Biografie
Stefan Starzyński (fot. nac.gov.pl)
Stefan Starzyński (fot. nac.gov.pl)

Jak "Ciepciuś" został "warszawiakiem stulecia"?

- Twoje pytanie jest bardzo zasadne, bo rzeczywiście Stefan Starzyński - przezywany w szkole "Ciepciusiem" - był przez lata postacią drugiego planu. Jednym z wielu facetów z obozu piłsudczykowskiego, którzy po przewrocie majowym i dorwaniu się do władzy wędrowali ze stanowiska na stanowisko. Wszyscy przeszli podobną drogę: konspirację, Legiony, wojnę polsko-bolszewicką i w końcu pracę w aparacie państwowym. Nic nie wskazywało na to, że Stefan Starzyński skończy jako "warszawiak stulecia", ba, nic nawet nie wskazywało, że w ogóle zajmie się Warszawą.

Chciałeś go swoją książką zrzucić z cokołu?

Nie, myślę, że spokojnie może na nim zostać. Chciałem tylko, by przestał być płaską postacią i stał się w końcu trójwymiarowy. Nie odmawiam Starzyńskiemu zasług, ale pokazuję jego cechy (także te negatywne), mechanizmy jego kariery, metody (często niezbyt chwalebne), którymi się posługiwał w imię skuteczności, jego pozycję w sieci polityczno-towarzyskiej. Pisałem o nim, krótko mówiąc, jak pisze się o współczesnych politykach. Publikacje o tym, jak Starzyński się bardzo zasłużył i jak chwalebnie umarł, już są.

Co o nim wiedziałeś, zanim zacząłeś pisać książkę?

- Sporo, bo interesuję się Warszawą, piszę o niej, więc siłą rzeczy Starzyński cały czas do mnie wracał. Natomiast niewiele wiedziałem o jego życiu przedprezydenckim. Ten okres był dla mnie najciekawszy w badaniach i o nim najlepiej mi się pisało.

Stefan Starzyński zanim został prezydentem Warszawy. Tu jako wiceminister skarbu. Rok 1929 (fot. nac.gov.pl)

Coś cię zaskoczyło?

- To, jak bardzo prostym był człowiekiem. Kiedy się pobieżnie czyta noty encyklopedyczne o Starzyńskim, można sobie wyobrazić, że był nie wiadomo jakim specjalistą o wyjątkowo szerokich horyzontach, bo przed prezydenturą zajmował się ekonomią, długo pracując w Ministerstwie Skarbu i wydając publikacje ekonomiczne. Można pomyśleć, że był wybitnym urbanistą, bo za jego kadencji powstało wiele planów dla Warszawy przyszłości. Można pomyśleć, że był człowiekiem światowym, bo przecież podróżował. Tymczasem Stefan Starzyński to osoba mało wyrafinowana, słabo wykształcona (nie skończył żadnych porządnych studiów) i niezbyt błyskotliwa, za to piekielnie pracowita i energiczna.

Szukając o nim jakichkolwiek wzmianek w dziennikach czy listach ówczesnych bywalców, nie znalazłem niczego, bo Starzyński był przede wszystkim politycznym funkcjonariuszem, który jednak nie miał nic wspólnego ze światem kultury, nauki czy dyplomacji. I to, muszę przyznać, zaskoczyło mnie najbardziej.

Prezydent Warszawy Stefan Starzyński (na scenie po lewej) wygłasza przemówienie podczas uroczystego przedstawienia w Teatrze Wielkim, zorganizowanego z okazji imienin Józefa Piłsudskiego (fot. nac.gov.pl)

Przeciętniak z aspiracjami.

- Ale nie do rządzenia Warszawą, takich aspiracji Starzyński nie miał. Chciał nadawać kierunek polskiej gospodarce, jednak zawsze byli ważniejsi albo zdolniejsi od niego. Pracę komisarycznego prezydenta Warszawy też wypełniał na początku rutynowo. W roli "ojca miasta" zaczął się odnajdywać dopiero, gdy w drugim roku prezydentury dotarło do niego, jak ważne są architektura i urbanistyka.

Zorganizowana w 1936 roku wystawa "Warszawa przyszłości" zrobiła dla niego wielką propagandową robotę. Wtedy Starzyński, człowiek kochający statystykę, harmonogramy i kosztorysy, zrozumiał, że nie wystarczy tylko zarządzać kadrami, kłaść asfalt i szyny tramwajowe oraz pilnować budżetu. Że potrzebny jest atrakcyjny, sugestywny obraz przyszłego miasta.

Dzisiaj, dzięki tej jego przemianie, mamy ohydny pomnik na placu Bankowym: Starzyński stoi nad planem Warszawy i palcem coś na nim pokazuje. To "prezydent wizjoner", "odnowiciel stolicy", Kazimierz Wielki i Edward Gierek w jednym, ale na początku był tylko sprawnym administratorem.

Który, kiedy został prezydentem komisarycznym, nieustannie podkreślał, że jest rodowitym warszawiakiem. Co prawda urodził się na Powiślu, ale zaraz potem rodzina Starzyńskich wyprowadziła się do Łowicza, gdzie Stefan się wychowywał do czternastego roku życia.

To był kolejny element autokreacji. Starzyński świadomie ją stosował, żeby prezentować się jako warszawiak od zawsze zainteresowany Warszawą, a w szczególności jako "dziecko Powiśla", co z kolei miało go zbliżyć do ludzi, bo to była wówczas biedna, robotnicza dzielnica.

Tymczasem Stefan nigdy głodem nie przymierał, to po pierwsze. Po drugie, całe dzieciństwo spędził nie w Warszawie, a w Łowiczu. I po trzecie, w całej swojej karierze (do momentu objęcia stanowiska prezydenta stolicy) nigdy się Warszawą szczególnie nie interesował. Będąc posłem, nigdy nie interpelował w żadnej warszawskiej sprawie, choć miasto borykało się wówczas z gigantycznymi kłopotami z ustrojem i finansami. Będąc wiceministrem skarbu, również nigdy stolicy nie ulżył. Tak że, jak widzisz, nasz "warszawiak stulecia" przez pierwsze czterdzieści lat swojego życia nie poświęcał uwagi rodzinnemu miastu.

Wystawa pt. "Warszawa wczoraj, dziś i jutro" w Muzeum Narodowym w Warszawie. Przy makiecie przedstawiającej rekonstrukcję dawnego barbakanu z Bramą Nowowiejską widoczni od lewej: prezydent RP Ignacy Mościcki, prezydent Warszawy Stefan Starzyński, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie Stanisław Lorentz, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Wojciech Świętosławski. (fot. nac.gov.pl)

Wychował się w patriotycznej i katolickiej rodzinie.

- Wśród tak zwanej zmieszczanionej szlachty warszawskiej, czyli zubożałych rodzin, które w drugiej połowie dziewiętnastego wieku przyjechały szukać szczęścia w metropolii. Był ochrzczony, ale nie znalazłem nic, co wskazywałoby na pobożność.

"

Trylogia" na półce, szabla na ścianie.

- I matka jako strażniczka ogniska domowego oraz tradycji patriotycznej - taki model pojawia się w życiorysach wielu piłsudczyków. Postacią zagadkową, o której niewiele wiadomo, jest natomiast głuchoniemy ojciec Stefana.

W szkole Stefan nie był orłem.

- Co świadczy o tym, że nie trzeba być dobrym uczniem, żeby zajść w życiu daleko. Stefan uczył się słabo, miał raczej dryg do działania - wtedy w konspiracji antycarskiej. Całe życie był bardziej człowiekiem czynu niż księgi.

Choć w latach późniejszych się rozpisał.

- Był autorem artykułów, ale nie były to teksty porywające, a przemówienia pisali mu różni pomocnicy i zawsze czytał je z kartki. Improwizować zaczął dopiero w swoich wystąpieniach radiowych we wrześniu 1939 roku, kiedy nie było czasu na pisanie i musiały wystarczyć luźne notatki.

Nawet w Legionach młody Stefan jawi się przeciętnie.

- Większość czasu spędził na zapleczu frontu w werbunku i agitacji, a potem z całym Piątym Pułkiem Piechoty został internowany w obozie w Beniaminowie za odmowę złożenia przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu.

Stefan Starzyński, podporucznik 5 pułku piechoty I Brygady Legionów - fotografia pozowana (fot. nac.gov.pl)

Czas internowania wydaje się być ważny dla jego dalszych losów.

- Może nawet najważniejszy, bo właśnie tam spędził półtora roku z ludźmi, którzy potem objęli najważniejsze funkcje w państwie, jak choćby przyszły premier Felicjan Sławoj Składkowski, późniejsi ministrowie, posłowie, dyrektorzy banków. Beniaminów bez wątpienia uformował Stefana i zdeterminował całą jego późniejszą karierę.

A co słychać u niego prywatnie? Zdaje się, że nie było za wesoło.

- Było, ale krótko. Stefan ożenił się z energiczną działaczką niepodległościową Józefą Wróblewską, która po kilku miesiącach porzuciła go dla innego legionisty, Sylwestra Wojewódzkiego, pseudonim - nomen omen - "Stefan". Starzyński to bardzo przeżywał i dopiero po kilku latach ożenił się z Pauliną, którą poznał w dramatycznych okolicznościach. Jej mąż umarł na hiszpankę. Stefan zachorował na tyfus i Paulina się nim zajmowała. By móc wstąpić ponownie w związek małżeński, bo nie było wtedy rozwodów, Starzyński przeszedł z katolicyzmu na protestantyzm.

Przeciętna Paulina świetnie pasowała do przeciętnego Stefana.

- To prawda, była dość ładną, ale niepozorną kobietą. Ponoć wzorową gospodynią domową oraz dobrą i czułą żoną, choć trzeba dodać, że także zdradzaną.

To mi kompletnie zrujnowało obraz poczciwego Stefana!

- A widzisz, czyli potrafił jednak zaszaleć. Wiemy na pewno, że romansował z pewną sekretarką, którą - jak zapisał jeden ze świadków epoki - każdy w Ministerstwie Skarbu "miał i poznał". Skąd ten wyskok? Stefan był człowiekiem sukcesu, wiecznie zapracowanym, przebywał wśród panów, którzy osiągnąwszy pewną pozycję, korzystali z uroków życia, dobiegał czterdziestki - może więc kryzys wieku średniego?

Paulina Starzyńska, żona Stefana Starzyńskiego. Rok 1939 (fot. nac.gov.pl)

Ale masz rację, że ten epizod do obrazu Starzyńskiego nie pasuje. Nie pasował też oczywiście Paulinie, która rozważała odejście od męża. Małżeństwo jednak przetrwało, a o tym, jak bardzo mimo wszystko byli związani, świadczy depresja, w jaką Starzyński popadł po śmierci żony, która w maju 1939 roku zmarła na raka. Do tego doszło zwykłe przemęczenie i rozczarowanie wynikami wyborów z 1938 roku. Ekipa Starzyńskiego niby je wygrała, ale znacznie poniżej oczekiwań. "Odnowiciel stolicy" nie był tak popularny, jakby się dzisiaj wydawało.

Ale zawsze mógł liczyć na kolegów u władzy.

- To wymowne, że wszystkie stanowiska, włącznie z warszawską prezydenturą, pełnił za sprawą kolegów, którzy obalili demokratycznie wybrane władze - zarówno na szczeblu krajowym, jak i samorządowym. Starzyński był beneficjantem przewrotu majowego i zbojkotowanych przez opozycję wyborów brzeskich. Prezydentem Warszawy został tylko dlatego, że rząd rozpędził demokratycznie wybrane władze miasta.

Nieładnie, Stefan, nieładnie.

- Bardzo nieładnie, ale to jest jeden z kluczowych rysów tej postaci. Starzyński miał realne osiągnięcia, ale metody, jakimi się posługiwał, często nie były chwalebne. Zbierał kwity na przeciwników, posuwał się do szantażu, przeprowadzał czystki personalne. Nieraz działał na granicy prawa i dobrego obyczaju. Używał zaprzyjaźnionych mediów do wywierania nacisku - jeden jego brat był dyrektorem Polskiego Radia, a drugi redaktorem naczelnym najważniejszego dziennika piłsudczykowskiego - "Gazety Polskiej". Stefan bywał bulterierem swojego obozu politycznego, rasowym politykiem.

I żołnierzem.

- Zawsze to powtarzał i zawsze wykonywał rozkazy swojego obozu.

Prezydent Warszawy Stefan Starzyński składa życzenia imieninowe aktorce Marii Malickiej. W środku stoi żona Stefana Starzyńskiego Paulina (fot. nac.gov.pl)

Kiedy Starzyński wprowadza się w 1934 roku do stołecznego ratusza, Warszawa jest w opłakanym stanie. Ma wadliwy ustrój, ogromne problemy finansowe i jest bardzo zapóźniona rozwojowo. Co mu się udaje?

- Jego wielkim osiągnięciem jest przede wszystkim modernizacja przedmieść i ulic wylotowych miasta. To, jak teraz wyglądają Grójecka czy Puławska, jest zasługą Starzyńskiego. Za jego rządów je poszerzono, wyasfaltowano, pociągnięto szyny tramwajowe i uporządkowano zabudowę.

Kolejne osiągnięcie to budowa trzydziestu szkół, który to plan realizował z właściwą sobie determinacją. Dalej na konto Starzyńskiego wpisujemy: zakończenie budowy gmachu Muzeum Narodowego, kawałek bulwarów nad Wisłą, ulicę Bonifraterską, która połączyła Śródmieście z Żoliborzem, wznowienie studiów nad budową metra, stworzenie Wydziału Planowania i pokrycie mapy Warszawy planami, zakup Lasu Kabackiego i kilka innych osiągnięć.

To może jednak wizjoner?

- Nie, pracowity i sprawny wykonawca. Starzyński zupełnie się nie znał na urbanistyce i żadnym wizjonerem nie był. Budowa metra, Muzeum Narodowego czy bulwarów były planowane przez poprzedników. Zasługą prezydenta było to, że przy finansowym wsparciu rządu, którego nie miały poprzednie władze stolicy, konsekwentnie realizował dobre pomysły na Warszawę. Tylko tyle i aż tyle. I to jest jego pomnik.

Ale coś za coś, bo w zamian domagał się efektu propagandowego. Był pierwszym prezydentem Warszawy, który zrozumiał, że pracę dla miasta trzeba łączyć z czymś, co dzisiaj nazywamy PR-em. Znakomitym przykładem jest Muzeum Narodowe, najokazalszy gmach publiczny wybudowany przez miasto przed wybuchem wojny, który Starzyński otworzył z wielką pompą i wykorzystywał jako miejsce propagandowych wystaw. Gmach prezentował się fantastycznie od strony Alej Jerozolimskich, ale od tyłu był nieotynkowany do lat sześćdziesiątych. To był właśnie cały Stefan. Oczywiście nie umniejszam tego, że to właśnie on muzeum dokończył. Chcę tylko pokazać, jak myślał - maksymalny efekt wizerunkowy jak najmniejszym nakładem.

Prezydent m.st. Warszawy Stefan Starzyński bada metody regulowania ruchu ulicznego w Londynie. Rok 1937 (fot. nac.gov.pl)

A co mu się nie udało?

- Nie udało mu się, mimo że był rzekomo wybitnym ekonomistą, rozwiązać finansowych problemów stolicy, która była nieustannie zadłużona, a przed wojną jej kasa właściwie świeciła pustkami.

I, co chyba najważniejsze, nigdy nie udało mu się zostać prezydentem Warszawy wybranym w demokratycznych wyborach.

- To jest rzeczywiście zaskakujące, biorąc pod uwagę, że uchodzi za najlepszego gospodarza stolicy wszech czasów. Rację miał Władysław Bartoszewski, mówiąc, że Starzyński do wybuchu wojny był po prostu niepopularnym komisarzem. Wielu warszawiaków nie dało mu się uwieść. Widzieli go raczej jako narzuconego siłą przez rządzących aparatczyka i dlatego też nie wszyscy poparli jego ekipę. Starzyński do końca rządził Warszawą jako namiestnik, a nie demokratycznie wybrany prezydent.

Wszystko zmienił nagle wybuch drugiej wojny światowej.

- Wojna zmyła wszystkie plamy na biografii Stefana Starzyńskiego, który w ciągu kilku dni stał się bohaterem. Kiedy inni politycy uciekali z miasta, on w nim został, choć trzeba dodać, że się wahał i gdyby dostał polecenie wyjazdu, to ze stolicy też by pewnie wyjechał. Polecenie było jednak inne - zarządzać oblężonym miastem, więc prezydent z właściwą sobie determinacją ruszył do działania.

Fragment ruin Śródmieścia (prawdopodobnie strona parzysta ul. Świętokrzyskiej na wysokości ul. Mazowieckiej). Z lewej widoczne dwie kobiety, z prawej - ludzie pracujący przy odgruzowywaniu. Widoczna kolejka z wagonikami do wywożenia gruzu (fot. nac.gov.pl)

Kiedy na Warszawę spadały kolejne bomby i życie mieszkańców zamieniało się powoli w koszmar, robił, co mógł, by dodać im otuchy i zapewnić maksimum bezpieczeństwa, wodę w kranach, zaopatrzenie w sklepach. Był przeciwnikiem kapitulacji. Śmierć z rąk Gestapo ostatecznie zrobiła z niego świętego.

Książka "Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego" jest dostępna w Publio.pl>>>

Grzegorz Piątek i jego książka (fot. materiały prasowe / Fot. Martyka Czarnocka)

Grzegorz Piątek . Krytyk architektury, publicysta, kurator, prezes Centrum Architektury w Warszawie. W latach 2005-2011 członek redakcji miesięcznika "Architektura-Murator", od 2014 r. felietonista "Gazety Stołecznej" i "Esquire". Współkurator wystawy "Hotel Polonia. The Afterlife of Buildings" nagrodzonej w 2008 r. Złotym Lwem dla najlepszego pawilonu narodowego na Biennale Architektury w Wenecji. Autor książek "Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku" (z J. Trybusiem i M. Kwietowiczem) oraz "SAS. Ilustrowany atlas architektury Saskiej Kępy" (z J. Trybusiem i M. Piwowar). Niedawno, nakładem W.A.B, wydał książkę "Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego".

Mike Urbaniak. Dziennikarz kulturalny, stały współpracownik "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl, pisze blog panodkultury.com .

(fot. Publio.pl)