Biografie
(fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)
(fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

To on podawał się za niemieckich watażków, docierając do tajnych dokumentów, dzięki którym udało się opracować szlaki dla kurierów do neutralnej Hiszpanii. Potem korzystali z tych tras również polscy Żydzi. To on - między innymi jako generał Julius von Hallman - zwodził nazistów i pod ich nosem dokonywał odważnych czynów.

Teraz jego życie pokażą komiks i film. 23 stycznia w Muzeum Powstania Warszawskiego odbędzie się uroczysta premiera komiksu "Bradl" autorstwa Tobiasz Piątkowskiego i Michała Oleksickiego. Dzień później w warszawskiej Kinotece odbędzie się premiera fabularyzowanego filmu dokumentalnego "Kazimierz Leski" w reżyserii Małgorzaty Bramy. Kilka miesięcy temu reżyserka opowiedziała nam o fascynującej postaci "Bradla".

Artur Zaborski: Bohaterem twojego nowego filmu będzie Kazimierz "Bradl" Leski, polski szpieg z okresu II wojny światowej. Dlaczego zdecydowałaś się przedstawić jego losy?

Małgorzata Brama:

Bohatera wybrali mi powstańcy, bo film powstaje na zlecenie Związku Powstańców Warszawskich. Wcześniej zrobiłam dla nich trylogię o Janie "Radosławie" Mazurkiewiczu, którego te filmy, mam nadzieję, spopularyzują. Następną osobą, która również domagała się przypomnienia, jest właśnie Leski.

To, co jest w nim fascynujące, to to, że to był taki polski James Bond, który w mundurze niemieckiego generała jeździł po okupowanej Europie. Działał w wywiadzie i kontrwywiadzie w okupowanej Polsce, w Niemczech i we Francji. Warto pamiętać, że w tym drugim państwie Polakom jako jedynym udało się założyć siatki szpiegowskie. Nikt inny, ani Anglicy, ani Francuzi, ani Rosjanie, nie podołał temu zadaniu.

Kpt. Kazimierz Leski "37", "Pierre", "Bradl". Po prawej zdjęcie okupacyjne (fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

W czym my byliśmy lepsi?

- "My" to za dużo powiedziane. Sukces zawdzięczamy Leskiemu i jego najbliższym współpracownikom, choćby Aleksandrowi "Wilskiemu" Stpiczyńskiemu. Największym atutem Leskiego było to, że miał niesamowitą zdolność uczenia się języków obcych. Przed wojną mieszkał, studiował i pracował w Holandii w międzynarodowym towarzystwie. Nauczył się tam holenderskiego, francuskiego i niemieckiego w różnych dialektach. Sama znajomość języka nie pozwoliłaby mu jednak funkcjonować na taką skalę. Do tego potrzebna była wiedza na temat tego, jak ma się zachować żołnierz pochodzący z danej części kraju.

Znana jest scena z "Bękartów wojny" Quentina Tarantino rozgrywająca się w knajpie. Amerykańscy żołnierze w mundurach niemieckich siedzą przy jednym stoliku, a przy drugim siedzi gestapowiec. Jeden z Amerykanów zamawia

piwo ręką, ale wykonuje inny gest, niż zrobiłby to prawdziwy Niemiec. To ich demaskuje.

Skąd Leski brał wiedzę na temat tego, jak zachowują się żołnierze?

- W zgłębianiu tego tematu bardzo pomocne były polskie kobiety lekkich obyczajów i te, które świadomie nawiązywały romans z wrogiem. One wyciągały informacje od niemieckich kochanków, jak i podpatrywały ich zachowania, co było naprawdę bardzo niebezpieczne. Groziły im za to sankcje i ze strony polskiej, i ze strony niemieckiej. Pokazał to Feliks Falk w filmie "Joanna", w którym tytułowa bohaterka, aby ocalić żydowskie dziecko, idzie do łóżka z wrogiem.

Joanna zapłaciła za to wysoką cenę.

- Przez społeczeństwo polskie jakikolwiek kontakt seksualny z wrogiem był uznawany za kolaborację i zdradę narodową. Te kobiety pracowały dla tajnych służb i tylko nieliczni wiedzieli o roli, jaką naprawdę spełniają. Były nieocenionym źródłem informacji. Dysponowały wiedzą na temat tego, jak Niemcy przekazują rozkazy, jak się zachowują przy powitaniu, jakie są ich zwyczaje czy jak odnoszą się do siebie w hierarchii. Spostrzegawczość była bardzo ważna, trzeba było zwracać uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Kobiety były w tym dobre, dlatego to je wysyłano na przeszpiegi. Ich rola była ogromna.

Sama, czytając o Leskim, uświadomiłam sobie, jak czujne oko trzeba było mieć. Z lektur dowiedziałam się, że każdy żołnierz inaczej maszeruje, czego wcześniej nie byłam świadoma, chociaż temat nie jest mi obcy. Dopiero teraz dotarło do mnie, że inaczej maszerują Polacy, inaczej Wehrmacht, a inaczej Anglicy. Wyobraźmy sobie, jakby to wyglądało dziś: do Polski przyjeżdża szpieg i wciela się w postać Jana Kowalskiego, urodzonego i wychowanego w Krakowie. Mówi, że musi wyjść na dwór i natychmiast zostaje zdekonspirowany, bo przecież krakusi mówią "pole". Leski musiał to wszystko wiedzieć.

Po lewej Kazimierz Leski w Szkole Podchorążych Rezerwy Lotnictwa 1938 r. Po prawej - już w czasach powojennych (fot. NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Czyli Leski i Stpiczyński musieli tak dobrze udawać, żeby nie paść ofiarami niemieckich prostytutek?

- W biografiach "Wilskiego" i Leskiego nie pojawiają się tego typu kobiety. Pierwszy miał w Polsce żonę. Drugi, stojąc na górze w hierarchii - podawał się za niemieckiego generała - nie musiał korzystać z romansu jako formy wyciągania informacji, bo one same do niego spływały. Na pewno miał romans po wyjściu z komunistycznego więzienia. Urodził mu się wtedy syn, jednak nie wziął ślubu z jego matką. Za to później spotkał kobietę o imieniu Maria, z którą się ożenił. W towarzystwie za jego żoną nie przepadano, bo zawładnęła nim zupełnie, mając przy tym monopol na jego legendę.

Ale przecież kobiety w nim kochały się podobno wszystkie, co nie wydaje się dziwne, bo Leski był bardzo przystojnym mężczyzną.

- Ale niskim i drobnym, nie przypominał macho w dzisiejszym wydaniu. Powstańcy mówią, że był jak "Zelnik za młodu". Mimo że niski, jednocześnie był bardzo męski. Kiedy trafił do szpitala, faktycznie kochały się w nim wszystkie pielęgniarki. Wszystkie poza jedną. Oczywiście, Leski chodził właśnie za nią, co szokowało otoczenie, bo nie była ani ładna, ani zgrabna. Nic z tego jednak nie wyszło. Chyba miał pecha do kobiet.

Wróćmy do szpiegowskiej działalności Leskiego. Jak zdobywał fałszywe dokumenty?

- Chyba każdy wie, że Polacy byli mistrzami w podrabianiu papierów. Ale żeby je podrobić, najpierw trzeba było mieć oryginał. I tutaj wykazali się warszawscy kieszonkowcy, tak zwani doliniarze, którzy w swoim "fachu" ustępowali tylko kieszonkowcom ze Lwowa. Kradli na zlecenie Armii Krajowej. Ich rola była nie do przecenienia.

Książka Kazimierza Leskiego i jej autor na przedwojennej fotografii (fot. materiały prasowe / NN / ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Za kogo podawał się Leski?

- Na początku za pracownika kolei, w taki sposób zjechał Niemcy i Francję. Pociągi były wtedy bardzo załadowane, więc jako zwykły, cywilny pracownik musiał stać przez całą podróż. Doszedł do wniosku, że następnym razem zostanie wojskowym, bo wojskowi traktowani byli na innych prawach: mogli siedzieć, w wielu miejscach mieli pierwszeństwo. Został więc porucznikiem Wehrmachtu. Pojechał do Paryża, skąd wrócił z przeświadczeniem, że porucznik to za niski rangą stopień, bo jest często kontrolowany. Postanowił zostać generałem.

Nie był na to za młody?

- Miał wtedy 32 lata, był zdecydowanie za młody. Jest wiele osób, które podważają to, że nosił mundur generała.

Jest tutaj wokół czego dyskutować? II wojna światowa to przecież dobrze udokumentowany okres historii.

- Mnóstwo dokumentów zaginęło. A relacje świadków różnią się między sobą. Do tego trzeba pamiętać, że sam Leski świetnie potrafił manipulować swoją legendą. Nawet w książce ze wspomnieniami pisze tak, żeby wywrzeć odpowiedni wpływ na czytelnika, ukierunkować go w stronę takiego myślenia, jakiego życzy sobie autor. Mimo to sama uważam, że jeździł w tym mundurze. Młodość rządzi się innymi prawami. On był młody, pewny siebie, znał świetnie języki, wiedział, że jest lepszy niż inni. To mogło popchnąć go do takiej decyzji.

Podobno udawanie kogoś wyższego stopniem było łatwiejsze, bo stojący niżej w hierarchii nie sprawdzali ich zbyt często.

- Nie zgodzę się z tym, że było łatwiejsze. Przecież im wyższy stopień, tym mniej ludzi. Proporcje wyglądają tak, że jeśli mamy 50 generałów, to jednocześnie mamy 10 tysięcy poruczników. W 10 tysiącach łatwiej można się ukryć. Leski żył w czasach, kiedy nie było faksów ani internetu. Nie można było łatwo zweryfikować czyjejś tożsamości. Wiele osób o utytułowanym żołnierzu mogło słyszeć, ale nie miało pojęcia, jak on wygląda.

Zdarzały się wpadki?

- Oczywiście! Leski i jego kolega Aleksander "Wilski" Stpiczyński umówili się w Paryżu w niemieckiej Komendzie Placu. To był taki obowiązkowy punkt, do którego przyjeżdżający do stolicy Francji żołnierze niemieccy musieli się udać, żeby odmeldować się i wziąć kwitki podróży. A jechali z Polski, każdy osobno. Okazało się, że Niemcy wprowadzili nowe przepustki. "Wilski" takiej nie miał. Razem z nim w wagonie siedzieli esesmani, którzy też nie mieli nowych przepustek. Wszyscy razem zostali zatrzymani. Musieli czekać do rana, aż przyjedzie komendant, który rozstrzygnie sprawę. Esesmani cały czas trzymali się blisko Polaka, bo był najstarszy z nich i stopniem, i wiekiem. Sami czuli się zagubieni. Kiedy pojawił się komendant okręgu, feldmarszałek Wilhelm List, notabene bardzo dobrze znany Stpiczyńskiemu - oczywiście jednostronnie, po krótkiej wymianie kurtuazyjnych zdań na temat sytuacji na froncie Stpiczyński jako pułkownik baron Arnold von Lückner został odwieziony samochodem na dworzec, żeby mu kolejny pociąg nie uciekł, a prawdziwi żołnierze SS przepustek nie dostali. Niemcy nawet w czasie wojny mieli w sobie ogromny szacunek do arystokracji. Stpiczyński wiedział o tym i z premedytacją wykorzystał.

Aleksander "Wilski" Stpiczyński (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Zabawne. Ale na spotkanie z Leskim w Paryżu w końcu się spóźnił.

- Ale Leski też! Jego zatrzymało bombardowanie. Ich błąd polegał na tym, że nie ustawili ewentualnego alternatywnego spotkania. Tamto minęło, a w ogóle nie wzięli pod uwagę tego, że mogą się nie spotkać. Co też świadczy o tym, jak bardzo pewni siebie byli. Nie wiedzieli, jak się porozumieć w nowej sytuacji. Stpiczyński wpadł na pomysł. Poszedł do niemieckiej Komendy Placu i na tablicy ogłoszeń napisał, że baron Arnold von Lückner prosi jego ekscelencję generała Juliusa von Hallmana o skomunikowanie się z nim w hotelu Rochechoire. Julius von Hallman to był jeden z pseudonimów Leskiego. Na tablicy widocznej z daleka wymienili informacje, które wisiały pod nosem Niemców. Było to meganiebezpieczne, ale udało się.

Kolejny dowód na pewność siebie. Leskiemu zdarzało się ją tracić?

- Jak każdemu. Kiedy Leski był już w Paryżu, stał w kolejce do recepcji hotelowej, gdy urzędnik odrzucił kartki na wyżywienie stojącego przed nim oficera. Leski przestraszył się i chciał się wycofać. Ale nie zdążył. Niemiecki urzędnik zabrał mu kartki, obejrzał je i machając nimi przed nosem Bogu ducha winnego Niemca, krzyczał: "Widzi pan? Tak wyglądają prawdziwe kartki!". Oczywiście, były podrobione.

Wygląda na to, że życie szpiega było całkiem wesołe. Tak to sobie dzisiaj mitologizujemy, czy rzeczywiście panowie mieli z tego frajdę, mimo tragicznego kontekstu?

- Nawet nie wiesz, jak oni się cieszyli, kiedy - tak jak Niemcy, za których się podawali - dostawali wspominane już kartki żywieniowe, żołd czy przydział do hotelu. A tam? Pościel, ciepło, mydło, woda bieżąca! Można się umyć i wyspać, a nawet zjeść kolację. To była wielka radość dla nich. Leski, który był melomanem, w wolnych chwilach kupował sobie nawet płyty. Dodatkowo, zakładając, że gestapo nie zweryfikuje ich tożsamości, nie musieli się martwić, czy ktoś im rano zrobi nalot. To był ogromny komfort psychiczny.

Jaką właściwie mieli misję?

- Wytyczyć trasy kurierskie do Hiszpanii, którymi nasi kurierzy mogliby dostać się na Gibraltar czy do Portugalii, a stamtąd drogą morską lub powietrzną do Anglii.

Co mieli przekazywać kurierzy?

- Wszystko to, czego nie dało się przekazać drogą radiową, a więc zdjęcia, plany i inne graficzne dokumenty.

Misję udało się wypełnić?

- Udało się im opracować trasy, ale nie powiodło im się przejście nimi do Hiszpanii. Z tych tras korzystali później również obywatele polscy narodowości żydowskiej. Zaopatrzeni w doskonale podrobione dokumenty ratowali się wyjazdem przez Francję do Portugalii. Za to Leski został uhonorowany tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata i otrzymał honorowe obywatelstwo Izraela.

Dlaczego nie udało się im przejść?

- Na początku wszystko szło dobrze. Leskiemu i Stpiczyńskiemu udało się nawiązać kontakt z francuskim ruchem oporu. Zaczęli współpracować i z francuskimi przewodnikami próbowali przejść. Pierwsze podejście nie udało się. Wyruszyli w Boże Narodzenie, kiedy spadł za duży śnieg. Teren był nie do zdobycia. Przejechali wtedy nadaremno pół Francji w ciężarówce z krowami. Wrócili do Paryża. Leski wyjechał do Polski, a Stpiczyński próbował przejść jeszcze raz. I wtedy go złapali.

Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski dekoruje rotmistrza Aleksandra Stpiczyńskiego (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Co poszło nie tak?

- Jechał z przewodnikiem z francuskiego ruchu oporu. Już na granicy francusko-hiszpańskiej Stpiczyński przeszedł kontrolę dokumentów, ale jego przewodnik wpadł i spanikował. Krzyknął: "Ale on jest ze mną!" i Stpiczyńskiego cofnęli. To był młody francuski chłopak, który miał zakodowane w głowie, że ma Stpiczyńskiego nie opuszczać. Nie załapał w odpowiednim momencie, co się dzieje.

Co stało się ze Stpiczyńskim?

- Trafił do obozu pod Paryżem, gdzie w międzynarodowym towarzystwie innych więźniów postanowili zrobić podkop. I tego postanowienia się trzymali. W tunelu mieli wszystko, nawet światło. Komendant obozu, kiedy sprawa wyszła na jaw, nazwał ich "ekipą metra". Jedną z kar było zmniejszenie racji żywności do skromnej porcji chleba i wody. Ale cały obóz zaczął im się zrzucać na jedzenie, więc nieustannie mieli ciepłe posiłki, właściwie więcej niż wcześniej. Potem przewozili ich w inne miejsce pociągiem, z którego Stpiczyński wyskoczył i złamał sobie kolano. Leżał w szpitalu w Lotaryngii. Zbiegł stamtąd i dzięki Polakom mieszkającym w tym regionie udało mu się uniknąć niemieckiej obławy i przedostać się do Paryża.

To bardzo ciekawa postać. Po wojnie osiadł w Ekwadorze, gdzie założył plantację kawy, ale w latach 70., kiedy nie był już obciążony żadnymi represjami, wrócił do Polski. Po powrocie zadzwonił do Leskiego. Spotkali się po latach.

Bardzo filmowe są te ich przygody.

- Filmowcy wykorzystali już potencjał tkwiący w życiorysie Leskiego. To on stał się pierwowzorem postaci Hansa Klossa. Wydaje mi się jednak, że "Czterej pancerni i pies" i właśnie "Stawka większa niż życie" wypaczają obraz wojny. Pokazują, że Niemcy byli idiotami, których stosunkowo łatwo można było przechytrzyć. Tak nie było. Leski i Stpiczyński byli naprawdę szalenie inteligentnymi, pewnymi siebie i odważnymi ludźmi. I genialnymi aktorami zasługującymi na Oscara.

Małgorzata Brama (fot. materiały prasowe)

Hans Kloss, Polak w niemieckim mundurze, budził wiele kontrowersji, kiedy serial trafił na antenę. Nie boisz się powtórki z rozrywki w czasach, kiedy władza postuluje czyste kino narodowe?

- To były lata 60., wojna była jeszcze zbyt żywym wspomnieniem. O Leskim i innych agentach działających w ten sposób w czasie wojny zwyczajnie nie wiedziano. Ludzie, którzy pamiętali wojnę, nie chcieli jej znów oglądać. Ale z biegiem czasu serial miał coraz więcej fanów, bo to przecież Polak wodził Niemców za nos. No i był wtedy tylko jeden program w telewizji - od 1974 roku dwa. Wydaje mi się, że ta kwestia budzi więcej kontrowersji dzisiaj niż wtedy.

W moim filmie zamierzam dotknąć prawdy o Leskim, jakkolwiek niewygodna by była. Dziś, jak coś jest niemieckie, to nie wypada tego dotykać, tak jak Wanda, która nie chciała Niemca i rzuciła się do Wisły. Sama pytałam powstańców, jak czuli się z tym, że nosili niemieckie mundury. Usłyszałam, że im to nie przeszkadzało, bo przecież na rękawach mieli biało-czerwone opaski.

A na niemieckich hełmach polskie orzełki.

Małgorzata Brama. Polska reżyserka filmowa. Specjalizuje się w filmie historycznym (II wojna światowa, powstanie warszawskie). Współpracuje z BBC ("Laurence Rees") czy Chanel History (serial "Polscy bohaterowie wojenni"). Od 2004 roku przeprowadziła ponad 1000 wywiadów na całym świecie z uczestnikami II wojny światowej. W 2008 roku Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego odznaczył ją medalem "Zasłużony dla Kultury Polskiej". Nagradzana na wielu międzynarodowych festiwalach filmowych. W 2015 roku otrzymała za film pt. "Radosław" nagrodę Złotego Kopernika od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za najlepszy film edukacyjny. Specjalizuje się również w inscenizacjach historycznych i grach miejskich - Wizna 39, Desant Berlingowców, Akcja na Kutscherę, Zamach na Szefa Gestapo, Akcja w Starachowicach, Wola'44, Ursynów'44, "Lwów śladami Herberta", "Literackie Wilno". W 2014 roku otrzymała pamiątkowy medal "70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego" od Związku Powstańców Warszawskich.

Artur Zaborski . Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.