Biografie
Artur Różycki z żoną (fot. archiwum prywatne)
Artur Różycki z żoną (fot. archiwum prywatne)

W Internecie krąży petycja przeciwko karze 700 zł mandatu , jaką nałożył na pana sąd za pomaganie zwierzętom. Sprzeciw podpisało już ponad 45 tys. ludzi. Wydaje się wręcz, że ta kara to żart, bo chyba nie można wlepiać mandatu komuś, kto ratuje chore psy i koty?

- Teoretycznie ratowanie chorych zwierząt to coś dobrego. Ale nie w Polsce. U nas bardziej liczą się chore przepisy ustawy niż to, czy zwierzę potrzebuje pomocy.

Mnie oskarżono o to, że przewożę ranne, poszkodowane w wypadkach samochodowych zwierzęta do swojej lecznicy. A moje auto nie jest zarejestrowane jako pojazd przystosowany do transportu zwierząt. Zarzucono mi także, że prowadzę nielegalne schronisko. To nieprawda, bo żadnego schroniska nie prowadzę. Zwierzęta są u mnie w klinice tak długo, jak potrzebują, by wrócić do zdrowia. To przychodnia, a nie schronisko. Dlatego odwołałem się od decyzji sądu. Bronię własnego imienia, swoich racji i prawa zwierząt do pomocy.

Nie łatwiej jest zapłacić i mieć wszystko z głowy? Kwota nie jest przecież szczególnie wysoka?

- Żebym miał pewność, że zapłacę i będę miał spokój, tobym nawet wpłacił więcej i dalej robił swoje. Ale życie nie jest takie proste. Od dwóch lat powiatowy lekarz weterynarii szuka na mnie haka i nie sądzę, by fakt zapłacenia przez mnie kilkuset złotych ostudził jego zapały.

Samochód, którym Artur Różycki przewozi chore zwierzęta. Po prawej weterynarz na sali sądowej (fot. archiwum prywatne)

Czym pan podpadł powiatowemu weterynarzowi?

- W 2013 roku odkryłem pewne nieprawidłowości w sposobie obserwacji bezpańskiej suczki w siedzibie Powiatowego Inspektoratu Weterynarii i zgłosiłem to do wojewódzkiego lekarza weterynarii na Dolnym Śląsku. Wyobrażałem sobie, że sprawę załatwimy po cichu, nieprawidłowości zostaną usunięte i nasza weterynaryjna rodzina znów będzie funkcjonować bez zarzutu.

Okazuje się, że to trochę idealistyczne myślenie.

- Teraz już to wiem. Od tej pory dość wnikliwie zaczęto przyglądać się mojej działalności. A stąd tylko krok do utrudniania mi życia.

Jak na całą sprawę, a szczególnie wyrok, zareagowało środowisko lekarzy weterynarii?

- Niektórzy moi koledzy po fachu od dawna mają mi za złe, że szargam ten szlachetny zawód po rynsztokach. Bo lekarz weterynarii to przecież lekarz od zwierząt, a ja zachowuję się, ich zdaniem, jakbym był jakimś tam hyclem. To dla mnie bardzo przykre.

Pewnie więc byli tacy, którzy się z wyroku ucieszyli. Ale mam też wiele wsparcia od kolegów z całej Polski, którzy działają tak jak ja. Z tą różnicą, że im urzędnicy pomagają, a nie przeszkadzają.

A panu nadal chce się walczyć z systemem w imię pomocy bezdomnym zwierzętom.

- Może to, co powiem, jest niezbyt popularne, ale uważam, że skoro jestem lekarzem weterynarii, to moim obowiązkiem jest niesienie pomocy zwierzętom w potrzebie. I nie ma znaczenia, czy zwierzę, które ratuję, lub takie, któremu mogę tylko skrócić cierpienie, ma pana czy nie. Ważne, że ja jestem mu potrzebny. I wykonuję swój zawód najlepiej, jak tylko potrafię.

Podopieczni przychodni "Podaj łapę" (fot. archiwum prywatne)

Tyle że bezpańskimi zwierzętami powinna zajmować się gmina, a nie jeden lekarz.

- Nie jestem świętym Franciszkiem, jestem weterynarzem. Działam z ramienia gminy, nie pracuję społecznie. Przepisy ustawy o ochronie zwierząt nakazują każdej gminie stworzenie systemu pomocy zwierzętom poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych. I tak się składa, że w mojej gminie Brzeg Dolny co roku organizowany jest przetarg na takie usługi i ja go wygrywam. Konkurencji zbytniej nie mam, bo do takiej roboty lekarze weterynarii raczej się nie garną. A jeśli już ktoś złoży ofertę, to jest ona co najmniej dwukrotnie droższa od mojej.

Ale nie w tym problem. Kłopot jest taki, że ja nie tylko leczę zwierzęta, które wpadły pod samochód. Pomagam także tym, które ktoś potraktował np. deską z gwoździem. Nie stoję nad cierpiącym zwierzęciem i nie zastanawiam się, w jaki sposób zostało ono zranione, tylko wyciągam je z kałuży i pomagam. A to już nie wpisuje się w nakazy płynące z ustawy i przekracza zakres umowy, którą mam podpisaną z gminą.

Jak często zdarzają się panu tacy maltretowani pacjenci?

- Nie liczę ich. W zeszłym roku udało nam się oddać do adopcji w sumie 140 zwierząt. Były wśród nich zarówno poszkodowane w wypadkach, jak i te, które cierpiały z winy człowieka. Szczególnie pamiętam jedną suczkę typu york, po przejściach. Była już stara i nie mogliśmy znaleźć na nią chętnych. Zabrała ją w końcu pewna dziewczyna, z myślą, że podaruje to zwierzątko swojej mamie. Kobieta niedawno owdowiała i musiała poukładać sobie życie na nowo. Ten pies chyba jej pomógł wrócić do aktywnego życia, bo często widzimy, jak towarzyszy właścicielce w przejażdżkach rowerowych czy w czasie spacerów z kijkami. A i pani zadbała o psa tak, że udało mu się w miarę wrócić do formy. Myślę, że one pomogły sobie nawzajem.

W ubiegłym roku Arturowi Rożyckiemu i jego żonie udało się oddać do adopcji 140 zwierząt, które najpierw otrzymały w przychodni pomoc medyczną (fot. archiwum prywatne)

Szuka pan zwierzętom domu, a więc robi pan więcej, niż oczekuje się od zwykłego lekarza weterynarii...

- Razem z moją piękną i mądrą żoną - sam nie wiem, czy jest bardziej piękna, czy bardziej mądra - mamy przychodnię "Podaj łapę". Prowadzimy w niej normalną, komercyjną działalność weterynaryjną, ale nazwa nie jest przypadkowa, bo to także miejsce, które zajmuje się adopcją bezpańskich zwierzaków. Fotografujemy zwierzęta, udostępniamy je w serwisach społecznościowych i aukcyjnych. Uważamy, że zawsze lepszy dom niż schronisko.

To skuteczne?

- Nawet bardzo. Nie wiem, czy sam święty Franciszek nie macza w tym palców, ale zawsze, kiedy myślimy, że zwierzęta nam się już nie pomieszczą, że zabraknie kojców, to nagle pojawia się ktoś, kto chce wziąć od nas na przykład psa. Nigdy jeszcze tak nie było, żebyśmy tych zwierząt mieli zatrzęsienie i nie było na nie chętnych.

Dużo jest porzuconych zwierząt?

- Nie zawsze jest tak, że trafiamy na wyrzucone, niechciane zwierzę. Czasami ono ucieka, np. wtedy, gdy właściciele zostawiają je pod czyjąś opieką. O tym, że mamy zwierzaka, informujemy za pomocą lokalnych mediów, Facebooka czy po prostu pocztą pantoflową. Czasami osoby, które szukają zaginionego psa, kieruje do nas policja. W każdym przypadku najpierw zaczynamy od prób znalezienia prawowitego właściciela.

Niedawno mieliśmy sytuację, że zdjęcie przebywającego u nas psa zobaczyła w internecie pani z zagranicy. Okazało się, że zwierzę należy do jej rodziców, którzy mieszkają 120 km od naszej przychodni. Jak pies się tu dostał - nie wiadomo. Kiedy jednak czekał u nas na swoich właścicieli, w jednym kojcu przebywał ze śliczną, białą suczką. Oba psy tak się polubiły, że ci ludzie nie mieli sumienia ich rozdzielać. I zabrali oba. Można powiedzieć, że Bazyli znalazł u nas dziewczynę - Falcorinę.

Akcja zdjęciowa ma także to do siebie, że czasami nie tylko znajduję psu nowy dom, ale także w ciągu godziny od opublikowania dostaję numer telefonu właściciela, który np. wyrzucił psa z samochodu. Dzwonię do niego, przedstawiam się i mówię: - Mam pańskiego psa Amika . I wtedy zapada cisza...

Idzie pan z tym na policję?

- Nie. Udowodnienie, że ktoś wyrzucił psa z samochodu, jest niezwykle trudne, o ile nikt tego momentu nie widział. Zwykle jakoś się dogadujemy. Ale nie zawsze. Niedawno usłyszałem aroganckie: - Niech pan zabierze tego psa, bo ja już mam go dość.

Po co pan to robi?

- Czasami trzeba spojrzeć odważnie w oczy złemu człowiekowi i pokazać mu, ile naprawdę jest wart. Bo wiadomo, że tego "zgubionego" Amika mu nie oddam.

Na Facebookowym profilu przychodni można znaleźć takie informacje: Z wielką radością informuję, że Suczka i 7 szczeniaków znalezionych w Ścinawie przez Panią Anię z Restauracji Dużo Dobrego w Ścinawie. Zostały już adoptowane. Dziękuję Pani Ani, Pani Paulinie i wszystkim, którzy przygarnęli szczeniaki. Osobie, która pieski wyrzuciła, również dziękuję, że tylko je wyrzuciła, a nie pozabijała. Sugeruję aby w przyszłości sterylizować suczki!!! (fot. facebook.com/podajlapewet)

Ile pan zarabia na pomaganiu zwierzętom?

- Jedna gmina płaci mi ryczałtem 2 tys. zł. Policzyliśmy, że na każde uratowane zwierzę w zeszłym roku mieliśmy 250 zł.

Na czysto?

- Skąd. To pieniądze, za które trzeba było psa wyleczyć, odrobaczyć, odpchlić, wysterylizować, zaczipować i zaszczepić. Czasami wystarczały, innym razem musieliśmy dołożyć. W każdym razie gmina jest zadowolona z naszych usług, bo skończył się problem z bezpańskimi zwierzętami na naszym terenie.

Co by się stało, gdyby kończył pan swoją działalność na tym, co przewiduje umowa z gminą, czyli na leczeniu? Gdzie potem trafiłoby zwierzę?

- Do schroniska. Tam być może - zgodnie z prawem - przebywałoby w klatce. Być może zgodnie z tym prawem zostałoby zagryzione, albo zagryzłoby inne zwierzę, zaraziło się chorobami czy rozmnażało się w niekontrolowany sposób. Urzędnicy mieliby czyste ręce, bo sprawa bezdomnego psa byłaby załatwiona i byłby na to papier. Co prawda cała procedura kosztowałaby około trzech tysięcy złotych, ale wszystko byłoby tak, jak przewidział to ustawodawca. Żadnych odchyleń.

Ostatnio słyszałem o strażakach, którzy wyciągnęli z nory sukę ze szczeniakami. Wie pani, co się potem z tymi psami stało? Po przewiezieniu do schroniska zostały uśpione. A przecież na małe psy zawsze jest wielu

chętnych i na pewno znalazłyby dom.

Słaba ta nasza ustawa o ochronie zwierząt...

- Nie najlepsza, ale jeszcze gorzej jest w przypadku zwierząt leśnych. Ustawa chroni psy i koty poszkodowane w wypadkach. Jeśli kierowca nie udzieli pomocy zwierzęciu, na które najechał, może za to zostać ukarany. Niektórzy o tym przepisie nie wiedzą, inni wiedzą, ale go ignorują. Ale są też i tacy, którzy przywożą do nas potrącone zwierzę. Są też kierowcy, którzy widząc, że zwierzę leży na poboczu, zatrzymują się i je ratują. To wcale nie są odosobnione przypadki.

Natomiast zupełnie fatalnie rozwiązana jest sprawa zwierząt leśnych. Teoretycznie, gdy ucierpią w wypadku, powinien zająć się nimi nadleśniczy. Ale to wcale nie takie proste. Wszystko zależy od tego, czy do kolizji doszło na drodze gminnej, czy powiatowej i w jakiej odległości od zabudowań. Za żywe zwierzę odpowiada ktoś inny, za martwe znów inny.

Nietypowi pacjenci (fot. facebook.com/podajlapewet)

Niełatwo w takiej sytuacji szybko znaleźć odpowiedzialnego...

- Niedawno głośna była sprawa łosia, który cztery dni konał na poboczu drogi, bo nie można było znaleźć instytucji odpowiedzialnej za transport zwierzęcia do schroniska. W końcu pieniądze na ten cel wpłacił anonimowy darczyńca, ale było już za późno - zwierzę zdechło.

I właśnie z powodu takich absurdów w przepisach ja nie biegam po ulicy z linijką i nie mierzę odległości od budynków, by znaleźć odpowiedzialnego, tylko robię to, co do lekarza weterynarii należy. Jeśli rokowania są dobre, to opatruję zwierzę i wywożę w "tajne" miejsce w lesie, gdzie może dojść do siebie.

Jakie zwierzęta leśne potrzebują pańskiej pomocy?

- To zwykle sarny, ale także wiewiórki, ptaki takie jak bocian czy sowa, lisy i borsuki. Ostatnio zdarzył mi się wyjazd do wydry, a nie widziałem jej chyba już ze sto lat. Najczęściej, niestety, rokowania są złe i tylko skracam cierpienie zwierzęcia.

Dlaczego został pan lekarzem weterynarii?

- Bo kocham zwierzęta. Od dzieciństwa znosiłem do domu chore ptaki, pieski i kotki. Dziś mam w domu suczkę, kotkę i węża. Na więcej brakuje miejsca, bo mamy małe mieszkanie w bloku.

Myślał pan o zaprzestaniu działalności, jeśliby sąd podtrzymał wyrok w pańskiej sprawie?

- W życiu. Będę się odwoływał do końca! Nawet jeślibym miał prosić pana prezydenta o ułaskawienie.

Artur Różycki. Lekarz weterynarii z piętnastoletnim stażem. Razem z żoną Joanną prowadzi w miejscowości Brzeg Dolny przychodnię dla zwierząt "Podaj łapę" i równocześnie zajmuje się pomocą zwierzętom poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych oraz adopcją bezpańskich psów i kotów. Jest także wolontariuszem stowarzyszenia Help Animals, które zajmuje się pomocą bezdomnym zwierzętom. Ma dorosłą córkę i nastoletniego syna. Latem jeździ na rowerze, a zimą na nartach.

Joanna Ćwiek. Dziennikarka, prawniczka, freelancerka. Zaczynała od stażu w dziale krajowym "Gazety Wyborczej". Publikowała także w "Dużym Formacie" , "Rzeczpospolitej" , "Przekroju" , "Polityce" , "Wprost" i dzienniku "Polska The Times", gdzie była także szefową działu ekonomicznego. Za artykuły o reformie emerytalnej otrzymała nagrodę im. Władysława Grabskiego. W 2014 r. wyróżniona odznaczeniem "Pro publico bono" za publikacje dotyczące walki z biedą i bezrobociem. W ubiegłym roku porzuciła wielkomiejskie życie na rzecz mazowieckiej wsi. Żona swojego męża, mama pięcioletniego Antosia, właścicielka psa Zmyłki i kota Kici.