Biografie

- Dzień dobry. Nazywam się Sadiq Khan i jestem nowym merem Londynu - rozbrzmiało w słoneczne sobotnie popołudnie w londyńskiej katedrze w Southwark. Niewysoki mężczyzna, który wypowiedział te słowa - doświadczony prawnik i polityk Partii Pracy, syn pakistańskich imigrantów - w ciągu roku przeszedł długą drogę od byłego ministra transportu do burmistrza jednego z najważniejszych miast Europy.

Zaledwie kilkanaście godzin wcześniej Khan - dotychczas kojarzony przez znawców brytyjskiej polityki jako były minister transportu w rządzie Gordona Browna - został ogłoszony zwycięzcą wyborów na mera brytyjskiej stolicy. Z ponad 1,3 miliona głosów nie tylko komfortowo pokonał swojego głównego rywala, kandydata Partii Konserwatywnej Zaca Goldsmitha (57 do 43 proc.), ale zdobył też najwyższy personalny mandat w historii Wielkiej Brytanii.

W czasach, kiedy kraj w obliczu czerwcowego referendum w sprawie członkostwa w Wielkiej Brytanii trawi toksyczna i emocjonalna dyskusja o skutkach imigracji, mieszkańcy Londynu wybrali na najważniejsze stanowisko polityka, który wywodzi się z mniejszości etnicznej i religijnej, potwierdzając pozycję metropolii jako jednego z najbardziej liberalnych miast Europy.

Sadiq Khan rozmawia z przechodniem. Właśnie został zaprzysiężony na mera Londynu (fot. REUTERS / Peter Nicholls)

Jak pisała w swoim powyborczym komentarzu publicystka dziennika "Financial Times" Gillian Tett, wybór Khana sprawia, że jestem dumna ze swoich londyńskich korzeni - nie dlatego, że jest muzułmaninem, ale dlatego, że większość wyborców nie obchodziło to, czy nim jest.

Jak do tego doszło?

"Nie dla czarnych, Irlandczyków i psów"

- Wychowałem się na osiedlu komunalnym, ledwie kilka mil stąd. Nie mogłem wówczas nawet marzyć o tym, że kiedykolwiek stanę przed wami jako mer Londynu - powiedział podczas ceremonii w katedrze Khan.

Jego historia to opowieść o wyjątkowej drodze: z czteropokojowego domu socjalnego zamieszkiwanego z siódemką rodzeństwa do miejskiego City Hall, władzy nad 8 milionami mieszkańców brytyjskiej stolicy i zarządzania 16-miliardowym budżetem jednej z najważniejszych stolic zachodniego świata.

Sadiq Aman Khan urodził się w 1970 roku jako piąty z ósemki dzieci. Jego dziadkowie w 1947 roku przenieśli się z Indii do Pakistanu, a rodzice - tuż przed jego narodzinami - postanowili wykorzystać paszporty Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i poszukać szczęścia w Wielkiej Brytanii.

Sadiq Khan urodził się w Londynie. Jego rodzicie przeprowadzili się tu niedługo przed jego przyjęciem na świat (fot. pixabay.com)

Skromne wychowanie odegrało istotną rolę w kształtowaniu charakteru przyszłego mera Londynu. Jego ojciec przez ponad dwadzieścia lat był kierowcą ikonicznego czerwonego autobusu linii 44; matka - szwaczką.

Sadiq nie miał łatwego startu w brytyjskiej stolicy: trafił do lokalnej szkoły okręgowej, która słynęła z problemów z trudną młodzieżą. Jak wspominał po latach, niejednokrotnie musiał się bić, aby bronić swojego dobrego imienia przed obrażającymi go dzieciakami z białych, robotniczych rodzin, a w dzielnicy pojawiały się napisy Nie dla czarnych, Irlandczyków i psów.

- Rodzice widzieli, że dzieciaki na naszym osiedlu musiały zmagać się z obelgami, bić się o swoje prawa i szacunek ulicy. Dziś żadne z ich wnuków nie ma tego problemu. Ta otwartość sprawia, że Londyn jest najwspanialszym miastem na świecie - mówił po latach.

On sam nie miał jeszcze tego komfortu: jak wspomina, ze względu na komentarze o tym, że jest "Pakim" (pakistańskiego pochodzenia) i rasistowskie komentarze dotyczące jego koloru skóry musiał zrezygnować z kibicowania lokalnym drużynom piłkarskim, Chelsea FC i Wimbledon FC. Wybrał Liverpool, który podziwiał w telewizji.

Zęby Żelaznej Damy

Poza granice Wielkiej Brytanii wyjechał po raz pierwszy, mając dopiero 23 lata, a do 24. roku życia spał na piętrowym łóżku, dzieląc pokój z jednym z braci. Lwią część pieniędzy, które zarabiali członkowie rodziny Khanów, wysyłali do krewnych w Pakistanie - podobnie jak dziś czyni wielu Polaków przebywających w Londynie na emigracji zarobkowej. Sadiq też się dokładał. Rano rozwoził gazety, po szkole pomagał na budowie.

Słynne londyńskie autobusy. Ojciec Sadiqa był kierowcą jednego z nich. Jeździł linią 44 (fot. oyxman / wikimedia.org / CC BY 2.5)

Rodzice chcieli, żeby został dentystą. Szykował się do matury z biologii i matematyki, licząc na spokojną karierę z perspektywą na otwarcie w przyszłości własnego gabinetu i zabezpieczenie przyszłości rodziny.

W wieku 15 lat dołączył do lewicowej Partii Pracy. W czasach, kiedy krajem rządziła radykalnie neoliberalna Żelazna Dama Margaret Thatcher, młody Khan zaczął odkrywać inny pomysł na swoją karierę. Zainspirowany popularnymi wówczas amerykańskimi serialami i dobrym słowem Naza Bokhariego, pierwszego muzułmańskiego dyrektora brytyjskiej szkoły średniej, pomyślał o karierze w zawodzie prawnika. Wkrótce rozpoczął studia prawnicze na University of North London (dzisiaj London Metropolitan).

Po zakończonych studiach z zakresu praw człowieka w 1994 roku młody Khan dołączył jako stażysta do uznanej kancelarii prawnej Christian Fisher, jednocześnie po raz pierwszy wygrywając lokalne wybory i stając się radnym londyńskiej dzielnicy Wandsworth. Dopiero jako radny po raz pierwszy wynajął pokój tylko dla siebie i wyprowadził się z rodzinnego domu.

"Każdy ma prawo do obrony"

Jako prawnik Khan wielokrotnie bronił postaci budzących kontrowersje i posądzanych m.in. o wspieranie działalności terrorystycznej, wśród nich przyjaciela z dzieciństwa Babara Ahmada, który spędził - bez procesu - ponad jedenaście lat w brytyjskich aresztach, walcząc z próbą ekstradycji do Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie Ahmad został skazany za konspirację i podżeganie do aktów terroru, ale sędzia przyznała, że nie ma żadnych dowodów na to, jakoby realnie planował działalność terrorystyczną - a Khan wyegzekwował od brytyjskiej policji odszkodowanie za liczne nadużycia, przypadki przemocy i znęcania się nad nim w toku śledztwa.

Babar Ahmad (fot. facebook.com/FreeBabarAhmad)

Był wyjątkowo skuteczny: jako osiągający sukcesy prawnik wielokrotnie pokonywał w sądzie londyńską policję, wygrywając sprawy o nadużycie siły, nieuzasadnione zatrzymania i dyskryminację rasową. Kiedy w 2004 roku zaczął ubiegać się o nominację na kandydata w wyborach parlamentarnych, odszedł z zawodu już jako partner we własnej kancelarii.

Ten okres jego kariery zawodowej stał się główną przyczyną personalnych ataków w kampanii przed wyborami na mera Londynu. Sprzyjająca konserwatystom prasa co kilka dni publikowała kolejne doniesienia i archiwalne zapiski dotyczące jego wystąpień na konferencjach i debatach z udziałem osób o niejasnej reputacji, słynących z kontrowersyjnych wypowiedzi lub skazywanych za ekstremalne poglądy. Kilka dni przed samymi wyborami londyńska popołudniówka "Evening Standard" pisała oburzona o jego udziale w dyskusjach, gdzie kobiety musiały korzystać z osobnego wejścia niż mężczyźni.

Khan bronił się i przyznawał, że poglądy wielu osób, które reprezentował, budziły głębokie poczucie dyskomfortu , dodając jednak, że każdy ma prawo do obrony . - Taka była moja praca - podkreślał, wskazując na trzy lata, które spędził na czele grupy obrońców praw człowieka "Liberty". Sprawy dotyczące zarzutów o terroryzm stanowiły zaledwie ułamek wszystkich, którymi się zajmował.

Zac Goldsmith, główny rywal Khana w wyborach i kandydat rządzącej Partii Konserwatywnej, uczynił jednak z podsycania tych kontrowersji kluczowy element swojej kampanii, rysując proste połączenie pomiędzy muzułmańską wiarą Khana a religią osób, które bronił przed najcięższymi oskarżeniami. Wraz z brytyjskim premierem Davidem Cameronem wielokrotnie podkreślali błędy w ocenach co do tego, z kim i kiedy Khan pojawiał się publicznie lub kogo reprezentował.

Sadiq Khan patrzy na swoich konkurentów w wyborach. Od lewej: Zac Goldsmith i Lee Harris ( fot. REUTERS / Toby Melville)

Politycy Partii Pracy i wielu dziennikarzy komentowali, że taka argumentacja jest elementem zjawiska, które w języku angielskim określa się mianem dog-whistle politics - zakodowanego języka niedopowiedzianych komunikatów, które mają wywołać odpowiednią reakcję wśród elektoratu - mimo że niewiele jest powiedziane wprost. W tym przypadku Goldsmith i Cameron sugerowali w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, że wybór muzułmanina może zagrozić bezpieczeństwu Londynu.

Kulminacją tych zarzutów była publikacja w tabloidzie "Daily Mail", na zaledwie kilka dni przed głosowaniem, komentarza Goldsmitha, który nazwał polityków Partii Pracy przyjaciółmi terrorystów , zilustrowanego zdjęciem autobusu, który został wysadzony w powietrze na ulicach Londynu w ramach serii zamachów terrorystycznych z 7 lipca 2005 roku.

Tekst wzbudził powszechne oburzenie, także wśród części posłów Partii Konserwatywnej, którzy ocenili, że granica dobrego smaku została przekroczona. Pułapka tego ataku na Khana polegała na tym, że w 2005 roku był on jednym z najostrzej wypowiadających się po zamachach brytyjskich muzułmanów i podkreślał, że atak na wartości Zachodu traktuje osobiście.

Choć do zamachów doszło zaledwie dwa miesiące po jego debiucie w parlamencie, Khan zdecydował się zabrać głos i oddać hołd wszystkim dotkniętym przez ataki terrorystyczne. Nie wchodziłem do parlamentu z myślą, że będę muzułmańskim posłem. Nigdy nie przedstawiałem siebie jako rzecznika lub lidera społeczności - podobnie jak zwykli obywatele, posłowie też mają złożone tożsamości - wspominał po latach, podkreślając, że media i inni politycy oczekiwali od niego, jako jednego z zaledwie czterech muzułmańskich posłów w Izbie Gmin, reakcji na zamachy. Jego przemówienie zapewniło mu miejsce na liście najbardziej obiecujących polityków; prawicowy "Spectator" przyznał mu nawet nagrodę debiutanta roku za praktyczność i jasność, z jaką mówił o bardzo skomplikowanych sprawach islamskiego terroru.

Sadiq Khan i rabin Henry Grunwald (REUTERS/Peter Nicholls)

Kiedy w ubiegłym roku doszło do zamachów w Paryżu, Khan ponownie zabrał głos. Ostrzegając przed rosnącą radykalizacją wewnątrz muzułmańskich społeczności w Wielkiej Brytanii, krytykował kolejne brytyjskie rządy, że zbyt długo tolerowały segregację społeczeństwa, pozwalając na powstawanie muzułmańskich enklaw i rozwój ekstremizmu. Chroniliśmy prawo ludzi do prowadzenia swojego życia kosztem interesu wspólnoty. Zbyt wielu brytyjskich muzułmanów dorastało bez poznania ludzi z innych środowisk, bez zrozumienia lub empatii dla sposobu życia i przekonań innych - grzmiał w wystąpieniu dla brytyjskiej prasy.

Przeprosiny od Camerona

Khan nigdy nie ukrywał swojego wyznania. - Wszyscy mamy wiele tożsamości: jestem londyńczykiem, Brytyjczykiem oraz Anglikiem o azjatyckich korzeniach, z pakistańskim dziedzictwem; jestem też ojcem, mężem, cierpiącym fanem Liverpoolu, sympatykiem Partii Pracy. Jestem też muzułmaninem. Żadne z tych określeń nie definiuje mnie w całości, jeśli jest pozbawione pozostałych - tłumaczył.

W trakcie kampanii przekonywał, że jako brytyjski muzułmanin może być wyjątkowo skuteczny w walce z ekstremizmem. - Jeśli ktoś słyszy od radykalnego imama, że Zachód nienawidzi wszystkich wyznawców jego religii i chce ich wykluczyć ze społeczeństwa, a jednocześnie widzi, że miasto nie boi się wybrać innego muzułmanina na mera Londynu, to wytrąca wiele argumentów z ręki - podkreślał.

Nie zmieniło to faktu, że konserwatyści próbowali łączyć go z islamskimi ekstremistami. Tuż przed wyborami premier Cameron wykorzystał swoje wystąpienie w parlamencie, aby mówić o domniemanych związkach Khana z imamem z południowego Londynu Suleimanem Ghanim, który miał rzekomo wspierać Państwo Islamskie.

Suleiman Ghani (fot. facebook.com/SGani99)

Szybko okazało się, że informacja o poparciu Ghaniego dla IS nie tylko była nieprawdą, ale imam okazał się być... zwolennikiem Partii Konserwatywnej, który popadł w konflikt z Khanem po tym, jak ten - pomimo krytyki ze strony środowisk muzułmańskich - poparł w parlamencie ustawę wprowadzającą legalizację związków partnerskich. Cameron - ustami swojego rzecznika - przeprosił za zarzuty, a kampania atakowania Khana za związki z kontrowersyjnymi postaciami została uznana za absolutnie chybioną.

Koran w Pałacu Buckingham

Po ośmiu latach rządów charyzmatycznego eurosceptyka Borisa Johnsona Torysom za wszelką cenę zależało na utrzymaniu władzy w stolicy przed czerwcowym referendum ws. członkostwa w Unii Europejskiej. Przedstawiając Goldsmitha jako alternatywę dla "niebezpiecznego Khana" liczyli na to, że londyńczycy będą skłonni zagłosować za kontynuacją rządów Johnsona zamiast wybrać

kogoś zupełnie nowego. Khan wytrącał im jednak argumenty jeden za drugim: będąc uznawanym za umiarkowanego socjaldemokratę i zwolennika integracji europejskiej, czuł się komfortowo z prowadzeniem swojej kampanii w zwyczajowo konserwatywnych częściach Londynu, gdzie w bezpośrednim kontakcie walczył z przypinaną mu łatką radykała.

Kluczowe dla wyborczego sukcesu było jednak jego doświadczenie polityczne. Będąc radnym pomiędzy 1994 a 2006 rokiem, Khan dobrze poznał problemy biedniejszego, wyjątkowo multikulturowego południowego Londynu. Kiedy w 2005 roku został posłem, szybko wyróżnił się na tyle, że otrzymał propozycje objęcia bardziej prominentnych stanowisk. W 2008 roku został pierwszym muzułmańskim ministrem uczestniczącym w posiedzeniach Rady Ministrów, obejmując tekę odpowiedzialną za społeczności, a następnie za transport.

Sadiq Khan i jego żona Saadiya (fot. REUTERS / Stefan Wermuth)

Co ważne z perspektywy późniejszych zarzutów, w procesie nominacji Khan został - jak każdy inny polityk - sprawdzony przez brytyjskie służby pod kątem bezpieczeństwa i możliwości uzyskania pełnego dostępu do tajnych dokumentów: zdał testy bez zastrzeżeń. Wtedy też zwrócił na siebie uwagę mediów: przez pierwsze kilkanaście miesięcy odmawiał przyjęcia dodatkowej pensji wynikającej z obowiązków ministerialnych, podkreślając, że w czasach kryzysu finansowego i zaciskania pasa przez obywateli byłoby niewłaściwe, gdyby pobierał dodatkowe pieniądze, będąc w stanie utrzymać się z płacy posła i swoich oszczędności.

Jako członek rządu Gordona Browna Khan dołączył również do Privy Council, rady doradczej przy królowej Elżbiecie II. Przed ceremonią składania przysięgi wierności monarchini poprosił o przygotowanie Koranu zamiast Biblii, a kiedy okazało się, że w Pałacu Buckingham nie ma żadnego egzemplarza - przyniósł z domu własny. Po zaprzysiężeniu zostawił go na pamiątkę, argumentując, że w brytyjskim rządzie będzie pojawiać się coraz więcej Brytyjczyków różnych wyznań, więc może się przydać ponownie w przyszłości.

Po przegranych przez Partię Pracy wyborach w 2010 roku Khan pracował blisko z ówczesnym liderem partii Edem Milibandem, obejmując szereg kluczowych pozycji w gabinecie cieni, będąc odpowiedzialnym za system sprawiedliwości, rozwój sieci transportowej i politykę wobec Londynu. Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku dostał zadanie przeprowadzenia kampanii wyborczej swojego ugrupowania na terenie stolicy.

To wtedy Khan nauczył się, jak prowadzić swoją późniejszą kampanię w wyborach na mera Londynu. Pomimo katastrofalnego wyniku Partii Pracy w całym kraju w Londynie udało się jej zdobyć o siedem mandatów więcej niż w poprzednich wyborach w 2010 roku. Przyszły burmistrz miasta poznał wtedy dobrze geografię stolicy i kluczowe osoby w lokalnych strukturach. Wreszcie, obserwując jak Miliband nie radzi sobie z oskarżeniami konserwatystów o "niewybieralność", szybko wyciągał lekcje dotyczące tego, że musi definiować swój wizerunek, zanim zrobią to jego wrogowie.

Częścią wizerunku Sadiqa Khana jest luz. A może on po prostu taki jest? (REUTERS / Yui Mok / Pool)

Co ciekawe, kiedy ogłosił w marcu 2015 roku swoją kandydaturę, nie był nawet faworytem do uzyskania nominacji Partii Pracy, a co dopiero do zwycięstwa w wyborach. Bukmacherzy i komentatorzy byli przekonani, że labourzyści wystawią Tessę Jowell, byłą minister kultury, mediów i sportu, która była autorem niebywałego sukcesu londyńskich igrzysk olimpijskich w 2012 roku. W wyborach wewnątrz partii Khan zdołał jednak przekonać swoich kolegów i koleżanki, że to on jest najlepszym kandydatem, zdobywając w decydującej turze aż 59 proc. głosów.

"Dumny tata i feminista"

W brytyjskiej stolicy Khan był i jest widziany jako znacznie więcej niż muzułmański polityk, jak często przedstawiają go europejskie i polskie media, podkreślające przede wszystkim jego wyznanie. Mieszkający w Londynie muzułmanie stanowią zaledwie 13 proc. mieszkańców miasta. Aby wygrać wyścig do City Hall, Khan nie mógł polegać tylko na nich - musiał uzyskać szerokie poparcie, niezwiązane bezpośrednio z kolorem skóry, rasą, wyznaniem czy klasą.

W efekcie pozytywnej i otwartej kampanii opartej na jego osobistym doświadczeniu (syn kierowcy autobusu, który uczyni transport publiczny bardziej dostępnym ; chłopak z osiedla socjalnego, który rozwiąże problem mieszkaniowy ) poparli go m.in. wyborcy, którzy - niezależnie od koloru skóry i wyznania - byli zaniepokojeni narastającymi nierównościami i kosztem życia w Londynie. Popularności przysporzyły mu również deklaracje, że jest dumnym tatą i feministą .

Dla wielu londyńczyków bardziej od jego pakistańskich korzeni ważne było bowiem jego zrozumienie wyzwań, przed którymi stoi Londyn. Błyskawicznie rosnące - często sztucznie pompowane przez zagranicznych inwestorów - ceny nieruchomości skazują coraz większe grupy londyńczyków na wieczny wynajem, a ceny transportu miejskiego - najwyższe w Europie - stanowią znaczne obciążenie dla budżetu mieszkańców.

Sadiq Khan (fot. REUTERS / Hannah McKay)

Znajomość miasta i luz - zawsze pojawiał się bez krawata - budowały jego wizerunek jako człowieka bliskiego ludziom i rozumiejącego ich problemy. Kiedy Norman Smith, dziennikarz polityczny BBC, prowadził wywiady z głównymi kandydatami, wożąc ich taksówką po ulicach miasta, Khan swobodnie wymieniał stacje metra, nazwy lokalnych drużyn piłkarskich i opowiadał anegdoty związane z Londynem. Jego konkurent, konserwatysta Zac Goldsmith, miał kłopot z odpowiedzią na podstawowe pytania, wzmacniając przyklejoną mu łatkę (tylko częściowo zasłużoną) polityka niezdarnego i nieznającego realiów ze względu na swoje pochodzenie z bogatej rodziny.

Historia Sadiqa Khana - syna kierowcy autobusu i dzieciaka z komunalnego blokowiska, który stał się prominentnym politykiem brytyjskiej lewicy - wywołała wśród wielu londyńczyków niezwykły entuzjazm i momentami wręcz przesadzone poczucie dumy, zbliżone do reakcji na wybór Baracka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pewne podobieństwa były widoczne również w warstwie retorycznej: Khan podkreślał, że jego wybór to zwycięstwo jedności nad podziałami, nadziei nad lękiem .

Co ciekawe, tej podniosłej atmosferze uległ nawet były kandydat Torysów na stanowisko mera Londynu w wyborach 2000 i 2004 roku, Steven Norris, który przyznał w rozmowie z BBC, że nie głosował na Khana, ale jest dumny z miasta, które miało odwagę wybrać imigranta drugiego pokolenia i muzułmanina na swojego lidera .

"Mer wszystkich londyńczyków"

Przejście nad przebiegiem kampanii - uważanej za jedną z najbrutalniejszych w brytyjskiej polityce od lat - do porządku dziennego i nawiązanie współpracy z konserwatywnym rządem może być sporym wyzwaniem, ale pierwsze kroki na czele brytyjskiej stolicy pokazują, że Khan jest świadomy skali wyzwań i ostrożności, z jaką musi pełnić swoje stanowisko. Każde jego posunięcie będzie śledzone i poddawane publicznej ocenie.

Odwołując się do głównego hasła swojej kampanii - mer wszystkich londyńczyków - Khan poprosił na początek o przeniesienie ceremonii zaprzysiężenia, zwyczajowo odbywającej się w świeckim otoczeniu, do chrześcijańskiej katedry w Southwark. Uroczystość odbyła się w obecności przedstawicieli wszystkich najważniejszych wyznań obecnych w brytyjskiej stolicy.

Ceremonia zaprzysiężenia Sadiqa Khana na mera Londynu w katedrze Southwark (fot. REUTERS / Yui Mok / Pool)

- Chcę zacząć sprawowanie urzędu tak, jak widzę swoje pełnienie urzędu w przyszłości. Jestem zdeterminowany, aby prowadzić najbardziej przejrzystą, zaangażowaną i dostępną dla obywateli administrację w historii tego miasta, reprezentując przy tym każdą społeczność i każdą część Londynu - podkreślił.

W pierwszym oficjalnym wystąpieniu jako mer Londynu uczestniczył wraz ze społecznością żydowską w obchodach Dnia Pamięci o Holokauście. W kolejnych dniach zapowiedział umieszczenie na placu przed parlamentem pomnika upamiętniającego walkę sufrażystek o nadanie kobietom praw wyborczych, opublikował nowe plany walki ze spalinami w centrum miasta (sam ma nabytą astmę, którą przypisuje złej jakości powietrza w Londynie w czasach dzieciństwa) i ogłosił pierwsze reformy dotyczące systemu komunikacji miejskiej.

O to, czy był w meczecie, nikt nie spytał. Dla Londynu to najwyraźniej nie miało aż takiego znaczenia.

Jakub Krupa. Socjolog z wykształcenia, korespondent Polskiej Agencji Prasowej w Londynie. Uwielbia obserwować, jak ludzie rozmawiają i podejmują decyzje. Pisał korespondencje z wyborów i referendów m.in. w Grecji, Katalonii, Szkocji, Szwajcarii i Bośni. Mieszka w kawiarniach i na Twitterze. Idealista z wiecznym bajzlem na biurku. Od 2012 roku mieszka w Londynie. Kontakt: jakub.krupa@gmail.com

(fot. Publio.pl)