Biografie
(fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)
(fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Grace Coddington na dzień dobry wyskubała pęsetą brwi, po czym stwierdziła, że i tak nic z niej nie będzie - na wybieg za niska, do zdjęć za gruba. Marisie Berenson, uznanej wkrótce za najpiękniejszą dziewczynę świata, zarzuciła brak urody. Veruschce kazała przefarbować włosy, ale nie chciała dawać zleceń. Wystraszyła Twiggy. Nigdy nie przyjęłaby do pracy Kate Moss.

A jednak była najpotężniejszą agentką modelek w historii. Wraz z mężem stworzyła nie tylko własne imperium, ale też system, który działa do dziś. Od śmierci Eileen Ford mija właśnie 10 lat.

Start z widokiem na ocean

Jedno jest pewne, fajnie jest mieć dziadka żeglarza. Taki dziadek potrafi nie tylko przepłynąć ocean, ale także sklejać modele statków - z całym olinowaniem! Dla siebie, bo dla wnuczki - domek dla lalek, z działającym oświetleniem z małych lampeczek. A gdy nikt nie patrzy, pozwolić jej na łyk piwa i "macha" cygara.

Nie najgorzej jest mieć ojca z żyłką do interesów, który z trójki dzieci najpoważniej traktuje córkę. Nie tylko powtarza od zawsze, że "niezwykle miło jest mieć małą i mądrą córeczkę", ale też ją właśnie zabiera na mecze futbolu amerykańskiego i, co istotne, wysyła na studia. Wcześniej w urzędzie zmienia rodzinie nazwisko z Ottensoser na Otte. Jest 1938 rok i lepiej, żeby nikt nie doszukiwał się żydowskiego pochodzenia.

Przyjemnie też jest, niewątpliwie, spędzić dzieciństwo na przedmieściu Nowego Jorku, w Great Neck - tej miłej okolicy, którą F. Scott Fitzgerald wybrał na scenerię "Wielkiego Gatsby".

To wszystko przydarzyło się Eileen Ford, gdy startowała w życie. Przyszła na świat w 1922 roku, jej matka miała korzenie fińsko-irlandzkie, a ojciec - niemiecko-żydowskie. Pierwsze kroki w świecie mody postawiła już na studiach, pozując do kilku sesji młodzieżowych ubrań. Bez wielkich sukcesów. Te odnosiła raczej w miłości. Zaczęła się akurat wojna, nie było na co czekać. Spotykała się z jedenastoma oficerami marynarki wojennej, aż trafiła na właściwego. Ślub z Jerrym Fordem wzięła po dwóch miesiącach znajomości. Po czym on pojechał na wojnę, a ona zaczęła rozglądać się po Nowym Jorku.

Zróbmy to bez nich

Zatrudniła się w wydawnictwie przygotowującym katalogi dla sklepów - jednym, potem konkurencyjnym. Dzięki temu poznała modelkę Natálie Nickerson - gwiazdę tamtych czasów. Sesje w "Harper's Bazaar", okładki "Vogue'a", Richard Avedon, rekordowe stawki - 40 dolarów za godzinę. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce Nickerson ciągle musi kłócić się o pieniądze. O terminy, o czesanie, o wszystko. Podczas tych awantur zauważa, że mężczyźni zarządzający agencjami słabo znają nawet jej nazwisko. Mają gdzieś pracujące dla nich dziewczyny. - W tym systemie w żaden sposób nie można planować kariery, nikt ci nie organizuje szkoleń, nie ma opieki zdrowotnej, nie ma fryzjera, nie ma charakteryzatorki, nic nie ma! - skarży się Eileen. Wspólnie decydują: zróbmy to więc bez nich.

I robią. Natálie jest nadal modelką, Eileen jej asystentką i bookerką. Po pół roku dołącza osiem kolejnych modelek. Pieniądze (póki co) Natálie i Eileen dzielą po równo.

Eileen jako mała dziewczynka i w 1939 r., jako uczennica high school (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Tymczasem, jest już wiosna 1947 roku, mija rok, odkąd Jerry wrócił z wojny. Ciągle nie ma pracy, mieszkają kątem u rodziców Eileen. Spodziewają się dziecka. Eileen jest już w szpitalu, gdy dzwoni jedna z modelek. Wściekła, bo Irving Penn nie dotrzymał umowy, potraktował ją niedobrze. Jerry odbiera telefon i okazuje się, że to jest właśnie to, co chciałby robić najbardziej - pertraktować między modelkami a resztą świata.

Modelka międzynarodowa

Jest takie zdjęcie, zupełnie zjawiskowe. Stół, papiery w raczej kontrolowanym nieładzie, cztery telefony z ebonitu. Ona, w ciemnej sukience do kolan, siedzi na krześle, bosą stopę (staranny pedicure) opiera o nogę stołu, z przejęciem rozmawia przez telefon. On, przystojny jak przystało na oficera marynarki, w spodniach i pogniecionej białej koszuli - stoi pochylony i też coś mówi do słuchawki. Na trzeciej słuchawce - ktoś czeka, aż odbiorą - oboje spletli dłonie.

Tak to się właśnie zaczynało. W biurze przy Drugiej Alei, do którego wchodziło się, mijając dom pogrzebowy i trafikę. Wśród mebli zebranych przypadkiem. Za pieniądze pożyczone od przyjaciół.

Pożyczyli pieniądze, żeby móc płacić modelkom. Podpisując umowę z agencją Ford, miały gwarancję, że 80 proc. stawki dostaną zaraz po pracy. Resztę, gdy zapłaci klient. Co więcej - Jerry wymusił na klientach ustępstwa, o które wcześniej nikt nawet nie pytał: opłaty za anulowanie sesji, za przymiarki, za nadgodziny. Dbał o prestiż: nie godził się na sesje w bieliźnie, na to, by dziewczyny z ich agencji pojawiały się w czasopismach kryminalnych i na okładkach książek erotycznych, a nawet, żeby reklamowały dezodoranty.

Eileen i Jerr Ford (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Już na przełomie lat 40. i 50. reprezentują największe gwiazdy epoki: Dovimę, Barbarę Mullen, siostry Dorian Leigh i Suzy Parker, Jean Patchett.

W latach 60. nie udaje im się z popularną już w Anglii Twiggy, ale lansują w Stanach Jean Shrimpton - to ona, dzięki okładkowej sesji Richarda Avedona dla "Harper's Baazar", stanie się tutaj symbolem mody na młodość. W Stanach przyszła ona kilka lat później po "swingującym Londynie". W latach 70. będą pracować z Jerry Hall, Lauren Hutton czy Anjelicą Huston. Dekadę później z Kristen McMenamy i Elle Macpherson, a w złotych latach 90. z Christy Turlington i (z kłopotami) Naomi Campbell.

Skoro fiński dziadek Eileen mógł w 1900 roku przepłynąć Atlantyk, to dlaczego ona w drugiej połowie wieku nie miałaby do Europy wrócić? Latają więc z Jerrym do Paryża i Londynu, gdzie podpisują umowy z agencjami - robiąc zamieszanie również na miejscowych rynkach, które nie przewidywały transatlantyckich kontraktów. Już w latach 50. współpraca z agencją Dorian Leigh w Paryżu i Leslie Kark w Londynie owocuje pojawieniem się nowego zawodu: modelki międzynarodowej.

Mick Jagger? Niech poczeka

- To było sześć najnudniejszych miesięcy w moim życiu - powie jedna z nich, Jerry Hall, o czasie, który spędziła w domu Fordów. Poznała ich w 1974 roku, miała raptem 18 lat, ale sporo doświadczeń i własne mieszkanie w Siódmej Dzielnicy w Paryżu. No, ale jednak Nowy Jork kusił. Pojechała więc i zamieszkała u nich w domu przy Siedemdziesiątej Ósmej ulicy. Fordowie mieli taki zwyczaj, że gościli modelki u siebie.

Modelki agencji Ford w Moskwie. Rok 1987 (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Z wszelkimi konsekwencjami. A więc o 19.30 wspólna kolacja. Przy każdym talerzu komplet srebrnych sztućców i zgadywanie, do czego służą. A niektóre służyły na przykład do wyciągania mięsa ze szczypców homara. Lniane serwetki - na kolana. I żadnego gapienia się w telewizor albo siedzenia z nadętą miną, tylko konwersacja, nawet nie pogawędka.

Mnóstwo uwag.

- Nałożyłaś sobie cztery fasolki? Po co tyle? Jedną odłóż!

- Jak dla ciebie to zdecydowanie za dużo groszku. Zjedz jedną trzecią - i bach, Eileen zgarnia trochę z talerza.

Wpada w szał, kiedy w koszu na śmieci znajduje opakowanie po cukierkach.

Kiedy przychodzi Mick Jagger, by zabrać Hall do miasta, Eileen każe mu czekać na dole i dzwoni do matki Jerry. Uzgadniają, że może wyjść, ale musi wrócić przed północą.

Polska modelka Basia Milewicz mieszkała u Fordów przez rok w latach 90. - Eileen dobiegała wtedy siedemdziesiątki. - Była dla mnie matką, babcią, opiekunką. Chodziłyśmy razem do teatru - śmieję się, że ja jako jej podpora, ona jako moja przyzwoitka. Poznawała mnie z ludźmi ze świata sztuki. I dbała o prozaiczne potrzeby. Gdy miałam uczulenie, przynosiła antyalergiczny krem. Kiedy wspominała, że powinnam przeczytać jakąś książkę, dwa dni później znajdowałam ją pod drzwiami. Pamiętała, gdzie pracuje mój tata, pytała o rodziców - opowiadała Milewicz, gdy kilka lat temu robiłam z nią wywiad dla "Elle". Wyprowadziła się, ale utrzymywały kontakt.

Eileen uczy, jak być piękną (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Eileen Ford matkowała modelkom. Trochę dlatego, by uchronić je przed niebezpieczeństwami, ale trochę też dlatego, że była okropnie apodyktyczna.

W świecie mody nie ma miejsca na otyłość

Pierwsza czarnoskóra modelka z okładki "Vogue" Beverly Johnson mówi: - To od Eileen uczyłam się prowadzić biznes. Nie chodzi o kwestie finansowe, tylko o zasady, dzięki którym odnosi się sukces: trzeba sobie wyznaczać jasne cele, nie dać się zepchnąć do kąta, z niczym nie przesadzać i nigdy nie palić za sobą mostów.

Eileen z powodzeniem oduczyła się palić papierosy. Miała 43 lata, gdy usłyszała, że papierosy są rakotwórcze, i choć paliła co najmniej paczkę dziennie, po prostu przestała. - To było straszne. Miałam wszystkie symptomy odstawienia. Ale jeśli chce się czegoś dokonać, nie można o tym w kółko gadać. Trzeba to po prostu zrobić - mówiła.

Jednak mosty, wbrew teorii, ciągle paliła. Z Natálie Nickerson rozstała się w awanturze. Nickerson miała żal o rozrzutny tryb życia Fordów i niesprawiedliwe rozliczenia. Jak pokazują dokumenty - uzasadniony. Skończyło się u prawników, były jakieś ustępstwa i przelewy, ale w rezultacie Natálie zniknęła z historii firmy. W artykule w "New York Timesie" opublikowanym po śmierci Eileen nie ma słowa o Nickerson. Kiedyś już z jej życia zniknęło żydowskie pochodzenie i swawolne kilkumiesięczne małżeństwo.

Modelki agencji Eileen Ford - Janice Dickinson i Maaret Halinen (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Z Dorian Leigh pokłóciła się o pieniądze.

Kiedy w latach 70. na nowojorski rynek wdarł się John Casablancas ze swoją Elite Models, współpracownikom, którzy do niego odeszli, wysyłała egzemplarze Biblii z zakreślonymi fragmentami o Judaszu.

Nie chciała wybaczyć rynkowi, że się zmienia, a co dopiero ludziom.

Bywała niemiła.

Modelka Barbara Mullen, może nie całkiem obiektywna, bo miała romans z Jerrym, opowiadała o tym, jak traktowała męża: - Ciągle na niego warczała, jakby był jej służącym albo czymś w tym rodzaju.

Fordowie (para po lewej) w klubie (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Kiedy w poniekąd rodzimej Finlandii dostała zdjęcia 20 najładniejszych dziewczyn wybranych przez redaktorki magazynów o modzie, orzekła: "Żadna się nie nadaje". Wybrała jedną - spośród wszystkich 700, które zgłosiły się na konkurs. Hellevi Keko odniosła sukces w Nowym Jorku.

Stroiła fochy w restauracjach, potrafiła zatrudnioną właśnie bookerkę zabrać na lunch w wytworne miejsce po to tylko, by posadzić ją w kącie i kazać pilnować płaszcza. - Może to i świetna restauracja, ale nie ufam tej szatniarce - tłumaczyła.

Dziennikarka Gwen Kinkead analizując "model wars", które działy się w Nowym Jorku, gdy przyjechał tam Casablancas, napisała: Sukces Fordów zupełnie przemodelował ten rynek. W latach 20. była to amatorska rozrywka dla podlotków z dobrych domów, które często nawet nie miały co marzyć o honorariach za swoją pracę. Dziś jest to bardzo dochodowa i bardzo profesjonalna gałąź gospodarki, zarządzana przez rzutkich agentów.

To duża zasługa. Zarazem jednak to właśnie Eileen w dużej mierze odpowiada za dyktat chudości. Wcale nie żartowała z tą fasolką przy stole. Kazała chudnąć modelkom i zalecała to swoim czytelniczkom, a pisywała szalenie popularne poradniki. Już w 1968 roku napisała w "Eileen Ford's Book of Model Beauty", że przeciętna kandydatka na modelkę waży mniej więcej osiem kilo więcej, niż powinna. Kiedy kilka lat później w telewizyjnym show pisarz Gwen Davis porównał jej pracę do stręczycielstwa, odparowała: - Nigdy nie martwię się o grubych ludzi, którzy się martwią o ludzi szczupłych, bo to szczupli grzebią grubych.

Choć z powodów rynkowych pod koniec lat 70. stworzyła działy modelek pięćdziesiąt plus i plus size, z grubymi nigdy się nie pogodziła. - W świecie mody nie ma miejsca na otyłość - powtarzała.

Eileen Ford z mężem. 1980 r. (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

Zabraniała modelkom pić wino (bo tuczy), ale sama z trunku nie rezygnowała. Na początku lat 80. odkupiła od restauracji, którą zamykano, całą piwniczkę win. Od 16 popijała nierozcieńczony aquavit. Dopiero znaczące spojrzenie Jerry'ego na kolejną szklankę przywracało ją do, nomen omen, pionu.

Przeciwieństwem pracy jest śmierć

Jerry zmarł dwa lata przed nią. Potem już zawsze kładła się spać z jego zdjęciem na sąsiedniej poduszce. Basia Milewicz, która znała ich jeszcze razem, zapytała Eileen o tajemnicę tego długiego związku. - Trzeba cały czas pracować, nie odpuszczać ani na chwilę - odparła.

Spędzili razem 60 lat, prawdopodobnie raz tylko stojąc na progu rozwodu - po romansie Jerry'ego z Barbarą Mullen. Wychowali czworo dzieci ("Chętnie zdradzę sekret, jak pogodzić wychowywanie dzieci z prowadzeniem własnej firmy. Trzeba im zatrudnić dobrą opiekunkę" - mawiała Eileen, która podobno zanim znalazła właściwą, przetestowała czterdzieści niań), a na emeryturze w wiejskim domu z zapałem zabawiali wnuki. Ona chodziła na targ po smaczne warzywa (gotowała kucharka), on kosił trawę i majsterkował. Ona ani na chwilę nie przestała dbać o urodę. Testowała botoksy i rozmaite inne zabiegi odmładzające. - Patrzę na siebie w lustrze i jedyne, co widzę, to stara raszpla. Wiem, że nie chcę jej oglądać - mówiła. Zdziwionej koleżance tłumaczyła: - Co mi pozostaje? Czy kiedy sufit wali ci się na głowę, nie wołasz tynkarza?

Agencję przez jakiś czas prowadziła ich córka Katie. Kiedy w 2007 roku sprzedała ją, założyła fundację Freedom of All, zajmującą się współczesnym niewolnictwem, zwłaszcza handlem kobietami.

Zobacz wideo Rubik wspomina najgorszy i najpiękniejszy moment w karierze. Mówi o samotności w modelingu

Publicystycznie to smaczek, nawet Michelle Obama uznała, że to trochę ironiczne. Katie jednak wybrnęła: - Uważam, że kontynuuję dzieło mojej mamy. Freedom of All zajmuje się ochroną kobiet przed molestowaniem i dostarczaniem im środków, żeby mogły decydować o własnym życiu. Dokładnie o to samo walczyli moja matka i ojciec w świecie modelingu.

Można dyskutować o tym, czym jest współczesny świat mody. Bez wątpienia jednak dziewczyny nie pracują za darmo.

Eileen Ford, która lubiła powtarzać, że przeciwieństwem pracy jest śmierć, zmarła 9 lipca 2014 roku. Miesiąc później magazyn "Forbes" wyliczył, że 21 najlepiej zarabiających modelek zgarnia rocznie 142 miliony dolarów. Zakładając, że nie pracują w weekendy, dziennie na jedną przypada 26 tysięcy. Być może nie byłoby tak, gdyby siedemdziesiąt parę lat temu nie upomniała się o ich stawki agencja Ford Models.

Eileen Ford i okładka książki o niej (fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy)

* Korzystałam m.in. z książki: Robert Lacey "Agencja modelek Eileen Ford", tłum. Pola Sobaś-Mikołajczyk, wyd. Marginesy

Książka "Agencja modelek Eileen Ford" jest dostępna w Publio.pl >>>

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Przez wiele lat sekretarz redakcji w "Elle" i "Viva! Moda", współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" (wyd. Czarne), pracuje nad książką o luksusie w PRL.

(fot. Publio.pl)