różni się człowiek, który wstępuje do partii, żeby dostać talon na samochód czy wczasy w Bułgarii, od Cyrankiewicza? Moralna strona takich wyborów jest taka sama, tylko odbywa się na innym poziomie. I nie ma sensu ich potępiać, bo pamiętajmy, że wówczas nikt nie myślał, że ten ustrój może się skończyć, że nasza rzeczywistość może się zmienić, nikt sobie nie wyobrażał, że Związek Radziecki upadnie. Wszyscy myśleli, że umrą w kraju komunistycznym, więc trzeba iść na kompromisy.

Cyrankiewicz był przede wszystkim realistą, nie miał poczucia mesjanizmu, że Polska zbawi cały świat, a na pewno nie przeceniał roli własnej i swojego kraju. I może dlatego udało mu się pożyć.

Choć z pana książki wynika, że Cyrankiewicz to postać wielowymiarowa, z bolesną wojenną przeszłością, to jednak nie da się zaprzeczyć, że przez ponad 20 lat był premierem komunistycznego rządu, a to nie było chlubne zajęcie. Czy trochę go pan nie wybiela?

- Reporter, pisząc czyjąś biografię, zawsze może być podejrzewany o "wybielanie". Bo musi jak najlepiej zrozumieć opisywaną postać, przedstawić czytelnikom jej sposób myślenia, życia. Ale zrozumieć nie znaczy zaakceptować albo usprawiedliwiać. Dlatego opisując nawet najgorsze postaci z polskiej historii, trzeba pokazywać ich motywacje. Od potępiania są czytelnicy. Autor jest zarazem adwokatem i prokuratorem, dostarcza dowody zbrodni i szuka okoliczności łagodzących. Ale sędziami zawsze powinni być czytelnicy.

Książka "Cyrankiewicz. Wieczny premier" jest dostępna w Publio.pl>>

"Cyrankiewicz. Wieczny premier", Piotr Lipiński (fot. materiały prasowe / Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta)

Piotr Lipiński . Reporter podejmujący tematy polskiej historii najnowszej, przez niemal dwadzieścia lat związany z "Gazetą Wyborczą". Autor takich książek, jak "Anoda. Kamień na szańcu", "Raport Rzepeckiego", "Absurdy PRL-u" oraz cyklu: "Bolesław Niejasny", "Ofiary Niejasnego" i "Towarzysze Niejasnego", opisującego ofiary i katów epoki polskiego stalinizmu. Kilkakrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagrody Grand Press. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument "Co się stało z polskim Billem Gatesem", który stał się punktem wyjścia książki "Geniusz i świnie", opowiadającej o konstruktorze słynnego polskiego komputera K-202. W 2016 roku ukazało się wznowienie jego książki o procesie Adama Humera "Bicia nie trzeba było ich uczyć". Prowadzi bloga www.piotrlipinski.pl .

Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak "Zwierciadło", "Sens", "Tygodnik Powszechny". Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak "Pracownie" i "Wiersze w Metrze", feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.

(fot. Publio.pl)